“Tel Awiw w ogniu” [RECENZJA]

Tel Awiw w ogniu był dopiero drugą izraelską produkcją, którą miałem przyjemność oglądać. Mimo, że film ten powstał w koprodukcji z Luksemburgiem, Belgią i Francją, to z Izraela pochodzi większość obsady, a także reżyser samego tytułu. Przyznam, że przed seansem kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać po – jak wynikało z zapowiedzi i opisów – tak nietypowej produkcji. Na szczęście już po kilku pierwszych scenach wiedziałem, czego oczekiwać dalej. I bardzo się cieszę z faktu, że się nie zawiodłem.

telawiwwogniu

Film Sameha Zoabiego opowiada o Salamie (Kais Nashif), który został zatrudniony w produkcji swojego wujka (w tel roli Nadim Sawalha) jako konsultant do spraw dialogów w języku hebrajskim. Produkcja ta to tytułowa telenowela: Tel Awiw w ogniu. Jest ona – jak zresztą większość oper mydlanych – o romansie. Tym razem ma on miejsce między damskim szpiegiem z Palestyny (Lubna Azabal), a generałem wojsk izraelskich (Yousef Sweid). Połączenie to sprawia, że show cieszy się wielką popularnością zarówno w Izraelu jak i w Palestynie. Produkcja telenoweli odbywa się w Ramallahu, stolicy Palestyny, więc Salam, jako mieszkaniec Jerozolimy, każdego dnia musi przekraczać przejście graniczne. Tam zatrzymuje go Assi (Yaniv Biton), stacjonujący tam komendant posterunku, który rozpoczyna z naszym bohaterem rozmowę.

Przeczytaj również: Dokąd płynie Transatlantyk Festival? [FELIETON]

Salam podaje się za scenarzystę popularnej telenoweli, którym zresztą po krótkiej chwili zostaje, za sprawą poprawek naniesionych na scenariusz przez Assiego. W efekcie, jako nieco nieudolny scenarzysta, regularnie zasięga rad u wojskowego. Temu jednak zależy przede wszystkim na zaskoczeniu swojej żony – wiernej fanki Tel Awiwu w ogniu – niestandardowym zakończeniem. Całość prowadzi do serii śmiesznych scen, których efektem są kolejne dialogi i ujęcia, lądujące ostatecznie w telenoweli.

Niestety, po mocnym początku filmu, całość nieco spowolniła. Spośród wszystkich wątków obecnych w filmie Zoabiego najgorzej się bawiłem poznając życie prywatne naszego głównego bohatera. Pojawiały się tam sporadyczne dramatyczne elementy, razem z nieszczęśliwą miłością Salama. Całość okraszona była jednak kolejną porcją humoru, która wyrównywała poziom produkcji. Wspomniany humor wynikał w dużej mierze z konieczności codziennej pracy nad tytułową operą mydlaną.

Interesującym zabiegiem było ukazanie w tle samego konfliktu między dwoma przedstawionymi na ekranie narodami. Tego typu produkcja nie mogła zostać zrealizowana bez lekkich wstawek politycznych, a Sameh Zoabi wybrnął z tego znakomicie, odsuwając politykę na drugi plan. W efekcie, mimo że akcja kręconej telenoweli dzieje się w 1967 roku (gdy odbyła się wojna sześciodniowa, po której wojska izraelskie przejęły Wschodnią Jerozolimę), same te tragiczne wydarzenia przywoływane są przez bohaterów filmu jedynie w dialogach, w dodatku niekoniecznie istotnych dla fabuły.

telawiwwogniu

Tel Awiw w ogniu idealnie trafił w moje poczucie humoru. Nie pamiętam, na którym ostatnio filmie tak bardzo się śmiałem. Tutaj było to spowodowane zarówno poszczególnymi tekstami wypowiadanymi przez bohaterów, jak i humorem sytuacyjnym. Również ścieżka dźwiękowa działała na korzyść, przywołując uśmiech na moją twarz za każdym razem, gdy usłyszałem motyw przewodni z tytułowej telenoweli.

Sameh Zoabi stworzył Tel Awiw w ogniu jako tytuł, który może trafić do każdego. Pełen lekkiego, dość uniwersalnego humoru film sprawiał, że śmiała się cała sala kinowa. Humor, dobra gra aktorska i miejscami nieszablonowość stanowią przyczyny wielu nagród, którymi Tel Awiw w ogniu został nagrodzony. Mi pozostaje jedynie ocena filmu, który z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim osobom szukającym dobrej komedii na poprawę nastroju.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.