Ho99o9: „Robimy to po to, żeby cię wkurzyć” | Wywiad | Nowe Horyzonty 2026
O ich występie z 2016 roku we Wrocławiu wciąż krążą legendy. Jeden z czołowych zespołów horrorcore’owych – Ho99o9 – wraca na MFF TAURON Nowe Horyzonty. Rok po premierze ich świetnej płyty Tomorrow We Escape, theOGM i Eaddy są w życiowej formie, gotowi by kolejny raz wpisać się w historię Nowych Horyzontów. Mieliśmy okazję porozmawiać z nimi na Zoomie dwa dni przed koncertem i wypytać o wspomnienia z wielokrotnych wizyt w Polsce, ewolucję w podejściu do muzyki i tekstów oraz o kino. Obaj podzielili się swoimi filmowymi topkami i zdradzili w jaki sposób kino wpływa na ich twórczość.
Wiktor Małolepszy: Jak się czujecie przed ostatnimi koncertami w ramach europejskiej trasy?
theOGM: Czuję się świetnie. To zawsze ekscytujące, bo to ostatni koncert trasy, więc cieszysz się na powrót do domu. Ostatni występ zawsze daje mnóstwo radości. Ale lubimy też przyjeżdżać do Polski. Każdy koncert, jaki tu zagraliśmy, zawsze był udany, za każdym razem. Niezależnie czy to festiwal, czy zwykły występ, ludzie zawsze okazują nam tu masę miłości. Nie mogę się doczekać.
WM: Dość często występujecie w Polsce. Chyba jesteście tu już trzeci raz w tym roku. Do tego jakiś czas temu pojawiliście się na ścieżce dźwiękowej do polskiej gry Cyberpunk 2077. Widzę tu pewne polskie powiązania. Czy nadinterpretuję, czy jest w Polsce coś, co sprawia, że ciągle tu wracacie?
Eaddy: Myślę, że wszechświat po prostu połączył nas i Polskę w jakimś wymiarze.
theOGM: Jednym z moich ulubionych wspomnień z Polski, a może i jednym z najlepszych w ogóle, jest OFF Festival. To było po prostu szalone przeżycie. Byliśmy wtedy pierwszy raz w Polsce. Sposób, w jaki to zorganizowali – na naczepie tira – i my grający na tej ciężarówce, z ludźmi tłoczącymi się wokół nas… To było coś zajebistego. Graliśmy też kiedyś na tym festiwalu filmowym (TAURON Nowe Horyzonty – przyp. red.) i to też było świetne. To były dwa najlepsze gigi, jakie mieliśmy.
WM: Minęło dokładnie dziesięć lat od tamtego występu na festiwalu filmowym TAURON Nowe Horyzonty. Dziesięć lat temu, kiedy byliście we Wrocławiu, byliście obiecującym, ekscytującym nowym duetem. Teraz jesteście już uznaną marką, z – moim zdaniem – najbardziej ambitnym albumem wydanym w zeszłym roku, kilkoma głośnymi współpracami i występami na wielkich scenach. Jestem więc ciekawy, czy to wszystko zmieniło wasze podejście do grania na żywo przed publicznością?
Eaddy: Jeśli chodzi o występy na żywo, nigdy nie wiesz, jak zareaguje tłum i jak poprowadzi cię nastrój oraz energia danego dnia i momentu, dopóki nie wyjdziesz na scenę. Nic nie planuję. Po prostu płynę z prądem koncertu i cokolwiek ma się wydarzyć w danej chwili, to się wydarzy. Zawsze dajemy z siebie 110%, bez względu na wszystko. Tyle w temacie. Zobaczymy, co przyniesie Polska, kiedy już tam dotrzemy.
WM: W waszych tekstach jest mnóstwo nawiązań do filmów. Zastanawiam się, jak kino inspiruje waszą twórczość, a w szczególności warstwę liryczną?
Eaddy: Kochamy kino. Obaj mamy swoje ulubione filmy – od klasyków, przez nowsze produkcje, aż po to, co wychodzi teraz. Jesteśmy prawdziwymi snobami, jeśli chodzi o muzykę i filmy. Dobry film – z dobrymi dialogami, dobrą akcją, dobry thriller – wyciąga z ciebie emocje. One też inspirują, niezależnie od inspiracji ulubionym zespołem czy artystą. Filmy naprawdę uderzają w samo sedno emocji, opowiadania historii i poezji. Inspirują mnie żeby czasami opowiedzieć historię kogoś innego, jeśli mam ochotę się pobawić tą perspektywą albo jeśli się z tym utożsamiam. A czasem są po prostu zajebiste.
theOGM: Tak jak mówisz, filmy bywają inspiracją dla naszych tekstów. Oczywiście zazwyczaj mówisz z własnej perspektywy i opowiadasz historie o swoim życiu i o tym, co się w nim dzieje. Ale przychodzi taki moment, w którym czujesz, że możesz wejść w rolę reżysera lub scenarzysty. Możesz napisać lub opowiedzieć historię, którą może przeżył twój kumpel, albo coś, co cię zainspirowało lub wkurzyło, i potrafisz to przedstawić z tamtej perspektywy. Więc filmy inspirują do czegoś takiego. Czasami, kiedy ludzie pytają: „Ej, dlaczego te teksty są takie brutalne? Czemu nawijasz o tym, czy o tamtym w tym kawałku?”, odpowiadam: „Nie zapytałbyś Quentina Tarantino, dlaczego w swoim filmie poderżnął komuś gardło.” To część historii. Dlatego kocham wszystkie filmy. Jestem totalnym ćpunem filmów akcji i thrillerów. Wszystko, co ma akcję, dreszczyk emocji – fury, gnaty, zbrodnia – to mój ulubiony klimacik. No i horrory. Thrillery i horrory to moja ulubiona dwójka.

WM: To coś, co jest naprawdę widoczne w waszej twórczości – ta wizualna strona. Kiedy słuchasz tekstów, widzisz tę wizję, widzisz te obrazy. Jest taki tekst, o który właściwie chciałem zapytać. Istnieje równoległość między dwoma waszymi albumami: „Flesh of God” i „God’s Flesh” – to tytuły utworów zamykających płyty Cyber Warfare i Tomorrow We Escape. Chciałem zapytać, czy analogia między finałami tych dwóch płyt była celowa? Czy kryje się za tą wizją jakiś głębszy motyw lub znaczenie?
theOGM: Właściwie w ogóle o tym nie pomyślałem. Mówiłem nawet Eaddy’emu: „Musimy być lepsi w wymyślaniu tytułów!” Na naszym albumie SKIN mieliśmy dosłownie trzy lub cztery kawałki ze słowem „devil” w tytule. Nikt tego nie wyłapuje. Nawet nie robiliśmy tego celowo. Trzeba zacząć lepiej nazywać piosenki. Szczerze mówiąc, to się w ogóle nie miało wydarzyć! Z tekstami tak samo – tak bardzo angażujemy się w przekazywanie tej samej wiadomości na różne sposoby, że ostatecznie powtarzamy to samo. Będąc zupełnie szczerym: to nie było zaplanowane. Te piosenki nie mają ze sobą związku. Musimy wzbogacić słownictwo! Dwa kawałki o tym samym, kurwa, tytule? Nie ma w tym żadnego głębszego znaczenia. (śmiech)
WM: Naprawdę doceniam, że nie próbujesz mi wcisnąć jakiejś ściemy! Teraz wyjdę na głupka, bo chciałem pociągnąć ten temat w kontekście religijnym. Chciałem zapytać o podobieństwa – albo różnice – między okładkami waszego debiutanckiego albumu a najnowszej płyty. Jest między nimi silny kontrast. Na pierwszej był obraz ukrzyżowanego dziecka na nożu. A najnowsza przedstawia bardzo estetyczne zdjęcie anioła z kwiatem. Obie mają charakter religijny, ale zupełnie inną estetykę i klimat.
Eaddy: Przy debiucie, pierwotnie miał być plakat. Ale wyszedł tak dobrze, że stał się okładką albumu. Przypomina mi to stare plakaty Dead Kennedys, które widywało się na mieście, wyśmiewające rząd, wyśmiewające codzienność. Prawdziwa satyra. Chciałem kilku ludzi wkurzyć. Chciałem wywołać jakieś emocje. Chciałem, żeby ludzie wstrzymali oddech i pytali: „Czy to jest w porządku, czy to jest złe? Co to właściwie jest? Dlaczego oni to robią?”. A ja robię to po prostu dlatego, że mam na to ochotę. Robię to specjalnie po to, żeby cię wkurzyć. Poza tym miksuję Dead Kennedys z Crass – jednym z moich ulubionych zespołów pod względem artystycznym, muzycznym i tego, co przekazywali w tekstach. Kochamy Crass. A Tomorrow We Escape to po prostu rozwój, ewolucja, emocje, surowa energia i my jako ludzie, mówiący o czymś więcej niż to, co widzisz w wiadomościach w telewizji.

WM: Tomorrow We Escape jest też znacznie bardziej instrospekcyjny, prawda? Dotykacie bardziej osobistych wątków i tematów. Zastanawiałem się, jak podeszliście do pisania o tym? Bo to też coś zupełnie nowego w waszej twórczości.
theOGM: Już na początku podjęliśmy świadomą decyzję, by po prostu zrozumieć, że nie jesteśmy robotami – jesteśmy ludźmi i też przechodzimy przez życiowe sytuacje. Co najważniejsze, nasi fani, którzy przychodzą nas oglądać, również borykają się z własnymi osobistymi problemami, z którymi my możemy się utożsamić. Chodziło więc bardziej o znalezienie przestrzeni, w której możemy naprawdę połączyć się z naszą publicznością na bardziej osobistym poziomie, a nie tylko przez politykę. Oczywiście polityka dotyczy nas wszystkich – do jakiego kraju byś nie pojechał, zawsze coś się dzieje z rządem. Ale nie żyjemy tylko tym. Ludzie mają pracę, mają dzieci, borykają się z traumami z dzieciństwa i tak dalej. To są tematy, na których chcemy dalej budować, zamiast być wyłącznie zespołem zaangażowanym politycznie.
WM: Chociaż w waszym najnowszym kawałku, „Power in Numbers”, wracacie do politycznej strony waszej narracji w stylu RATM. Jestem ciekawy, czy wynika to z ciągłego eksperymentowania z tematami i sposobem ich ujęcia? Bo to także powrót z tej osobistej narracji do bardziej politycznie zaangażowanych tematów.
Eaddy: Tak naprawdę nigdy od tego nie odeszliśmy. Mówienie o ważnych sprawach zawsze było i jest w naszym DNA. Stamtąd się wywodzimy, na tym wyrośliśmy. Rozmawialiśmy o tych rzeczach, zanim jeszcze zaczęliśmy robić muzykę. Ten kawałek „Power in Numbers” ma już chyba z cztery lata.
theOGM: Ludzie po prostu o tym nie wiedzą. Mieliśmy ten numer w szufladzie od jakiegoś czasu, więc wciąż o tym nawijamy. Na albumie Tomorrow We Escape też są takie piosenki: „LA Riots” to piękny kawałek. Albo „Incline” – nadal obracamy się w tych klimatach, ale chcemy dać ludziom znać, że mamy do przekazania znacznie więcej.
WM: Na albumie SKIN znajduje się jeden z moich ulubionych momentów w całym waszym katalogu: w „BATTERY NOT INCLUDED”, gdzie nagle znikąd pojawia się ten miękki refren, który potem gwałtownie przechodzi w ostry breakdown. Genialny motyw, zawsze siedzi mi w głowie. I myślę, że to był jeden z pierwszych przypadków w waszej twórczości, kiedy postawiliście na więcej melodii.
theOGM: Zdecydowanie. To jeden z pierwszych numerów, przy których zaczęliśmy bardziej pracować z melodią. A na tym ostatnim albumie poszliśmy w to o wiele mocniej. To było dla nas wyzwanie – utrzymać radykalne brzmienie, ale jednocześnie dodać melodię dla kontrastu.
WM: I myślę, że to jeden z najciekawszych aspektów śledzenia waszego rozwoju. Właśnie wtedy, gdy wydaje ci się, że znasz zespół i jego brzmienie, zaczynacie wprowadzać te łagodniejsze, bardziej melodyjne – powiedziałbym nawet eteryczne – dźwięki, jak chociażby w piosence z Chelsea Wolfe z tym pięknym tekstem o miłości. To mnie początkowo mocno zaskoczyło.
theOGM: To jedno, co zawsze powtarzamy naszym fanom, mówimy to od bardzo dawna: nie przyzwyczajajcie się za bardzo. Chcemy tworzyć płyty, przy których za każdym razem, gdy ich słuchasz, czujesz, że daliśmy ci coś, czego potrzebowałeś, ale też coś niespodziewanego. To po prostu przesuwanie granic, dbanie o świeżość.
WM: Zanim skończymy – skoro wspomnieliście, że jesteście kinomanami, nie mogę was wypuścić bez pytania o wasze ulubione filmy. Coś, co miało na was wpływ, niezależnie od tego, czy to horror, czy nie.
Eaddy: Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi w tej chwili do głowy – zawsze jest w czołówce moich ulubionych filmów, bo tak bardzo uwielbiam w nim czarny charakter – to Gangi Nowego Jorku. To jedna z tych perełek. Gangi Nowego Jorku są dla mnie rewelacyjne: historia, dialogi, złoczyńca. Uwielbiam to. Bękarty wojny to też naprawdę dobry film. To, jak przełącza się z angielskiego na francuski i niemiecki. Świetni aktorzy, dialogi, akcja.
WM: Miło też popatrzeć, jak ktoś zabija nazistów.
Eaddy: Piękna sprawa. A Quentin Tarantino zawsze dorzuca swoją pikantną przyprawę do prawdziwej historii i faktów. Wiemy, że tak nie było, ale to jest piękne. A jeśli chodzi o horror, który chciałbym wyróżnić i którym zachwycam się od czasu, gdy go obejrzałem, to Dziedzictwo. Hereditary. Naprawdę wgniótł mnie w fotel, kiedy go zobaczyłem. Nie byłem po prostu zaskoczony, pomyślałem: „O kurwa, co to do cholery jest?”.
theOGM: Dla mnie, tak z głowy powiem to, co ty, czyli Quentin Tarantino – jednym z moich ulubionych filmów jego autorstwa jest Kill Bill, obie części. Pamiętam, jak to obejrzałem, i zainspirowało mnie to do tego stopnia, że kiedy zakładaliśmy zespół, przez pierwsze trzy lata grałem w sukni ślubnej inspirowanej Kill Billem i postacią Panny Młodej. Więc to zdecydowanie jeden z moich faworytów. Dorzuciłbym filmy o Batmanie, bo kocham kino superbohaterskie, a Batman to chyba mój ulubiony heros. Walka o pierwsze miejsce toczy się między Batmanami z Christianem Balem a tym najnowszym z Robertem Pattinsonem. Był naprawdę mroczny. A na koniec, jeśli chodzi o horrory, to pierwsza Teksańska masakra piłą mechaniczną. Tam wszystko się zaczęło. Jeśli znasz historię Eda Geina, to mam wrażenie, że wzięli Eda Geina, dodali może jeszcze jedną osobę i zmiksowali ich, żeby stworzyć postać Leatherface’a. Ten film jest szalony.
WM: Bardzo wam dziękuję, panowie, że zgodziliście się na tę rozmowę. Widzimy się w sobotę – nie mogę się doczekać.
theOGM: Tak, lecimy z tym! Będzie świetna zabawa. Będzie grubo.
korekta: Łukasz Al-Darawsheh
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.
Skandynawista, autor prac naukowych o „Midsommar” oraz „Scenach z życia małżeńskiego”. Poza Skandynawią lubi też pisać o kinie Azji i muzyce.