Kulturawka #15 – Polskie kino nie ma w sobie nic z odwagi

Ten felieton nie jest pisany w przypływie bezbrzeżnego gniewu, który przyćmił mi widzenie i skłonił do atakowania każdego, kto tylko nawinął się pod rękę. Nie jest również efektem prywatnych porachunków. To raczej owoc rozczarowania tym, co polskie filmy oraz seriale mają mi, jako widzowi, do zaoferowania. Nie żeby ktokolwiek miał wobec mnie jakiekolwiek zobowiązania, chociaż fajnie byłoby wreszcie zobaczyć coś, co choćby w najmniejszym stopniu korespondowałoby z moim życiem, z losem najbliższych, z sytuacją setek tysięcy Polaków. Ot, taka fanaberia, której realizacji na razie nie mogę się doczekać.

Sztuka zawsze, w mniejszym lub większym stopniu, opisywała i definiowała rzeczywistość. Nie bez kozery już tyle razy wiele mądrych głów pisało o niej jako o lustrze, zwierciadle i innego rodzaju formie odbijającej i przetwarzającej na język artystyczny to, co dane jest człowiekowi w trakcie jego ziemskiej egzystencji. Przy jej pomocy artyści poruszali uniwersalne tematy, choć często umieszczali ją na styku ówczesnych problemów, zmagań, wątpliwości. Weźmy na tapet Boską komedię, dzieło dalece wyprzedzające swoją epokę, po dzień dzisiejszy będące jednym z najwspanialszych wytworów kultury. Mimo że Dante opisuje tam wędrówkę przez piekło, czyściec i niebo, to zaludnia te astralne przestrzenie często postaciami dobrze znanymi ludziom żyjących w tamtych czasach. Artysta próbuje zrozumieć Boży Plan, ale nie przeszkadza mu to rozprawiać się z przeciwnikami politycznymi. Rozpisuje ludzki los na mapie wieczności, a jednocześnie uwiecznia swoich wrogów w roli potępieńczych dusz smażących się w piekle. 

Skupmy się zatem na naszej, polskiej rzeczywistości roku pańskiego 2019. Czy ona jest kolorowa, czy przepełniona kolorem brunatnym, pozostawiam do waszej oceny. Nie jest to tekst opisujący polityczną rzeczywistość. Wydaję mi się tylko, że polscy artyści mają wyrobione zdanie na temat pisowskiej władzy. Gdy tylko nadarzy się okazja, mówią o zaniku demokracji, autorytarnych zapędach, bezczeszczeniu konstytucji, niszczeniu dobrej opinii kraju na arenie międzynarodowej, sprowadzeniu kultury do roli ideologicznej pałki, a także ogólnie o trudnych czasach dla niepokornych, nieskumplowanych z obozem rządzącym, myślących inaczej.

Kadr z filmu “Zimna wojna”

Czy stawiane przez filmowców tezy znajdują odzwierciedlenie w ich twórczości? Czy na przestrzeni ostatnich kilku lat (przypomnę, że PiS właśnie rozpoczyna drugą kadencję rządów) w naszych kinach pojawiła się produkcja, za pomocą której artyści próbują odkodować to, co się dzieje na ulicach, w domach, w umysłach Polaków? Czy te dzieła w jakikolwiek sposób pomagają odnaleźć się w semantycznym chaosie, gdzie prawo bywa definiowane zgodnie z linią partii? A może z polskiego kina dowiemy się czegokolwiek na temat epokowych zmian zachodzących w całym świecie – klimatycznych, technologicznych, społecznych?

Ale spokojnie, nie ma co się denerwować! Przecież możemy nadal zajmować się trudnymi losami artystów w zamordystycznych czasach, wzdychać do dzielnych żołnierzy walczących na barykadach drugiej wojny światowej, podumać nad hipokryzją lepiej uprzywilejowanych mieszkańców ładnych apartamentów, powkurzać się na zacofaną, katotalibańską wieś. A gdy tylko humor nie dopisuje, dostaniemy dawkę komedii romantycznej o miłości przezwyciężającej wszelkie komplikacje, obowiązkowo z Tomkiem Karolakiem. Dodajmy do tego szczyptę autobiografizmu, najlepiej w rodzinnym, intymnym wydaniu i mamy już prawie cały portret polskiego kina, z jakim możemy od kilku lat obcować. O serialach nie wspomnę, bo tam tylko małe miasteczka, morderstwa i WIELKIE tajemnice dotyczące ludzkich namiętności.


Zobacz również: “Irlandczyk”, czyli Scorsese tworzy Kino, a trawa jest zielona [RECENZJA]

Wprawdzie jako widz nie potrzebuję oglądać bohaterów, z którymi mogę się emocjonalnie utożsamiać i razem z nimi przeżywać ich perypetie, niemniej jednak zawsze jakoś tak człowiekowi robi się cieplej na duszy, gdy na ekranie pojawiają się kłopoty, z którymi zmagam się na co dzień. Nie chcę, żeby sztuka była przestrzenią dającą ukojenie i odpoczynek od codziennych problemów. To dla mnie miejsce do bezpiecznego, samotnego przepracowywania pewnych spraw, by wyciągać z tego wnioski, a następnie wcielać je w życie. Naturalnie nie wszyscy muszą podzielać ten sam rodzaj podejścia, moje “definiowanie” sztuki i wymagania wobec niej stawiane nie są przeze mnie traktowane jako uniwersalne, nienaruszalne zasady. Chodzi tylko o to, żeby ta sztuka w jakiś sposób mówiła o tym, co mnie otacza. Mimo że przyjemnie jest pooglądać losy arystokracji w filmach Viscontiego i przemierzać kosmos razem z Bradem Pittem, to czasami wręcz doszukuję się jakiegoś brudu codzienności, okruchów “zwykłego życia”.

Problem pojawia się wtedy, gdy po raz kolejny oglądam polskie historie, które mnie kompletnie, jako człowieka, nie interesują. Czasami to są filmy lepsze, czasami gorsze, w ostatnich latach na pewno kino polskie pod względem artystycznym dźwignęło się z zapaści i dogania światową czołówkę. Niestety, jeżeli chodzi o podejmowane tematy, to na naszym podwórku nadal jest bieda, brak pomysłów, bezpieczne rozgrzebywanie spraw dawno minionych, ewentualnie rozdrapywanie ran w sposób daleki od uczciwego, byle tylko uderzyć w przeciwników. 

Kadr z filmu “Legiony”

Artyści żyjący za komuny są wdzięcznym tematem (Zimna wojna, Ikar. Legenda Mietka Kosza) no bo wiecie, PiS is the new PZPR. Poza tym to takie wygodne, opowiadać o utalentowanych duszach, gdy wokół tylko syf i nierozumni bliźni. Wojna (Kurier, Legiony) to także wdzięczny plan do przetestowania ludzi w obliczu granicznych sytuacji, a przy okazji można poopowiadać o trudnych wyborach i honorze w walce z najeźdźcami. Polscy filmowcy z uwielbieniem odwracają się od obecnej rzeczywistości, unikają publicystycznego zadęcia, by przy pomocy METAFORY, aluzji i szaty historycznej opowiadać o tym, co tu i teraz. A jeżeli to ma być jakkolwiek zakorzenione w obecnych czasach, to obowiązkowo ludzie z “Polski B” (Ciemno, prawie noc, Twarz) muszą być bezzębnymi, rozpijaczonymi tłumokami. Taka taktyka jednak nie działa, zwłaszcza gdy prawie każdy twórca korzysta z podobnych rozwiązań.

Jeżeli chodzi o systemową pracę na naszej rzeczywistości, o mozolne przeoranie polskich “przeklętych problemów”, a nie tylko jednostkowy przypadek, to na pewno na plan pierwszy wybija się twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Od kilku lat mam jednak pewien problem z jego kinem. O ile Wesele można było potraktować jako szczere wyznanie niewiary w nasz naród, o tyle później sposób przedstawiania rzeczywistości stał się już estetyczną formą, za pomocą której można byłoby przedstawić dowolnych bohaterów. Skoro u Smarzowskiego wszyscy piją, to pewnie gdyby zrobił film o strażakach albo restauratorach, to też pewnie polegałoby to głównie na przedstawianiu alkoholizmu oraz innego rodzaju patologii.


Zobacz również: “Gangster, glina i diabeł”, czyli koreańskie podziemie [RECENZJA]

O kinie Patryka Vegi nie zamierzam wspominać, bo dresiarska stylówa z chamskim skokiem na portfele widzów nie jest w moim guście.

Na pewno sprawę utrudnia fakt, że zdecydowana większość filmów jest współfinansowana przez PISF, co pod pewnymi względami może utrudniać szczerą analizę polskiej rzeczywistości. Wprawdzie da się w naszym kraju zrobić filmy również bez tej dotacji, ale rozumiem, że jest to już trudniejsza sprawa. Nie należy od razu wymagać od wszystkich heroicznych postaw. Co jednak z tematami mniej kontrowersyjnymi – ekologią, technologią, może coś o młodzieży? Mapa tematów podejmowanych przez filmowców jest jak mapa świata z XIV wieku – jakiś tam kontynent jest zarysowany, ale wokół niego tylko wielka, biała plama.

Kadr z filmu “Pewnego razu w listopadzie”

W swoim felietonie miałem również napomknąć o serialach, ale w trakcie pisania doszedłem do wniosku, że po prostu nie ma to żadnego sensu. Żyjemy w czasach złotej ery tego gatunku, a tymczasem nam rodzime telewizje ciągle serwują kryminały. Jasne, pewnie one najlepiej się u nas sprzedają, ale żeby to chociaż reprezentowało jakiś poziom… (przypomina mi się w tym momencie drugi sezon Belfra).

Zapewne każdy z czytelników odnajdzie jakiś tytuł wymykający się omawianej przeze mnie tendencji. Jasne, to nie jest tak, że postawiona przeze mnie teza o braku odwagi w podejmowaniu współczesnych zagadnień we współczesnym entourage’u dotyczy każdej powstałej u nas produkcji. Ze swej strony mogę polecić w tym kontekście Pewnego razu w listopadzie, który może nie jest filmem wybitnym, aczkolwiek nareszcie czuję, że ktoś mnie traktuje poważnie, że chce rozmawiać o polskiej rzeczywistości, że nie unika mocnych tez i nie ukrywa się za parawanem wymówek.

Chodzi mi tylko o wskazanie raka, który wciąż toczy polskie kino. Dopóki nie zostanie przełamany ten zaklęty krąg tematów i zagrywek formalnych, dopóty również jako społeczeństwo będziemy stali w miejscu. Czas wreszcie, dzięki sztuce, zmierzyć się z tym, co się dzieje wokół nas. Żyjemy u schyłku pewnej epoki, nikt nie wie, co czai się po drugiej stronie, dlatego trzeba w końcu przystawić lupę do naszego świata. Zająć się ważnymi zagadnieniami i przygotować na to, co zaraz nastąpi. Bo inaczej, tak jak do tej pory, będziemy jako społeczeństwo ciągle dziećmi we mgle, którymi przeciwnicy będą dowolnie rozgrywali.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.