NetflixRecenzjeSeriale

Już nie tak różowo… – Recenzujemy “Różowe Lata 90.”

Bartłomiej Rusek
Fot. materiały prasowe / Netflix

Różowe Lata 70. były dla mnie wyjątkowym serialem. Wychodząc w tym samym czasie, co popularni Przyjaciele, traktujący o grupie młodych znajomych sitcom, znalazł bardzo liczne grono entuzjastów. Sam oglądałem go jednak znacznie później – już jako nastolatek, a więc będąc w wieku podobnym do głównych bohaterów, towarzysząc im w okresie ich dojrzewania i romantyzując za sprawą serialu kulturę lat 70. Stąd też nie dziwi mnie fakt, iż większość aktorów, wcielających się w główne role, poprowadziło swoje dalsze kariery w iście gwiazdorskim kierunku. Przez to, gdy po latach otrzymaliśmy umiejscowiony dwie dekady po akcji oryginalnego serialu sequel, byłem pełen entuzjazmu. A ten był dodatkowo pobudzany przez zapowiedzi i obsadę, w której znajdowała się większość „starej ekipy”. Niestety, już pierwszy odcinek zweryfikował moje oczekiwania.

Wszystko zaczęło się jednak bardzo dobrze – już w pierwszych scenach serialu pojawiają się bowiem jedne z najbarwniejszych postaci oryginału, a więc rodzina Formanów. Poznajemy przy tym także Leię (Callie Hope Haverda), główną bohaterkę serialu. Jest ona córką Erica (Topher Grace) i Donny (Laura Prepon) i przyjeżdża w odwiedziny do swoich dziadków – Reda i Kitty. Zaprzyjaźniając się z mieszkającymi w sąsiednich domach rówieśnikami, postanawia zostać tam na lato. Mimo wyraźnych sprzeciwów Reda (Kurtwood Smith), stojącego w zdecydowanej opozycji do zapraszającej wszystkich w progi swego domu Kitty (Debra Jo Rupp).

Fot. materiały prasowe / Netflix

Tym samym, odpowiedzialni za produkcję Gregg Mettler i Bonnie Turner przenoszą nas ponownie do kultowego już miejsca – piwnicy Formanów – które stanowić będzie główne miejsce spotkań dla kolejnego pokolenia. Jest to jedna z najlepszych decyzji twórców, gdyż przynajmniej sceneria w mocno sentymentalny sposób trafia do fanów oryginalnego serialu. Daje też pretekst, by na ekranie często pojawiał się Red, który nie zamierza po raz kolejny użerać się z młodzieżą. W efekcie to właśnie starzy bohaterowie i akcenty nawiązujące do Różowych Lat 70. sprawiają, że serial ten da się oglądać.

Przeczytaj również:  „Club Zero" – Siedząc w dyskomforcie [RECENZJA]

Zdecydowaną większość czasu widzimy jednak na ekranie nowych, młodych bohaterów, znajdujących się w okresie dojrzewania i przeżywających po raz pierwszy towarzyszące mu doświadczenia. Niestety, jedynie będąca protagonistką Leia została dobrze napisana i zagrana. Cała reszta bohaterów jest nad wyraz stereotypowa i nieco zbyt wyraźnie parodiująca ekipę z oryginału. Przez to, zamiast wnosić coś nowego, nowe postacie wydają się przeciętnie zagraną i słabo napisaną kalką pierwotnej „szóstki”, wyraźnie od niej odstającą. Sprawia to, że jako ogromny fan Różowych Lat 70., nie byłem w żaden sposób zainteresowany tym, co działo się z nowymi bohaterami. Zamiast tego, wyczekiwałem momentów, gdy zostaną oni po raz kolejny skrytykowani przez Reda, lub natrafią na zagubionego w otaczającego go rzeczywistości Leo (Tommy Chong). Epizodyczne role otrzymali zresztą niemalże wszyscy grający pierwsze skrzypce w Różowych Lat 70. aktorzy, choć niektórzy z nich chyba tylko po to, by swoim nazwiskiem zachęcić zwodzonych sentymentem widzów do seansu.

Różowe Lata 90. stanowią materiał, który chętnie obejrzałbym w nieco innych okolicznościach – jako odcinek specjalny pierwowzoru, wyemitowany przykładowo przy okazji świąt. Wtedy jeszcze byłbym w stanie przymknąć oko na wszystkie mankamenty. Niestety, w formie osobnego serialu, produkcja ta zupełnie sobie nie radzi. Poza słabo napisanymi postaciami, często nieśmiesznym, dość archaicznym humorem i nieangażującą w żadnym stopniu akcją, nie mogę pominąć o samej realizacji. Stylizacja na lata 70., przeprowadzona w latach 90., wypada zdecydowanie lepiej, niż ten sam zabieg, dokonany w nowych Różowych Latach, gdzie cofamy się aż o 30 lat. Szczególnie raziły mnie przy tym w oczy przerywniki między scenami i słabo napisane „młodzieżowe” dialogi.

Przeczytaj również:  „Dobrzy nieznajomi” – Banał goni banał [RECENZJA]

Decyzja o zamówieniu drugiego sezonu serialu była dla mnie pewnym szokiem – w końcu nowa odsłona Różowych Lat nie przekona raczej do siebie osób niezapoznanych z oryginałem, a ci wodzeni nostalgią będą je oglądać tylko dla epizodycznych występów postaci z przeszłości. Najlepiej podsumowuje to fakt, że aby opisać Różowe Lata 90. jednym wyrazem, wystarczy sięgnąć po znane wszystkim fanom oryginału powiedzenie Kelso – Skwara! (ang. Burn!)

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.