“Jak pies z kotem” – Opowieść o różnych odcieniach miłości – Recenzja

Tworzenie filmów biograficznych nastręcza wiele problemów natury “faktograficznej”. Powstaje bowiem pytanie, na ile usilnie trzymać się, czasami mało porywającej, prawdy na temat danej osoby, a na ile można trochę podkoloryzować przeszłe wydarzenia, by nabrały one bardziej filmowego charakteru. Twórca porusza się tedy po śliskim gruncie, narażając się na ataki z każdej strony. A co, jeśli reżyser tworzy film fabularny na podstawie pewnego wycinka ze swojego życia? Takie ryzyko podjął Janusz Kondratiuk i w filmie Jak pies z kotem postanowił zobrazować ostatnie tygodnie życia zmarłego brata, niegdyś równie wyśmienitego reżysera Andrzeja Kondratiuka.

Kadr z filmu “Jak pies z Kotem”

Twórca Dziewczyn do wzięcia zdecydował się na krok szalenie ekshibicjonistyczny, a zarazem katarktyczny – uchylił zasłonę milczenia i pozwolił widzom spojrzeć w głąb jego prywatnego świata pełnego bólu i poczucia niezrozumienia. Tak się bowiem złożyło, że rodzeństwo nie darzyło się szczególną sympatią. Wieloletnie milczenie, poprzedzone kłótniami oraz wzajemnymi oskarżeniami, skutecznie odseparowało braci i dopiero choroba starszego z nich sprawiła, że mogli się na nowo zjednoczyć.

Zobacz Również: „53 Wojny”, czyli przejmujący portret toskycznego związku – Recenzja

Trudno jednak mówić o ponownym poznawaniu, gdy po przebytym udarze Andrzej (Olgierd Łukaszewicz) nie jest już sobą. Balansujący na granicy świadomości, bohater zostaje całkowicie zdominowany przez chorobę i bez całodobowej opieki nie jest w stanie wykonać choćby najprostszych czynności. Jako że jego wieloletnia miłość Iga Cembrzyńska, grana przez Aleksandrę Konieczną, dryfuje przez życie uzależniona od alkoholu i całkowicie oderwana od rzeczywistości, to w gestii młodszego Janusza (Robert Więckiewicz) pozostaje opieka nad chorym członkiem rodziny. Zabiera więc schorowanego mężczyznę do swojego domu, starając się ulżyć mu w cierpieniach, jak również odbudować zaniedbane więzy.

Wydaje się, że reżyser jest niezwykle szczery w swojej ekspiacji. Niczego nie upiększa, przedstawiając bolesny obraz rozpadu braterskiego ciała. Dzięki rewelacyjnej grze Łukaszewicza udaje się pokazać bolesny proces wygasania życia, gdy przebłyski świadomości stają się coraz rzadsze, a na ich miejscu pojawiają się pierwotne odruchy. Aktorowi wychodzi rzecz niespotykana, ponieważ prezentuje on widzowi postać skazaną na śmierć, która do samego końca zachowuje godność i jest ukazywana z należytym szacunkiem. Kondratiukowi również nie zależy na naturalistycznym podejściu, dlatego też jedynie sugeruje kolejne etapy postępującej choroby, potrafiąc w odpowiednim momencie wycofać się z kamerą i pozostawić bohaterowi odrobinę prywatności.

Zobacz Również: „Climax”, czyli najbardziej przerażająca impreza w dziejach – Recenzja
Kadr z filmu “Jak pies z Kotem”

Jak pies z kotem to przede wszystkim opowieść o różnych odcieniach miłości i próba odszukania pewnych niezmiennych zasad kierujących ludzkimi sercami. Ponowne spotkanie rodzeństwa staje się bowiem pretekstem do rozliczeń z przeszłością i wypowiedzenia słów, które tkwiły od wielu lat jak kamyk w bucie. I nic z tego, że Andrzej jest w stanie w przeciągu chwili utracić kontakt z rzeczywistością – Janusz nadal stara się wyjaśnić, zrozumieć, przebaczyć i zapomnieć. Ostatnie chwile życia starszego brata są jak ostateczne odliczanie, po którym nadejść może tylko bezkresna cisza.

Rewelacyjnie napisane dialogi są zatem jak zaklęcia chroniące przed zbliżającym się Tanatosem, jak spontanicznie wymyślane inkantacje odraczające nadejście nieuniknionego. Bohaterowie możliwie jak najdłużej odsuwają od siebie myśl o śmierci, mimo że jest ona w tym filmie wszędobylska. Spogląda zza węgła, ostrzy kosę i czeka na sygnał do działania, a i tak reżyser stara się jak najdalej uciec od minorowego nastroju. Nieporadność Janusza jest na swój sposób urocza, alkoholizm Igi zostaje spuentowany komicznym zachowaniem, nawet rozpaczliwe działania Andrzeja są często przedstawiane w taki sposób, by współczucie pojawiło się możliwie jak najpóźniej. Jak pies z kotem jawi się paradoksalnie jako historia podnosząca na duchu, z wysuwającą się na pierwszy plan sugestią, że nigdy nie jest za późno na przebaczenie.

Zobacz Również: „7 uczuć” – Recenzja

Pojawiają się w filmie również kontrowersyjne momenty, które mogą wywołać reperkusje w świecie rzeczywistym. Mimo że Kondratiuk przedstawia się jako mężczyznę przepełnionego zawiścią, pozbawionego empatii i niepotrafiącego zadbać o chorego brata, to jednak innym postaciom dostaje się jeszcze mocniej. Iga Cembrzyńska jest upadłą heroiną, wiecznie trzymającą w ręku kieliszek. Jej nałóg jest wyraźnie eksponowany, aż momentami wydaje się, że i ją lada chwila dosięgnie poważna choroba. Jeszcze boleśniej obrywa siostra Cembrzyńskiej, zaprezentowana jako osoba niegodna zaufania, wykorzystująca słabość rodziny i łasa na pieniądze. Nie sposób ustalić, czy reżyser w tych momentach lawiruje między faktami, niemniej jednak są one na tyle wyraźnie pozbawione lekkości reszty dzieła, że stają się bardziej małostkowymi porachunkami. Nawet gdyby przedstawione perypetie między siostrami były prawdziwe, to wykorzystywanie reżyserskiej pozycji władzy pozostawia pewien niesmak.

Na szczęście poza tymi nielicznymi fragmentami udaje się Kondratiukowi swobodnie i bez zgrzytów przeprowadzić opowieść, w czym zasługa znakomitych aktorów korzystających z błyskotliwie napisanych dialogów. Wspomniany Łukaszewicz z wyczuciem i bez szarżowania wciela się w postać Andrzeja Kondratiuka, przypominając swoją wybitną kreacją niezapomnianą Emmanuelle Rivę Miłości autorstwa Michaela Hanekego. Egzaltowana Konieczna jest jak tajfun rozsadzający ramy rzeczywistości i burzący z trudem budowany porządek. Odrobinę dziewczęca, przegląda się w świecie jak w lustrze, wiecznie koncentrując się na własnych boleściach. Więckiewicz, porte parole reżysera, przedstawia postać najtrudniejszą do uchwycenia. Niemożliwym jest ustalenie, na ile to owoc wybitnej gry opartej na dystansie przeplatanym eksplozjami gniewu, a na ile to efekt niejednoznacznego stanowiska samego autora. W końcu nie musi być łatwym przedstawianie bohatera w ciemnych barwach, gdy jego pierwowzór patrzy przez kamerę i nadzoruje wykonywaną pracę.

Zobacz Również: „Pierwszy człowiek”, czyli najlepsza biografia od czasu „8. Mili” – Recenzja
Kadr z filmu “Jak pies z Kotem”

Najprawdopodobniej po premierze filmu będzie trwała licytacja, która z trzech wyżej zaprezentowanych kreacji jest najciekawsza. Warto jednak pamiętać i zwrócić szczególną uwagę na żonę młodszego z braci, Beatę (Bożena Stachura). Wydaje się, że to ona, uwięziona między narcystycznymi osobowościami, jest fundamentem rodziny i uosobieniem miłości. Zaprezentowana zostaje jak postać z innej planety – pełna wyrozumiałości, ciepła, nieskarżąca się na niewygody, jest wsparciem zarówno dla męża, jak i dla jego chorego brata. Stachura gra w sposób wyciszony, poruszając się po filmie z wyczuciem oraz gracją. Momentami ma się nawet wrażenie, że oglądana historia nie jest li tylko zaschniętym bursztynem ze wspomnieniami o bliskiej osobie w środku, lecz również podziękowaniem dla wiernej żony, bez której nic by się nie udało.

Jak pies z kotem to ewenement na polskiej mapie filmowej. Niezwykła obsada i scenariusz napisany w przypływie szczerości świadczą o sile rażenia tego obrazu. Januszowi Kondratiukowi udało się stworzyć produkcję delikatnie dotykającą najboleśniejsze rany, jakie człowiek może nosić na swojej duszy. Mówi o rzeczach ostatecznych bez nadmiernego patosu, przedstawiając życie z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo przecież tylko prawda jest ciekawa. Nie stara się szantażować emocjonalnie i właśnie dlatego ten film dla wielu widzów może stać się przeżyciem oczyszczającym, pozwalającym spojrzeć na relacje rodzinne z zupełnie innej perspektywy i pozwalającym uwierzyć w to, że nawet pies z kotem są w stanie się ze sobą dogadać.


4/5


5 thoughts on ““Jak pies z kotem” – Opowieść o różnych odcieniach miłości – Recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.