Octopusowy Ostatni dialog filmowy z Michałem Oleszczykiem – MALINOBRANIE, czyli za co kochamy bardzo złe filmy

Maciej Kędziora: Jeśli można jakoś zdefiniować największy paradoks w życiu fana kina brzmiałby tak: najwięcej czystej przyjemności czerpie się z seansów filmów bardzo złych. Bowiem dopiero mierząc się z arcydziełami pokroju kina eksploatacji w trakcie seansów samochodowych, czy The Room wraz z przyjaciółmi na imprezie, w pełni potrafimy odczuć przyjemność z kina. Dlatego, w obliczu trwającego Octopus Film Festival, spróbujemy ustalić czemu i od kiedy na drodze filmowej produkcje spod znaku “bardzo złych” zaczynają przynosić aż tak dużą dawkę satysfakcji. Nie wypada mi jednak, Michale, nie rozpocząć naszego dialogu od pewnego pytania – od kiedy rozpoczęła się Twoja miłość do filmów “bardzo złych” i jaką rolę odgrywają one w codziennym obcowaniu z kinem?


Zobacz też: Przewodnik po Octopus Film Festival

Michał Oleszczyk: Zacznę od tego, że nie do końca się z Tobą zgodzę. Filmy bardzo złe mają to do siebie, że najsilniej uwalniają pewne obszary przyjemności obcowania z kinem, ale nie wszystkie. Nie sprawiają na przykład, że wchodzimy w tryb introspektywny; nie czujemy, by te filmy nas “dotykały”, “poruszały” czy zmieniały. Spływają po nas jak woda po kaczce. Natomiast póki trwają, póty są platformą przeżycia wspólnotowego. Trudno oglądać złe kino w samotności; najlepiej ogląda się je w sytuacji dialogu, grupy. Stąd powodzenie bekowych komentarzy do złego kina w typie MST3K. Te filmy najlepiej ogląda się z innymi widzami, którzy mają na tyle filmowego gustu, by wiedzieć, kiedy coś jest złe – i cieszyć się tym. Jednym z sekretów popularności The Room było to, jak przystępnie zły był to film: nawet osoby o średnim poziomie filmowego wyrobienia mogły odczuć, że “coś tu jest nie tak”. Jeśli idzie o rolę tych filmów w moim życiu… Cóż, po prostu je lubię. Lubię to, że często ich porażka artystyczna łączy się ze swoistym obnażeniem intencji twórcy. Nie lubię kina programowo złego; nie jestem fanem Tromy i pastiszy gatunkowych. To pójście na łatwiznę. Prawdziwie zły film ma w sobie okruch ambicji stworzenia czegoś wyjątkowego, ale film sypie się na naszych oczach. Za archetypiczny zły film uważam Dolinę lalek Marka Robsona z 1967 roku: “poważny” film, na którym można tylko i wyłącznie zwijać się ze śmiechu. Ostatnim hitem złego kina jest dla mnie dostępny na Amazon Prime Backgammon Francisco Orvañanosa, który jest jak The Room przepuszczony przez sztukę Harolda Pintera.

Kadr z filmu The Room.

Maciej: Swoją drogą mam wrażenie, że filmy usilnie kreujące się na złe gdzieś zniknęły, a na pewno wygasł ich fenomen. Próżno szukać już pastiszy pokroju kolejnej inkarnacji serii Straszny film czy też jemu podobnych – i dobrze, bo ta formuła dość szybko się wyczerpała.

Napisałeś o archetypicznych złych filmach, ale dla mnie – jako człowieka, który dopiero od niedawna ma szansę odkrywać nieświadome jeszcze swojego nikłego poziomu filmy w trakcie festiwali – najbardziej fascynujący jest moment zmierzenia się z takowym dziełem bez świadomości jego wymiaru artystycznego. Pięknie pokazał to James Franco w Disaster Artist odtwarzając moment premiery kultowego już The Room. Stąd też pytanie, kiedy po raz pierwszy oglądając film wtenczas premierujący poczułeś, że oglądasz przyszły klasyk, ale w złym tego słowa (przynajmniej dla reżysera) znaczeniu? I też pytanie, które mnie od zawsze fascynowało w tym temacie – kiedy film zły w znaczeniu pejoratywnym, staje się “bardzo złym”, a przez to już wartym zobaczenia? 


Zobacz też: “Mowa ptaków” – Dlaczego wszystko musi się rymować? [RECENZJA]

Michał: Prawdziwie złe filmy zdarzają się coraz rzadziej, bo coraz mniej jest szalonych wizjonerów z dostępem do pieniędzy – obecnie w kinie i telewizji celuje się w średniość i poprawność. Poza tym dokonuje się nieuchronna kanonizacja złego kina i czynienie go zjawiskiem szacownym: Tim Burton zrobił biopic Eda Wooda, James Franco uwiecznił proces tworzenia The Room… Nie jestem fanem tych zjawisk, ale są one nieuchronne. Mnie cieszy każdy prawdziwie zły film, bo jest on jak pęknięcie; prześwit w kulturze filmowej, ukazujący ciekawe napięcia i absurdy rzeczywistości społecznej. Myślę, że w polskim kinie takim złym filmem ostatnich lat było Czuwaj Roberta Glińskiego, który mnie fascynuje z wielu powodów i który obejrzałem kilka razy. Reżyserem amerykańskiego mainstreamu, który wciąż balansuje na granicy naprawdę złego, ale wciąż ciekawego kina, jest M. Night Shyamalan. Osobny przypadek to Patryk Vega: uważam Botoks za fenomenalny zły film, wręcz za małego klasyka. No ale właśnie: Vega to szalony wizjoner z dostępem do pieniędzy. Bez tego pierwiastka szaleństwa, monomanii, dziko zawężonej wizji – bez tego nie ma złego kina.

Film Eegah, wyświetlany na Octopus Film Festival w ramach cyklu Malinobranie.

Maciej: Co do Botoksu myślę, że nawet ten styl to świadomy zamysł Patryka Vegi i sposób tworzenia łatwo przyswajalnego kina, po części “niskich lotów” (bo co by nie mówić – bardzo złe kino trafia prawie do każdego).

Ale te prawdziwie złe filmy, takie z krwi i kości, znajdziemy w Twoim autorskim cyklu Malinobranie na Octopus Film Festival. EegahBoleroStaying Alive to istne klasyki tego typu kina, ale podobnie jak za każdym złym filmem stoi za nimi jakaś historia rozczarowań, autorskich zawodów i upadku marzeń. Stoi za nimi również historia widzów i ich odbioru – wiążącego się czasem z histerycznym śmiechem, czasem ze szczerym zauroczeniem tym jak, parafrazując klasyka, “pięknie świat kina płonie”. A jakie są Twoje historie z tą trójką filmów i czemu są one Tobie bliskie? 

Michał: Staying Alive widziałem najwięcej razy z tej trójki, bo to musical, a ja jestem fanem musical – nawet (a może zwłaszcza) tych złych. Zawsze podziwiałem Gorączkę sobotniej nocy, to jeden z najlepszych filmów lat siedemdziesiątych. Pamiętam, że kiedy przeczytałem, że za jej sequel odpowiedzialny reżysersko był sam Sylvester Stallone, umierałem z ciekawości by w końcu Staying Alive obejrzeć. Nie rozczarowałem się. Aleja diabła, czyli kulminacyjny numer taneczny z tego filmu, to do dziś klasyk scenograficznego i chorograficznego złego gustu, porównywalny tylko z finałem Xanadu, pokazywanego przeze mnie w ramach Octopusa rok temu. Eegah to odkrycie z kupowanych za grosze używanych DVD, jakie nabywałem garściami będąc w Stanach. A Bolero to prawdziwa złotomalinowa legenda, więc świadomie ten film wytropiłem, kiedy tylko miałem okazję go kupić na DVD. Bolero jako zły erotyk uważam za perłę w koronie mojego mini-przeglądu.

Pokaz Mandy na Octopus Film Festival, fot. Michał Szymończyk
Zobacz też: “Pewnego razu… w Hollywood”, czy może raczej “Hollywood: Making of” [RECENZJA]

Maciej: Ja prywatnie z Twojej selekcji czekam najbardziej na Bolero bo nie dość, że opis nader intrygujący to i szeroko pojete kino erotyczne to nisza wara eksploracji. Ale jako, że nas dogania i ogarnia ferwor życia w rytm Octopus Film Festvial pozwolę sobie poruszyć ostatni temat. Kino samochodowe, plenerowe to nisza w naszym kraju dotychczas niezagospodarowana, a jednak takowy anturaż jedynie dodaje samemu seansowi bardzo złych filmów uroku. A gdybyś to Ty Michale, miał zaprojektować i inscenizować pokaz swojego wymarzonego bardzo złego filmu to jakiego i w jaki sposób?

Michał: W przypadku Bolera byłoby to ryzykowne, co najmniej… Jednym z moich ulubionych złych filmów jest musical disco Can’t Stop the Music z 1980 roku. Jest tam piosenka pod tytułem Milk Shake. Marzyłby mi się pokaz tego filmu latem na polskiej plaży, z serwowanymi milk shake’ami i z imprezą do piosenek The Village People. Taki wypasiony, kiczowaty, radosny pokaz, najlepiej z taśmy 35mm. Jeśli kiedykolwiek wygram w totka, już teraz na taki pokaz zapraszam.

Maciej: To mi pozostaje czekać na Twoją wygraną w totka oraz Octopusa za rok!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.