“Glass”, czyli samokrytyka Shyamalana? [RECENZJA]

Kiedy w 2016 roku na ekranach kin pojawił się “Split”, rynek filmowy doznał niemałego szoku i ogłosił wszem i wobec, że oto doczekaliśmy twórczego zmartwychwstania M. Night Shyamalana, który po wielu latach błądzenia wreszcie wrócił na dobre tory. Na szczęście, jak od dawna wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i zrozpaczony pozytywną recepcją ostatniej produkcji twórca “Szóstego Zmysłu” zdecydował się zwieńczyć swoją dość udaną – szczególnie jak na swój potencjał – trylogię produkcją cierpiącą na roztrojenie jaźni, będącą jedną wielką autoparodią – problem w tym, że “Glass” jest chyba jej jednak nieświadomy.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

Na początek reżyser decyduje się zabrać nas w nostalgiczną podróż do czasów, gdy ekspozycja w filmach akcji była wyższą koniecznością, a przed obejrzeniem kolejnej części serii musieliśmy dostać przypominajkę co zdarzyło się wcześniej. Dlatego też Shyamalan zdecydował się uprawiać twórczy recykling i poza masowym wykorzystaniem utartych przez siebie klisz, wykorzystuje paręnaście sekwencji żywcem wziętych z “Niezniszczalnego”“Splitu”. Dodatkowo, przy każdym pozornie mniej oczywistym nawiązaniu do poprzednich części, poczuwa się w obowiązku do dokładnego jego wytłumaczenia – nawet na pierwszy rzut oka zabawne cameo reżysera (do którego doszło też w pierwszym epizodzie), musi zostać łopatologicznie wytłumaczone jakże niepotrzebnym zdaniem: “Zdaje mi się, że widziałem Pana jak Pan pracował na stadionie. Byłem wtedy w szemranym towarzystwie”.

Zobacz również: Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]

Pierwsza część świadomości “Glass” pod tytułem “Jedna wielka ekspozycja” kończy się na starciu Bestii z Dunnem, gdy swój trafia na swego. Problem w tym, że nawet walka posiadająca w sobie tyle potencjału, jest zrealizowana w sposób, przy którym wszystkie sekwencje akcji w “1000 latach po Ziemi” zdają się być mistrzostwem kinematografii. Ot, otrzymujemy jeden długi, ciągle trzęsący się kadr ze zbliżeniem na twarz zziajanego Bruce’a Willisa i próbującego wykrzesać z siebie jeszcze więcej zwierzęcej energii McAvoya. I jest to nasz filmowy rytuał przejścia, kiedy to reżyser mówi nam – wróciłem do korzeni, a my poczynamy się rozkoszować w tym powolnym, twórczym osuwaniu sie Shyamalana.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

Najdłuższym i najbardziej spójnym etapem całej produkcji jest przeciągnięta do granic możliwości sekwencja kuracji – kiedy to zaczynamy się zastanawiać czy Dr. Ellie Stemper ma na celu wyleczenie głównych bohaterów z ich urojeń co do bycia superbohaterem, czy też wyleczenie widzów z wiary w umiejętności Shyamalana. Nie dzieje się tutaj bowiem nic. Dunn smutnym wzrokiem obejmuje metalowe ściany swojej celi, cały czas twierdząc, że czyni dobrze (uwaga, spoiler – swego nastawiania nie zmieni). James McAvoy przebywając w zamknięciu stawia sobie za cel ukazanie wszystkich etapów metody Stanisławskiego, a zblazowany Mr. Glass w swoim obmyślonym na długo przed wszystkim planie decyduje się udawać niepełnosprawnego umysłowo – przez co przez ponad godzinę musimy czekać na jego pierwszą, bardziej sensowną wypowiedz. Jest to tak zwany okres “wyczekania” – gdyż podskórnie mamy świadomość, że za chwilę Shyamalan włączy piąty bieg o o nazwie plot twist i zakończy nasze cierpienia polegające na oglądaniu Hedwiga vel McAvoya tańczącego do Drake’a.

Zobacz również: „Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki – Recenzja

Niestety nawet tutaj Shaymalan swój najbardziej przekoloryzowany styl narracyjny – nagły, “niespodziewany” zwrot akcji – musi hiperbolizować. Trudno bowiem nie zakrztusić się śmiechem, kiedy Mr. Glass krzyczy na cały głos “CZAS NA KLASYCZNY ZWROT AKCJI”. Swoją drogą – abstrahując na chwilę od analizy trzeciej świadomości filmu “Glass” – tytułowy bohater spełnia tu również rolę demiurga, który to składa w stronę reżysera samokrytykę – wypominając zwroty akcji, stając się maszyną ekspozycyjną, a wreszcie również tłumacząc każdy, nawet najbardziej oczywisty symbol. W ostatnim akcie reżyser postawił na swoje best of – narracja zmieni się jeszcze 20 razy, dostaniemy w twarz całkowicie oczywistym, acz w wizji Nighta całkowicie nieprzewidywalnym finalnym rozwiązaniem, by wreszcie popłakać się ze śmiechu gdy twórca słowami przypadkowego przechodnia mówi nam “wszyscy myśleli, że to koniec, a on od początku miał sekretny plan”, by pokazać nam jeszcze jedno zakończenie.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

Niemniej jednak “Glass” ogląda się zaskakująco przyjemnie, gdyż jest to pasjonujące stadium psychologiczne postaci M. Night Shyamalana, który zdaje się utracił na pewnym etapie produkcji wizję tego co czyni, tworząc scenariusz bardzo przypominający mój seans “Bandersnatcha”, kiedy to zatraciłem nad sobą kontrolę i w maniakalnym ataku próbowałem wskazać inne możliwe zakończenia, mówiąc sobie – przecież tak też można!

Zobacz również: „Powrót Bena” [czyli „Wracaj do domu”] – Recenzja

Nie zawodzi również ekipa aktorska – James McAvoy, mimo tego że gra kropka w kropkę to samo co w “Splicie” nadal wypada fenomenalnie, mogąc spełnić swoje wszystkie aktorskie ukryte pragnienia. Bruce Willis, mimo widocznego zmęczenia, po raz pierwszy od dawna starał się na planie filmowym, a Sarah Paulson to pewnik jeśli chodzi o porządny warsztat aktorski.  Najgorzej z całego zestawu wypada Samuel L. Jackson, który gra z irytującą dozą dezynwoltury – pytanie tylko jak bardzo wina leży po jego stronie, a jak bardzo po stronie scenariusza – w końcu Mr. Glass to alter ego Shyamalana – przekonanego o tym, że tworzy superbohaterów.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

“Glass” to nowa inkarnacja “Strasznego filmu”, tyle że zajmująca się gatunkiem superhero. I jeśli takowy był cel Shyamalana (choć wydźwięk większości scen przeczy tej tezie) to pozostaje mi chylić czoła. Jeśli jednak jest to produkcja traktująca siebie na poważnie (gdzie główny wieżowiec nazywa się MARVEL tower) to jest to jeden z najsmutniejszych obrazów w ostatnich latach. Pokazuje bowiem jak bardzo w swojej świadomości osunął się niegdyś tak znakomicie zapowiadający się twórca.


1.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.