American Film Festival 2021FestiwaleRecenzje

Dawaj dalej, trwaj dalej. Recenzujemy “C’mon C’mon”

Maciej Kędziora
"C'mon C'mon" / American FIlm Festival

You’ve gotta just keep on pushing

Push the sky away

Nick Cave

Kim Ty jesteś? 

W Detroit, mieście z przeszłości bez przyszłości Johnny pyta o to co wydarzy się za kilka lat. Współtworzy projekt, mający na celu poznanie perspektywy dzieci w różnym wieku – od kilku do kilkunastu lat. Ich wypowiedzi, nagrywane i odsłuchiwane później w pustym hotelowym pokoju, wypełniają mu życie. 

Praca definiuje Johnny’ego, jest odskocznią od samotności. W końcu kiedy słyszymy czyjś głos, niezależnie czy nagrany przed kilkoma godzinami czy dniami, mamy poczucie, że ktoś koło nas jest, że echo ciszy zostaje zagłuszone. A jeśli nawet nie zagłusza go obcy głos, możemy wytłumić go sami. Magicznym remedium jest nagrywanie własnych audionotatników, układających rzeczywistość w słowa. Nie zawsze miłe, nie zawsze radosne, zawsze jednak terapeutyczne. A także – jak i każde nagranie – powodujące, że nasze czyny nie zostaną przez nikogo (a zwłaszcza przez nas) zapomniane. 

Odwrotnością charakteru Johnny’ego jest jego siostrzeniec, Jesse. Dziewięciolatek w otoczeniu innych nie ma potrzeby słuchania, odczuwa silną potrzebę mówienia. Odkrywania świata, jak większość z nas w jego wieku. Potrzebę miłości, czułości, bliskości, opiekuńczości. Jak i – być może najważniejszą – potrzebę zrozumienia rzeczywistości, tego co w jego percepcji pozostaje nie do ogarnięcia. Choć, jak sugeruje powracający za kamerę po kilku latach Mike Mills, stwierdzenie, że kiedyś pojmiemy jak działa świat jest kłamstwem – jego niezwykłość nigdy nie przestanie nas zaskakiwać. 

Kiedy jednak zostaje w pojedynkę, albo sam na sam z kimś, Jesse traci potrzebę ciągłego mówienia. Głośno słucha muzyki klasycznej (“sobota to dzień hałasowania”) jednocześnie wspominając chwile radości z ojcem. W chwilach milczenia pragnie bliskości. W poprzedzającym sen czytaniu książek zapewne – choć tu pozostaje odwoływać się do własnych wspomnień – bardziej niż z meritum lektury, cieszy się, że słyszy czyjś głos. Że jest ktoś kto chce mu poczytać. 

C’mon C’mon oferuje nam splot powrotów do dzieciństwa i losów dorosłości. Zestawia marzenia z faktycznymi realiami, rzeczywistość z naiwnością, pragnienia z niemocą. Mike Mills, co czynił już w Debiutantach, być może najważniejszym i najbardziej przejmującym filmie o wiecznej, niekończącej się nauce “dobrego” życia, znów opowiada o tym, że nie ma właściwych dróg. Że pięknie żyć to wiecznie błądzić, nie bojąc się nowych ścieżek. 

Kino Millsa, tak mi bliskie, nieformalnie już na start dodaje nas do ekranowego duetu skazanego na siebie – Johnny na czas przymusowego wyjazdu swojej siostry zaczyna się opiekować Jessem. Kiedy poznają siebie nawzajem, odkrywają swoje piękne strony i wady, także i my przyglądamy się im wnikliwie. Każda scena jest próbą ich zdefiniowania, sportretowania ich we własnej, widzowskiej wyobraźni. Jednocześnie każde pytanie, na których bazuje narracja filmu (jak i sam okres dojrzewania), nie jest skierowane tylko do konkretnego z protagonistów – ma być również zaproszeniem nas do rozmowy. Nas życiowo odnalezionych, jak i pogubionych (pokroju niżej podpisanego), już zdefiniowanych przez siebie i środowisko i wciąż próbujących zrozumieć samego siebie. Nas, niezależnie od warunków prywatnych czy społecznych, przez Millsa z kręgu zainteresowania nie wyrzucanych. 

Co jest dla Ciebie najważniejsze? 

W C’mon C’mon podróż do wnętrza własnej duszy odbywa się poprzez podróż fizyczną, przez stany Ameryki (jak i, czasem ekstremalne, stany emocjonalne bohaterów). Starta konwencja kina drogi oparta na niedopasowaniu i tu ma zastosowanie; z każdym wspólnie spędzonym dniem, zaniedbane ścięgna rodzinnego organizmu zaczynają się ponownie odbudowywać. Mills nie byłby jednak sobą, gdyby poświęcił swój autorski styl kontemplacyjnego opowiadania o codzienności na rzecz klasycznej narracji. Dlatego zamiast ukazywania pokonywanych kilometrów, przerzuca nas z lokacji do lokacji – Detroit, Nowy Jork, Los Angeles, Nowy Orlean. Skupia się na relacjach domowych, chwilach przed zaśnięciem, kąpieli, czy spacerach w wolnym czasie. Życie głównych bohaterów mimo niezwykłości sytuacji, jest radykalnie zwykłe – i tak każdego poranka i każdego wieczora. 

“C’mon C’mon” / American Film Festival

Odskoczniami bywają nagrania dialogów Johnny’ego z młodymi nieznajomymi. Wypowiedzi osób, z którymi rozmawia przepełnione są mądrością, szczerością, ale i pewną naiwnością, której on – jak i część z osób na widowni – trochę im pewnie zazdrości. Mills w tych chwilach wraca do tego, co zatracamy z czasem, na skutek tępienia ostrości własnej percepcji, czy przyswojonej z głosów otoczenia krytyki. Wraca do pewności autorskich sądów o tym, czym jest świat, domorosłego, młodzieńczego filozofowania, nim poznane zostaną “właściwe”, doktrynalne definicje realiów świata. 

To co robi bohater Joaquina Phoenixa to de facto dramaturgiczna wariacja na temat finalnego rezultatu pracy Krzysztofa Kieślowskiego w Gadających głowach. Podobnie jak polski reżyser i Johnny zadaje pytania z puli (choć szerszej niż w dokumencie) każdemu, pokazując perspektywę mniejszości, różnorodność w percepcji świata naznaczoną przez miasta dorastania. W przeciwieństwie jednak do klasyka, Johnny wydaje się być bardziej empatyczny, bardziej tu i teraz. Dostosowuje się do drugiej osoby, jest aktywny słuchaczem. Im dłużej przebywa z Jessem, tym lepiej koi serca i uspokaja narracje tych wysłuchiwanych w pracy. Cytując manifest reżyserki Kirsten Johnson (Cameraperson i Dick Johnson is Dead), Mills zaznacza zmianę w perspektywie kina dokumentalnego. To już nie jest czas na chłodne spojrzenie i obiektywizację narracji – subiektywizm pomaga nie tylko tworzonemu dziełu, ale i osobom pojawiającym się przed kamerą (tudzież – w przypadku reporterskiej pracy – przed mikrofonem). 

“Co Cię przeraża”, “Co Cię cieszy?”, “Czy czujesz się samotny?” pyta Johnny. Najpierw innych, ucząc ich mówienia o własnych emocjach. Jednak podobnie jak inni bohaterowie reżysera – zwłaszcza Oliver z Debiutantów – sam nie potrafi tego robić. C’mon C’mon to proces emancypacji wewnętrznego ja postaci granej przez Joaquina Phoenixa – wypowiedzenia niewypowiedzianych uczuć, pokajania się za to, co jeszcze niewybaczone, ale może przede wszystkim proces pogodzenia się z samym sobą. Własną kruchością, omylnością, czy tym co czyni nas nieidealnymi – pierwiastkiem ludzkim. 

Melancholia istnienia, spiritus movens twórczości Millsa, obecna jest tu głównie w wizualiach. Bo choć wybór czerni i bieli mógł wydawać się łatwizną (operowanie kontrastami wpisujące się w klucz operowanie dramaturgicznymi różnicami – młodością i skostnieniem), powielającym konwencję najsmutniejszego dzieła reżysera – I Am Easy to Find – to istotne jest to co pomiędzy – szarość. Imponuje świadoma zwykłość zdjęć Robby’ego Ryana, świadomie drugoplanowe znaczenie wyczulone li tylko na mimikę postaci, jeszcze bardziej podkreślająca małą-wielkość C’mon C’mon

Czego byś chciał? 

Pytania Johnny’ego wracają echem przez cały film. Odbijają się w narracji, przede wszystkim jednak dźwięczą w głowie, zapętlone, wgryzające się w świadomość. Im bliżej końca, tym bardziej – tak jak bohaterowie – czujemy się związani z ich światem, ich podróżą, ich życiem. Jednak zarówno relacja wuj-siostrzeniec ma swój termin ważności, jak i nasz pobyt w ich świecie ograniczony jest metrażem. “Czy czujesz się samotny?”, zwłaszcza zostało ze mną na dłużej. I gdy pojawiły się napisy końcowe, wreszcie odpowiedziałem – teraz na pewno tak. 

Tyle będziesz musiał się nauczyć, tyle będziesz musiał poczuć. Smutek, radość, rozczarowanie i zachwyt, zapłakany czyta Johnny w trakcie wieczornej, dobranockowej lektury. Mills w cytacie z Star Child, zamyka cały sens swojego najnowszego filmu – by odkryć Ziemię, trzeba urodzić się dzieckiem i podążać za niezbadanym szlakiem emocji, przygód i porażek. W książce jest też inny bliski reżyserowi cytat, dotykający świadomości śmiertelności, naznaczającej jego twórczość.  “Kiedy przyjdzie czas by powrócić na swoją gwiazdę, może być ciężko pożegnać się z tym przedziwnie przepięknym światem”. Taka zaiste jest Ameryka w oczach Mike’a Millsa – przedziwnie przepiękna. 

***

Johnny przyłapany na płaczu przez Jesse’ego, kwituje emocjonalną wartość lektury słowami – “Cholera, ta książka”. Po seansie, siedząc na napisach końcowych z wolno spływającymi łzami po policzkach, sam przyłapałem się na pierwszym wzruszeniu festiwalu. Pomyślałem sobie, “Cholera, ten film”.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Debiutantów, I Am Easy To Find, Gadające głowy

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.