„Kundel” – o przeroście artystycznej formy nad filmową treścią | Recenzja | Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2024
Jako ogromny fan nurtu slow cinema, nie mogłem przejść obojętnie obok Kundla – najnowszego filmu tajwańskiego reżysera Wei Liang Chianga. Wiedząc, że jest to ciężka historia, poruszająca niełatwą tematykę, produkcja ta trafiła na sam szczyt listy tytułów, które planowałem obejrzeć na 18. edycji Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków. Oczekiwania podżegał fakt, iż Kundel otrzymał wyróżnienie specjalne w konkursie Złotej Kamery na tegorocznym festiwalu w Cannes.
Produkcja przenosi nas do Tajwanu. Nie podziwiamy tu jednak krajobrazów, będąc brutalnie zepchniętymi do szarego, brutalnego i odpychającego półświatka. Poznajemy tam Ooma – głównego bohatera Kundla. Pracuje on jako opiekun, zajmując się osobami niepełnosprawnymi, a także starszymi, potrzebującymi pomocy w podstawowych czynnościach życiowych. Jest to jedna z niewielu prac, które może wykonywać – Oom pracuje w Tajwanie nielegalnie, podobnie jak jego współpracownicy.

Przedstawieni w filmie niezarejestrowani imigranci zatrudnieni są przez lokalnych gangsterów, którzy, jak można się spodziewać, nie przejmują się ich losem. Postrzegają ich jako maszynkę do robienia pieniędzy, zalegając z wypłatami, nie przestrzegając ich praw czy nawet przetrzymując ich paszporty, uniemożliwiając im w ten sposób ucieczkę. Sam Oom pełni rolę nieformalnego lidera pracowników, pośrednicząc między nimi a Hsingiem – gangsterem, przed którym odpowiadają i który przydziela im pracę.
Obsadzając głównego bohatera w takiej funkcji, reżyser sprawnie był w stanie wpleść w film zarówno wątki dotyczące „przechwytywania” przyszłych pracowników z lotniska (formalnie będących zwykłymi turystami), jak i motyw handlu ludźmi, a także wyzysku, który ma miejsce na samym dole tego tragicznego „łańcucha pokarmowego”. Warto przy tej okazji wspomnieć o samym aktorze, który wciela się w główną rolę w Kundlu – jest on jednym z najjaśniejszych punktów tego operującego w mrocznych barwach filmu. Wanlop Rungkumjad, choć ma na koncie role chociażby u Sivaroja Kongsakula czy Nawapola Thamrongrattanarita, zazwyczaj wcielał się w drugoplanowe kreacje. Tutaj jednak znakomicie odegrał rolę Ooma, grając wiele scen w bardzo naturalny sposób, nawet w całkowitym milczeniu.
Kundel jest produkcją, która od pierwszych kadrów stara się uniewrażliwić widza. Praca wykonywana przez Ooma potrafi obrzydzać i odpychać delikatniejszych widzów, a wraz z biegiem filmu coraz bardziej zagłębiamy się w ten bezlitosny świat. Wei Liang Chiang, jako imigrant, sam stawał przed wieloma wyzwaniami, a film jest wynikiem jego refleksji, bazujących nie tylko na własnych doświadczeniach, ale także na obserwacjach i opowieściach. Kundel jest próbą artystycznego przedstawienia niedoli osób, które w pogoni za lepszym jutrem uciekają za granicę, gdzie często są wyzyskiwane. Wszystko po to, by zarobić pieniądze, najczęściej wysyłane do najbliższych, którzy zostali w rodzimych stronach.

Oglądając Kundla odnosiłem wrażenie, że reżysera dość mocno przerosła próba realizacji jego artystycznych wizji. Choć obraz przez większość czasu szokuje, smuci i zatrważa, ciężko mi było znaleźć w nim elementy, które faktycznie świadczyć by mogły o jego jakości. Jak wspomniałem na początku – lubię slow cinema. Długie, powolne ujęcia u Wei Liang Chianga sprawiały jednak wrażenie wymuszonych i aż nienaturalnie statycznych. Ogólny mrok filmu wydawał się być przy tym zabiegiem artystycznym, mającym ukryć wszelkie niedociągnięcia (a jednocześnie podkreślić brak nadziei wybrzmiewający z życia bohaterów) – niestety, w niezbyt udany sposób.
Mimo ciekawego pomysłu na film i wyraźnej wizji reżysera, seans Kundla nie należy do najprzyjemniejszych filmowych doświadczeń. Pod przykrywką kina artystycznego ukrywa niczym niewyróżniający się scenariusz i brak wyraźnego pomysłu na dłuższy metraż. Żałowałem, że w trakcie seansu nie dowiedziałem się niczego więcej o głównym bohaterze (co mogłoby argumentować chociażby podejmowane przez niego decyzje), a to tylko jedna z wielu rzeczy, których brakowało mi w tej produkcji. I choć Kundel jako opowieść o ludzkim cierpieniu, braku empatii i ponurej próbie polepszenia swojego życia okraszony jest długimi ujęciami, przywodzącymi na myśl klasyki nurtu slow cinema, tak już teraz wiem, że sam nigdy takowym nie zostanie. A szkoda, bo produkcja Wei Liang Chianga niewątpliwie miała na to potencjał.
Korekta: Michalina Nowak
Uwielbia kino w każdym wydaniu - zarówno neony u Refna jak i slow cinema spod ręki Tarra, gangsterskie produkcje Scorsese czy niszowe słoweńskie filmy. Z wykształcenia zafascynowany literaturą fantastyczną językoznawca, absolwent filologii słowiańskiej. Pasjonat muzyki, którą stara się nie tylko opisywać, ale również tworzyć. Od niedawna regularnie powiększa swoją kolekcję komiksów.