„Johnny English: Nokaut” – recenzja
Rowan Atkinson z pewnością jest jednym z najbardziej charakterystycznych aktorów komediowych z Wielkiej Brytanii. Wychowałem się, podobnie jak wiele innych osób, wielokrotnie oglądając serial, w którym wcielał się on w popularnego Jasia Fasolę. Po jakimś czasie została jednak wykreowana przez niego inna ciekawa rola, jaką jest Johnny English, nazywany najbardziej pechowym agentem brytyjskiego wywiadu. O ile pierwsza część jego przygód, była całkiem udaną komedią, w oryginalny sposób parodiującą znane franczyzy o tajnych agentach, tak druga wyraźnie odstawała swym poziomem. Teraz jednak, na siedem lat po ostatnim filmie o agencie MI7, Rowan Atkinson po raz kolejny przywdziewa swój czarny garnitur i pędzi by ratować Zjednoczone Królestwo.

U jego boku pojawia się znany z pierwszej części asystent Bough (Ben Miller). Oprócz niego na ekranie zobaczymy również Olgę Kurylenko oraz wcielającą się w rolę pani premier dwukrotną laureatkę Oscara Emmę Thompson. Należy wspomnieć również postać Jake’a Lacy’ego wcielającego się w jedną z głównych ról. Na pierwszym planie pozostaje jednak nasz tytułowy protagonista, który po raz kolejny ma do wykonania niezwykle niebezpieczną misję.
Zobacz Również: Recenzję filmu „Jak pies z kotem”
Tym razem musi on odszukać hakera odpowiedzialnego za cyberataki, których skutkiem jest między innymi ujawnienie personaliów wszystkich agentów MI7. Już sam główny wątek fabularny wskazuje na podobieństwa do innych franczyz o tajnych agentach – film Davida Kerra nie parodiuje bowiem jedynie agenta 007, ale ogół produkcji o brytyjskim wywiadzie. Wspomniany antagonista jest niestety znacznie gorzej wykreowany od tych z filmów o Jamesie Bondzie, czy chociażby Kingsman. Jest on bardzo przewidywalny (wiedziałem kim jest od momentu gdy pierwszy raz pojawił się na ekranie), a jego plan ocieka absurdem.

Od początku wiedziałem, że mnie nie zachwyci. Wszystko dlatego, że składał się właściwie ze zlepku scen, przypominających bardziej zwiastun, niżeli pełnoprawną produkcję.. Chaotyczny montaż jest przy tym jedną z głównych cech tego filmu, gdyż później jest niewiele lepiej. Johnny English: Nokaut przypomina zestawienie mniej lub bardziej śmiesznych skeczy, które nie mają w sobie niemalże nic oryginalnego.
Zobacz również: Recenzję drugiego sezonu „Atypowego”
Mimo tego muszę przyznać, że całość oglądało mi się całkiem przyjemnie. Miał swoje lepsze momenty (jak scena z goglami VR), choć pojawiający się na mojej twarzy uśmiech wynikał częściej z zażenowania tym, co widzę na ekranie, niż z samego komizmu produkcji. W efekcie, wspomniane lepsze momenty stanowiły może kilka minut spośród niemalże dziewięćdziesięciu, które wysiedziałem w sali kinowej.

Trzeba przyznać, że polski dystrybutor wybrał podtytuł adekwatny do tego, co otrzymujemy na ekranie. Film ten to zdecydowany nokaut franczyzy, która rozpoczęła się w interesujący, pełen komizmu sposób, aby w kolejnych częściach prezentować coraz to niższy poziom. Trzecia odsłona przygód Johnny’ego Englisha to nokaut nie tylko tej serii, ale całej marki Rowana Atkinsona, który wyraźnie się wypalił i nie potrafi już bawić publiki tak, jak za swoich najlepszych czasów. A szkoda, gdyż oglądając stare filmy z tym aktorem w roli głównej, potrafię się śmiać już z samej jego mimiki. W tym przypadku nie pomagają mu jednak ani dialogi, ani efekty specjalne.
Uwielbia kino w każdym wydaniu - zarówno neony u Refna jak i slow cinema spod ręki Tarra, gangsterskie produkcje Scorsese czy niszowe słoweńskie filmy. Z wykształcenia zafascynowany literaturą fantastyczną językoznawca, absolwent filologii słowiańskiej. Pasjonat muzyki, którą stara się nie tylko opisywać, ale również tworzyć. Od niedawna regularnie powiększa swoją kolekcję komiksów.