„Krew Boga” – Golibroda Wilibrorda [RECENZJA]
Sięgam pamięcią do sierpnia 2017 roku. Pojawiły się wtedy w eterze pierwsze zdjęcia z długo wyczekiwanego projektu Bartosza Konopki. Pamiętam też komentarz mojego redakcyjnego kolegi: Coś jest nie tak, film wygląda na dobrze doświetlony, kadry na efektowne, a charakteryzacja to czyste złoto. Budzili się klasyczni fani serii Gothic, a wizualne odwołania do pewnych filmów przepuszczano jak tajemnicę poliszynela. Już sam reżyser zwiastował, że pewien poziom imperatywnie zostanie zachowany. Czar prysł chyba na festiwalu w Gdyni. Teraz prysł już oficjalnie, publicznie, przy bezwiednych seansach, skonsternowanych widzach i grzmocących recenzjach.
Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki
Krew Boga to opowieść o wczesnym średniowieczu, misjach chrystianizacyjnych i o poganach. Wszystko rozgrywa się w kategoriach uniwersalnych, na nieznanej wyspie z nieznanymi bohaterami. Jest rycerz-biskup Wilibrord, jedyny ocalały z morskiej katastrofy, który przybywa na wyspę, by nawrócić barbarzyńców, których w innym wypadku czeka pewna śmierć. Niespodziewanie spotyka Bezimiennego – ten stara się dopomóc epigonowi wiary w jego celu. Pogańskie terytorium otacza jednak aura mroku, a mieszkańcy nie są skłonni do konwersji. Misja okazuje się siermiężna. Spowite na niebie ciemności nie dodają bohaterom animuszu.
Zobacz również: Recenzję „Waranów z Komodo”
Wizualnie historia ta pierwszorzędnie lodowate widowisko. Tutaj kiedy pada deszcz, leje jak z cebra; ciemności są tylko egipskie, a scenki rodzajowe – dantejskie. To estetyka, która o dziwo nie odbiega wcale od poziomu Valhalla Rising. Te głębokie, zimne obrazy coraz bardziej supozycjonują się w naszej świadomości; wkraczamy w świat między dwoma epokami, dokładnie w atrium apokalipsy. I to brzmi świetnie i wygląda smakowicie. Do czasu.

Bo z postępujących rozmów Wilibrorda z Bezimiennym, teologicznych konfliktów z tubylcami i szeptanych przez Krzysztofa Pieczyńskiego wyimków z Pisma wyłania się poważny traktat o chrześcijaństwie, moralności naszej cywilizacji i podstawach, na których została zbudowana. Traktat o rządzie dusz, władzy i wierze. Te tytaniczne frazy i monumentalne postawy to oś i zarazem główny problem filmu Konopki. Arcyzaduma i patos zaczynają po prostu męczyć, a natchniony Pieczyński drąży swoją postać do sfery, którą scenarzyści zostawili trochę samopas. To tutaj najłatwiej narazić się na śmieszność, zbyt teatralne gesty, wzgardę widza. Przez ciężkie, niezrozumiałe dialogi, apokaliptyczną monotonię i pikowane ambicje nie da się odnaleźć w tym strumieniu świadomości.
Nasuwa się też pytanie, czy jest czego szukać. „Krew Boga” to swego rodzaju scheda Bergmana, Tarkowskiego i Scorsesego. Choć mam nieodparte wrażenie, że to płytkie nawiązania, czyste wrażenia i skojarzenia, które intelektualnie nie za bardzo się kleją. Owszem, są tu stalkerowskie mokre gąszcza, quasi-ontologia z Siódmej pieczęci (1957) czy odbitki z Mrocznego wojownika (2009) lub Milczenia (2016). Ale wspominam o tym z czystej filmowej ciekawości, bo niestety ćwierćbełkot suflowany nam gdzieś przez twórców nie prowadzi w żadne konkretne miejsce.
Zobacz również: Recenzję filmu „Kobieta idzie na wojnę”
W jednej z ostatnich scen król przemawia do Wilibrorda w 3 językach – literalnie każde zdanie w innym. Jak pisał polski historyk Władysław Konopczyński o jednym z polskich królów: Mówił ośmiu językami, ale w żadnym z nich nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Łapie mnie skleroza, gdy mam sobie przypomnieć jedne z tych potężnych motywów, jakie obrał na warsztat Konopka. Pamiętam za to znużenie i zmęczenie – i to, niestety, nie dlatego, że to seans niełatwy i trudny w odbiorze. Na razie skłaniam się do tego, że jest aodbieralny.

Kto wie, może za paręnaście lat jakiś śmiałek odkryje na nowo to dzieło i dumnie wygłosi, że Konopka zostali odrzuceni i wyprzedzili swoje czasy. Daj Bóg. Co poradzić, że dziś możemy się jeno zachwycać zjawiskowymi zdjęciami Jacka Podgórskiego, przerażającą scenografią, staropruskim językiem, natchnieniem Pieczyńskiego czy wizualnym podobieństwem Karola Bernackiego i odgrywającego u Tarkowskiego tytułowego Stalkera Aleksandra Kajdanowskiego. Jednak cała rozprawa o chrześcijaństwie i pogaństwie, o głuchym milczeniu i ślepej wierze to tematy, niestety, ciekawe tylko na papierze. Choć tak bardzo chciałem, „Krew Boga” mojego głosu nie zdobyła.
Prowokowanie przeróżnych myśli to jedna z lepszych rzeczy, jakie dają teksty kultury, a tak się składa, że kino robi to wyjątkowo dobrze. Lubię kino wszelakie (popularne i festiwalowe) i systematycznie zwiększam swój kapitał kulturowy (!). Jestem sympatykiem zwierząt i entuzjastą kotowatych (TRZEBA kochać wszystkie kotki).