Recenzje

“Cała prawda o Szekspirze”, czyli nagi, stetryczały i nudny William [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Gdy w 1613 roku podczas premiery spektaklu “All is True” (szerzej znanego pod tytułem “Henryk VIII”) spłonął Globe Theatre, dla Wiliama Szekspira było to symboliczne zakończenie jego twórczej kariery. Miejsce, w które włożył całe swoje serce, które przemienił w centrum kulturalne całych Wysp Brytyjskich, wraz z jednym wystrzałem źle zabezpieczonej armaty, przemieniło się w proch. Sam, nie będąc w stanie wytrzymać agonii jaką powodował pożar, zdecydował się wsiąść na konia i wrócić w swoje rodzinne strony, by wreszcie żyć życiem zwykłego człowieka, męża, ojca, a także doczekać końca swoich dni.

Powrót po latach iście burżuazyjnego życia w elitach Londynu do małego i prowincjonalnego Stratford nie należy do najłatwiejszych. Po pierwsze William nie potrafi nawiązać kontaktu ze swoją znacznie starszą żoną Anne Hathaway, nadal wypominającą mu jego ambiwalentny stosunek do rodziny – po drugie nadal musi mierzyć się z szykanami dotyczącymi jego ojca (biedaka i złodzieja). Jedna z jego córek tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie z purytańskim despotą, druga, Judith, natomiast postanawia zostać starą panną. Jak na to wszystko reaguje sam artysta? Decyduje się odciąć od wszystkich problemów i wreszcie przeżyć żałobę związaną ze śmiercią swojego syna, ukochanego duchowego spadkobiercy Hamneta (martyrologia godna “Trenów” Kochanowskiego). Problem w tym, że Hamnet odszedł już ponad 15 lat temu, gdy Szekspir wystawiał w stolicy swoją najnowszą komedię.

Zobacz również: “W rytmie Kuby”, czyli misja uJAZZowienia kraju Castro [RECENZJA]

Rozpaczać nad minionym nieszczęściem – to najpewniejszy sposób, by przyciągnąć inne. Te słowa twórcy “Romeo i Julii” stały się niejako inspiracją dla “Całej prawdy o Szekspirze”. Bowiem kiedy mistrz zaczyna rozdrapywać zagojone już rany i w pewien sposób odkopywać grób, stawiając mu epitafium w postaci najpiękniejszego ogrodu, na jego rodzinę raz po raz spadają różne nieszczęścia. Od oskarżeń o zdradę matrymonialną, przez haniebny mezalians, aż do otworzenia puszki pandory z domowymi sekretami, dotychczas owianymi zmową milczenia.

Przeczytaj również:  "Wielka", czyli Katarzyny Wielkiej gra o tron [RECENZJA]

Problem w tym, że “Cała prawda o Szekspirze” to bardziej zbiór luźno powiązanych ze sobą scenek i trwających po 5-10 minut intryg, z których najczęściej nic nie wynika, gdyż stosowany jest zabieg Szekspir ex machina, gdy w niewyjaśniony sposób artyście udaje się prosto rozwiązać wszystkie problemy. Można oczywiście domyślać się skąd w ogóle pomysł na wielowątkowość filmu, w końcu dzieła takie jak “Poskromienie złośnicy”, czy “Juliusz Cezar”, zawsze rozwijały historie postaci nawet trzecioplanowych i epizodycznych, z tym że w tych dziełach wszystko spajał motyw przewodni, a o nim Ben Elton często zapomina i traktuje go po macoszemu (choć to typowe dla jego scenariuszy, w końcu to on odpowiadał za koszmarne “Love never dies”, czyli sequel “Upiora w operze”).

Podobnie trudno stworzyć jakikolwiek rys charakterologiczny głównego bohatera, poza jedną cechą – William Szekspir jest nieznośnym hipokrytą, często osuwającym się do grandilokwencji. Kenneth Branagh wraz z Eltonem będą nas do tego faktu niejednokrotnie przekonywać, ukazując raz po raz wewnętrzne sprzeczności targające dramaturgiem, oraz jego wadliwy kompas moralny i obrzydliwy konformizm. Ubolewam, że jest to jedyna klarowna cecha jaką można określić pisarza – każdy inny pomysł na poprowadzenie postaci zostaje gdzieś szybko zatracony, jak gdyby został wymyślony jedynie na potrzeby jednej, w wyobrażeniu twórców, bardzo zabawnej, bądź przejmującej sceny.

Zobacz również: „Tranzyt”, czyli wojna i tęsknota we współczesnej Francji [RECENZJA]

Zachwyty na temat twórczości Szekspira można mnożyć i cytować garściami. W każdym z peanów na temat jego dziedzictwa pojawia się zwrot “rewolucjonista” czy “reformator”. Szkoda więc, że w produkcji hucznie zapowiadającej rozliczenie się z Szekspirem zabrakło jakiegokolwiek polotu. Czy to jeśli chodzi o stronę formalną – koszmarne, przeestetyzowane kadry, przypominające bardziej akademicką twórczość Longa, niż pejzaże Turnera (którym chcieli się chyba inspirować twórcy patrząc na dobraną paletę kolorów) – czy też jeśli chodzi o treść, będącą kolejnym przeraźliwie nudnym wyspiarskim, kostiumowym melodramatem. Pomijam przy tym kwestię dialogów, odartych z bukieciarskiego wokabularza dramatopisarza, czy nawet z jakiegokolwiek polotu – nie ma tu mowy również o trawestacji, czy pastiszu, każda rozmowa jest boleśnie bezpieczna i wyzbyta z emocji.

Przeczytaj również:  Checked! TOP10 Netflixa – „Contagion - Epidemia strachu”, czyli „Gra o tron” w realiach epidemii [RECENZJA]

Aż dziw, że za cały film odpowiada jeden z największych znawców twórczości Szekspira, całkowicie zanurzony w jego dramatach, Kenneth Branagh. Nie widać tu pasji, która biła z ekranu w monumentalnym “Hamlecie”, zrozumienia słów artysty z wybitnego “Henryka V”, czy nawet pomysłowości “Wiele hałasu o nic”. Nawet jeśli jego celem było uczłowieczenie twórcy “Tytusa Andronikusa”, ujawnienie pewnych nieznanych faktów, to jest to całkowicie niezauważalne w narracji przeplatającej patos z nieudanym humorem.

Zobacz również: “Terapia” – Niemiecki thriller w Sudetach [RECENZJA]

Jedynym co wyciąga “Całą prawdę o Szekspirze” z marazmu i całkowitego poczucia straconej szansy jest obsada. Sam Branagh, jest wprost stworzony do roli swojego idola i duchowego mistrza, Judi Dench w roli żony dramtopisarza po raz wtóry potwierdza, że nie sposób wskazać lepszej szekspirowskiej aktorki, a sir Ian McKellen, mimo epizodycznej roli, przypomniał o czasach świetności z desek Globe Theatre, gdy to został okrzyknięty najlepszym Makbetem w historii. Na drugim planie również możemy dostrzec nieoszlifowane jeszcze diamenty aktorskie – Kathryn WIlder powoduje, że postać Judith jest jedyną, na której losie nam zależy, a Jack Colgrave Hirst niczym Proteus z “Dwóch panów z Werony” po prostu cieszy się życiem.

Prawda w “Całej prawdzie o Szekspirze” jest ukryta równie głęboko co prawdziwa twarz Branagha pod charakteryzacją. Nie chodzi mi jednak o prawdę historyczną, a artystyczną – trudno bowiem uwierzyć w całą tę historię, która jest wtórna, nudna i pozbawiona serca. Tak wygląda “Cała prawda o Szekpirze”, ale żywię nadzieję, że dla Kennetha Branagha i jego potencjalnych przyszłych adaptacji dramatopisarza – “Reszta jest milczeniem“.


Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.