Advertisement
Publicystyka

Serial w bardzo angielskim stylu [FELIETON]

Maciej Kędziora

Rok 1976. W magazynie “The Sunday Times” ukazują się dwa stare listy Jeremy’ego Thorpe’a – ówczesnego przewodniczącego liberalnej partii, jednego z najbardziej popularnych brytyjskich polityków – do Normana Jeffriesa vel Scotta. Wiadomości od kochanka do kochanka, zwieńczone podpisem “Tęsknię.”. Komentatorzy przywiązują jednak większą wagę do pseudonimu “Króliczek”, którym to będzie tytułować Normana, niejako wypełniając mu pustkę spowodowaną swą nieobecnością. Niedługo później, na skutek presji społecznej, Thorpe zrezygnuje z pełnionej w partii funkcji. Finalny gwóźdź do politycznej trumny zostanie wbity w roku 1978, kiedy to prokuratura postawi mu zarzuty planowania i namawiania do zabójstwa swojego byłego partnera. Oto tragiczna historia, która nigdy nie powinna się wydarzyć.

I

Skandal w angielskim stylu to opowieść trzyaktowa, z której każdy odcinek opowiada jeden odrębny fragment historii. I tak, pierwszy akt ukazuje cały romans, ze wszystkimi wzlotami i upadkami, drugi śledzi losy planowania i usiłowania morderstwa, trzeci natomiast jest wiwisekcją upadku Thrope’a oraz medialnego burzenia jego pomnika. Każdy z nich będzie również wywodził się z całkowicie innego gatunku: od melodramatycznej wariacji na temat groteski, przez slapstickowy thriller, aż do przeszywającego dramatu sądowego, gdy przełamany zostanie komiczny sznyt całości.

Z miejsca zostajemy wrzuceni tu w wir akcji. Lokowanie czasoprzestrzenne bazuje jedynie na przelatującym przez ekran napisie z datacją, a my trafiamy prosto nad stół, nad którym Hugh Grant roztacza opowieść o swoim życiu seksualnym. Jednak – mimo szybkiego przelotu rocznikowego – data: 1968 będzie tu kluczowa. Bowiem w 68′ roku homoseksualizm nie tylko był tematem tabu, ale i penalizowaną aktywnością; fakt, którego Thorpe zresztą był świadom, niemniej jednak nie bał się opowiadać o swoich licznych romansach w bogatszych bufetach Izby Gmin.

W trakcie spowiedniczych retrospekcji, Thorpe będzie kreślił również portret Jeffriesa, jawiącego się jako zbłąkany, wystraszony mężczyzna, kwestionujący swoją tożsamość. Jakże odmienny będzie jego Jeffries, od tego którego z biegiem czasu będziemy obserwować na ekranie: szczególnie, gdy bohater Bena Whishawa przyjmie nazwisko Scott, stanie się ikoną queeru, wyemancypowanym gejem, chodzącym z podniesionym czołem po deszczowych, wyspiarskich ulicach. Jedno jednak pozostanie niezmienne – Thrope będzie władał jedną, bardzo potężną kartą przetargową. Kartą ubezpieczenia zdrowotnego Scotta.

II

Ten bardzo brytyjski serial musiał oczywiście nakręcić twórca, który utożsamiany jest z wyspiarskim, filmowym sznytem. Kto bowiem, jak nie Stephen Frears, bodajże największy filmowy, westministerski monarchista, potrafiłby lepiej uchwycić polityczne realia lat 60-tych i 70-tych, zachowując przy tym tamtejszą elegancję i humor? Zresztą – co pokazuje również znakomity Status związku – legendarny reżyser znacznie lepiej odnajduje się ostatnimi czasy na małym ekranie, niż na tym większym, by wspomnieć chociażby odtwórczą Victorię i Abdula.

Tylko Frears potrafi równie wielką wagę przywiązywać do akcentów i języka, którymi posługują się bohaterowie. Wystarczy wspomnieć znakomitą zabawę w “very, very”, które w ustach Hugh Granta brzmi równie perwersyjnie co demonicznie. Tu też, poprzez sposoby wymawiania pewnych słów, reżyser będzie szkicować charakterologiczne portrety postaci – niekiedy jedynie narodowością i specyficzną mową kreując wiarygodne antagonizmy, czy też obraz klasowości u progu popularności Partii Konserwatywnej.

Przeczytaj również:  4 niepokojące filmy, które trzeba zobaczyć na #AFF2020

III

Bardzo zręcznie szkicowany jest także kontrast między Scottem i Thorpe’m, bazujący na następujących po sobie kadrach – gdzie polityk zasiada w wielkich jadalniach, a Norman musi chronić się w swojej obdrapanej przyczepie kempingowej. Z czasem zostaniemy zarzuceni nawarstwieniem tych różnic, dlatego też jeszcze mocniej będą wybrzmiewać sekwencje, w których okaże się, że coś ich łączy – na czele z niechętnym angażowaniem się w związki pro forma, godząc się na utarte, tradycjonalistyczne schematy.

My też oglądając Skandal w angielskim stylu niejako godzimy się na klasyczną narrację serwowaną nam przez reżysera. Na groteskę zalewającą ekran, komicznego Granta i jego tour de force, na autentycznie zabawny, iście Busterowsko Keatonowski slapstick serwowany nam przez Bena Whishawa, którego mimiczna kontrola zachwyca. Tylko tu groteska, podobnie jak zresztą w innych mariażach sztuki z tą formą opowiadania, ukrywa tragiczny punkt wyjścia. Bo za nieudanymi próbami morderstwa, czy flip-flapowskimi potknięciami Scotta, tkwi tragedia osób wyłamujących się normom konserwatywnego życia w cieniu Big Bena.

Choć głównym protagonistą jest Thorpe, z czasem przeradzający się na ekranie w kolejną inkarnację diabła i brytyjskiego Franka Underwooda, najbardziej dotyka emocjonalnie Norman Jeffries. Od początku nie będzie on wpisywał się w normy społeczeństwa nie tylko swoją orientacją seksualną, ale i stroną uczuciową. W zblazowanym, hermetycznym świecie Zjednoczonego Królestwa tylko on będzie pozwalał sobie na łzy, ból, załamania, alkohol, narkotyki. Tylko on w świecie masek będzie sobą – niezależnie czy na ulicy, w zapuszczonym pubie, do którego nie zagląda słońce, czy na sali sądowej, wystawiając się jednocześnie na falę krytyki ze strony homofobów i pruderyjnych ławników.

Przeczytaj również:  4 filmy o dramacie jednostki, które trzeba zobaczyć na #NH2020

IV

Norman Jeffries/Scott dla politologów, wraz z aferą Jeremy’ego Thorpe’a, stał się pierwszym przyczynkiem queerowej rewolucji w Wielkiej Brytanii, a jego wystąpienie – choć potępione z mównicy przez sędziego – rozniosło się echem w społeczności, która mimo depenalizacji stosunków homoseksualnych w roku 1969, nadal spotykała się z represjami i wykluczeniem społecznym. I choć Jeffries dopiero od niedawna może cieszyć się spokojnym życiem, to dzięki jego działalności – jak i LGBT Support The Miners – powoli zmieniała się mentalność Brytyjczyków, co zresztą świetnie dokumentowały inny komedie – od Dumnych i wściekłych do Billy’ego Eliotta.

Frears tylko w jednej chwili przełamuje obraz Thorpe’a jako groteskowego demona zła, ścierając szelmowski uśmiech z twarzy Hugh Granta. Krótka, niespełna trzy minutowa opowieść Jeremy’ego o pobiciach, atakach na tle seksualnym, których dopuszczali się jego niedoszli kochankowie. O tym jak trudno było znaleźć bratnią duszę, z którą można było nie tylko spędzić noc, ale również porozmawiać, pośmiać się. Żyć. Nikt jednak próby morderstwa tu nie usprawiedliwia – Frears po prostu pokazuje, że jego bohater nie jest belzebubskim bon vivantem, a człowiekiem, którego do noszenia maski zmusiło społeczeństwo.

V

Niespełna dwanaście lat po rozprawie sądowej na rynku brytyjskim pojawia się House of Cards, thriller polityczny autorstwa Michaela Dobbsa, ściśle związanego z Partią Konserwatywną i Margaret Thatcher. I choć jego Francis Urquhart był członkiem konserwatywnej opcji politycznej, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że przebojowość FU przerysowana jest żywcem z Thrope’a, jednego z najbardziej charyzmatycznych polityków w historii Izby Gmin. Podobnie zresztą wątek morderstwa kochanki…

VI

Wszyscy ekranowi przyjaciele Scotta przekonują go, że jego zeznania zmienią obliczę postrzegania queeru wśród brytyjskiego społeczeństwa. W tym samym czasie Thorpe, aby ratować dość postępową partię Liberalną, rezygnuje z przewodnictwa w jej szeregach. Frears, jak i historia nie pozostawiają widzom złudzeń – i tak w jednej z ostatnich scen Jeremy po raz pierwszy przegrywa w wyborach. Znamienne jednak, że zwycięskim konkurentem nie jest przedstawiciel Partii Pracy, czy innych tolerancyjnych i lewicujących ugrupowań, a polityk Thatcherowskiej rewolucji. Także Norman mimo swojej odwagi zostaje ukarany – a na spokojne życie wraz z psami będzie musiał czekać przez ponad 10 lat.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.