„Zobaczysz wszystko” – Film roku? [RECENZJA]
Mało jest równie dobrych wyznaczników malkontenctwa jak narzekanie na tłumaczenia tytułów. Nowe imiona wcale nie anulują oryginalnych – można wręcz powiedzieć, że wchodzą z nimi w dyskusję, próbując dostosować często trudne do przełożenia niuanse do warunków leksykalnych docelowego rynku. Przyjrzyjmy się translacjom tytułów wytworów umysłu Nathana Fieldera. The Rehearsal oraz Próba generalna – proste, efektywne. Nathan for You i Złoty dotyk Nathana – ryzykowne, odważne, jestem fanem. Przy The Curse niestety nikt nie chciał wykazać się kreatywnością. Z You Can See Everything sprawa wydawała się prosta, jest niestety mały problem z polskim tytułem. Zobaczysz wszystko to obietnica – można wręcz powiedzieć, że wiążąca. Kluczowe dla wykazania różnicy jest słowo „can”, zmiękczające tytułowe zobowiązanie. Celniej i dużo mniej nośnie byłoby przetłumaczyć ten tytuł na „Możesz zobaczyć wszystko”. Wtedy widz nie wyszedłby z kina zawiedziony, w razie, gdyby wszystkiego nie zobaczył. W końcu taki tytuł jedynie komunikuje, że istnieje taka możliwość – ale nie, że dojdzie do jej realizacji.
Niewykluczone też, że wybór takiego tytułu to celowa zagrywka dystrybutora. Tak jak Zobaczysz wszystko jest bezprecedensowym dokumentem – pod względem hype’u, zarobków, podejścia do samej formy i efektu artystycznego – tak meta tytuł byłby równie niespotykanym zjawiskiem. W pewnym momencie Fielder odbywa z Elizabeth Holmes – bohaterką współtworzonego przez niego z Lancem Oppenheimem filmu – dyskusję na temat słowa „can”. Próbuje dojść do tego, czy największa oszustka na świecie (nie licząc Sky Ferreiry) rozumie implikację obiecywania inwestorom, że produkt jej firmy – Theranos – „może” („can”) robić niezliczoną liczbę badań, podczas gdy potrzebne do tego chemikalia nie były opracowane. Słowem – że maszyna posiada funkcjonalność przeprowadzania testów, ale brakuje oprogramowania, które by z niej korzystało.

Holmes twierdzi jednak, że mówiła to, w co wierzyła, że było prawdą. Sama dekonstrukcja tego procesu myślowego stanowi niemałe wyzwanie – a to jedynie kropla w morzu niejednoznacznych komunikatów, gestów, interakcji i twierdzeń, z którymi przyszło się zmierzyć Fielderowi i Oppenheimowi, goszcząc w domu, który Holmes wynajęła z ojcem jej dzieci – Billym Evansem. Nawet zdefiniowanie wiążącej parę relacji jest kolejną łamigłówką – nie wiadomo, czy są małżeństwem, narzeczeństwem, a może po prostu parą. Holmes ani razu nie określa Evansa mianem „męża” – a jednak są wspólnikami biznesowymi, wychowują razem dzieci, a wzajemną miłość określają epitetami, których nie słyszeliśmy w kinie od czasu Wichrowych wzgórz. Tym bardziej fascynuje, że ci niejednoznaczni do granicy absurdu ludzie zapraszają w swoje progi ekipę filmową, żeby nagrywała ich na okrągło przez ponad miesiąc, celem pokazania całej prawdy o sobie. I, o rany, nie mogli wybrać do tego lepszych/gorszych reżyserów.
Oppenheim dopiero co wydał swój fabularny thriller Primetime, w którym przygląda się postaci medialnej ikony – Chrisa Hansena, granego przez Roberta Pattinsona – próbując dociec, czy miał słuszne intencje i stosował odpowiednie metody w telewizyjnym polowaniu na domniemanych pedofilów. Jego Ren Faire to jeden z najbardziej angażujących dramaturgicznie seriali dokumentalnych ostatnich lat. Fielder zbudował sobie markę, tworząc plany biznesowe balansujące na granicy prawa w Nathan for You, jednocześnie w nieporównywalny sposób odkrywając dziwne i niezręczne cechy samego siebie oraz swoich bohaterów. W Próbie generalnej poszedł o krok dalej, ukazując, jak odgrywanie określonych ról jest nie tylko podstawowym ludzkim mechanizmem społecznym, ale też może być korzystne w osiąganiu określonych celów. Przede wszystkim jednak obaj twórcy nietypowo podchodzą do medium dokumentu, wręcz celowo zwracając uwagę na jego fikcyjność. Ren Fair Oppenheima zostało nakręcone i zmontowane jak serial fabularny. Cała idea Próby generalnej opiera się na tworzeniu fikcyjnych sytuacji i scenariuszy do odgrywania przez prawdziwych ludzi. Skąd do głowy Holmes wpadł pomysł, że to właśnie ten duet ukaże całą i nieprzefiltrowaną prawdę o jej rodzinie?

Zobaczysz wszystko nie odpowiada jasno na to pytanie. Generalnie, jeśli jakakolwiek grupa miałaby być zawiedziona tym filmem to ci, którzy oczekują odpowiedzi. Fielder wspominał, że do zrealizowania projektu skłoniła go przede wszystkim wielość interpretacji – okazywało się, że po dniach zdjęciowych każdy członek ekipy miał inne spojrzenie na nakręcony materiał. To wrażenie udziela się podczas seansu – oglądanie filmu A24 przypomina rozwiązywanie zagadki kryminalnej. W przeciwieństwie jednak do klasycznego whodunnita, gdzie autor czy reżyser i montażysta wodzą nas za nos, stopniowo ujawniając kolejne wskazówki aż do wielkiego odkrycia, tutaj twórcy sami nie wiedzą, co z tym zrobić. Czy naprawdę widzimy wszystko? Ryzykując uwierzenie Fielderowi – raczej tak. Czy ma to sens? Ani trochę.
W żadnym wypadku nie jest to zarzut, raczej niesamowite osiągnięcie. Bo pomimo ciągłego poczucia błądzenia we mgle, niemal trzy godziny seansu mijają w błyskawiczny sposób. Zobaczysz wszystko może być najbardziej ekscytującym filmem dokumentalnym, jaki przyszło nam obejrzeć w ostatnich latach – a na pewno wśród tych, których akcja dzieje się niemal wyłącznie w murach czyjegoś domu. Interakcje między Fielderem a Evansem i Holmes – nakręcone w klaustrofobicznie ciasnych przybliżeniach na twarze, eksponujących każdy por na nosie, poszerzenie źrenicy i ruch brwiami – są nieskończonym źródłem konsternacji i niedowierzania. Czy ta kobieta wierzy w słowa, które wychodzą z jej ust? Czy istnieje szansa, że mówi prawdę? Jak to możliwe, że jej partner jest taką fujarą?
Nieoczekiwanym bohaterem Zobaczysz wszystko jest postać ojca dzieci Holmes, Billy’ego Evansa, osoby dotychczas znanej głównie kilku nierozsądnym inwestorom i ludziom siedzącym głębiej w uniwersum szefowej Theranos. Wyrasta on szybko na czarny charakter filmu, pozycjonując się charakterologicznie jako niemal przeciwieństwo swojej partnerki. Podczas gdy ona wydaje się być momentami zagubiona, a jej wielkie, niebieskie oczy, choć niepokojące, sprawiają wręcz bezbronne wrażenie, on ma chłodne, ostre spojrzenie i aparycję biohakera. Najbardziej bije po oczach jego „techbrosowa” obsesja optymalizacji: biznesowych podcastów słucha w tempie 200%, biorąc prysznic jednocześnie myje zęby, a gdy widzi, jak Holmes nieporadnie miesza jajka, wyrywa jej miskę z rąk. Próbuje też kontrolować samego Fieldera – sugerując mu, jakie pytania ma zadawać, o czym mu nie wolno rozmawiać, jak interpretować słowa Holmes. Typowy mansplainujący facecik? A może spec od czarnej roboty, dbający o czystość swojej partnerki?

Tym trudniej dotrzeć do jakichkolwiek odpowiedzi, że duet Fielder & Oppenheim równie mocno interesuje opowiedzenie o Holmes, co opowiedzenie o opowiadaniu o Holmes. Zobaczysz wszystko jest filmem zarówno o próbach przekazania własnej historii, jak i o zewnętrznych narracjach, które są owocem tych prób. Reżyserzy podejmują temat moralności ufikcyjniania prawdziwych wydarzeń, ale też zastanawiają się nad własnym stosunkiem do tematu i bohaterów. To znajomy grunt dla fanów Fieldera – jego metodą jest budowanie relacji, czy to z sobowtórem Billa Gatesa w Finding Frances, czy z Angelą w pierwszym sezonie Próby generalnej, po to, by skierować kamerę na samego siebie. Przepracować lęki, słabości, doświadczyć czegoś na własnej skórze. W Zobaczysz wszystko dzieli się on również swoimi przemyśleniami – ale nie ulega wątpliwościom, że nie kryje się za tym żaden osobisty motyw. Pojechał do domu oszustki i jej dziwnego faceta, spędził z nimi 34 dni, poświęcił wraz ze współreżyserem parę lat na rozwój tego projektu, bo znalazł tam coś, czego sam do samego końca nie mógł zdefiniować. I na końcu on, ekspert od tworzenia wymyślnych scenariuszy i dekonstruowania ludzkiej psychiki, odkrył, że wciąż istnieją rzeczy, których nie potrafi zrozumieć.
korekta: Monika Konkol
Skandynawista, autor prac naukowych o „Midsommar” oraz „Scenach z życia małżeńskiego”. Poza Skandynawią lubi też pisać o kinie Azji i muzyce.