Dziewięć żyć KOTÓW na ekranie [ZESTAWIENIE]

Dla wielu ludzi koty to najwspanialsze zwierzęta na świecie. Wprawdzie chodzą własnymi drogami, ale gdy ich ścieżka akurat przetnie się z kolanami właściciela, to dochodzi do cudownego pojednania. Subtelnie potrafią ułożyć ciało i nienachalnie wystawić łeb, co by ręka głaszczącego na pewno wiedziała, gdzie ma trafić. Kto żył z kotami, mógłby zapewne snuć liczne opowieści utrzymane w podobnym, sentymentalno-ironicznym tonie. Pewnie też dlatego stały się one bohaterami memów bijących rekordy popularności. I pewnie też dlatego nasi Czytelnicy w specjalnej sondzie zdecydowali, abyśmy na łamach Filmawki poświęcili im osobny tekst. Z tego powodu poszukaliśmy i wybraliśmy dla Was kilka produkcji, lub po prostu kilka kotów, z którymi ewidentnie powinniście się zapoznać za pomocą kina i telewizji.


Kapitan Marvel 

Kapitan Marvel

Ze świecą trzeba by było szukać filmu, który w tym roku bardziej podzielił mainstreamową widownię niż zrobiła to „Kapitan Marvel”. Roztrząsanie wszystkich – od technicznych, przez fabularne, aż po ideologiczne – aspektów tej produkcji to rozrywka na długie godziny mogąca poważnie nadwyrężyć najsilniejsze nawet znajomości. Czasami trzeba jednak odpocząć od ciągłego sprzeczania się i wspomnieć o tej jednej kwestii, z którą zgadzają się wszyscy: rudy kot o imieniu Goose to coś, czego wszyscy potrzebowali.

Blockbusterowe kino nigdy nie ukrywało, że postacie, które są jednocześnie urocze, mają ogromne serce i bywają ważne dla rozwoju fabuły, są bardzo pożądane. Były Gumisie w „Powrocie Jedi”, był Sylvester Stallone w filmie „Rocky”, był wreszcie Baby Groot w sequelu „Strażników Galaktyki”. Król może być jednak tylko jeden (a może królowa, bo w komiksach kot Marvelitki to tak naprawdę kotka) i jest nim właśnie Goose, nazwany tak na cześć przyjaciela Mavericka, głównego bohatera kultowego w kręgach LGBT filmu „Top Gun”. Bromance z Nickiem Furym, wzbudzanie śmiertelnego (i – jak się później okazuje – uzasadnionego) strachu u Skrullów, zjadanie kamieni nieskończoności i ciasna, ale własna scena po napisach – nasz rudzielec kradnie każdą scenę, w której się pojawia. I nawet nie czuć, że to także satyryczna wariacja na temat stereotypu, zgodnie z którym samotna kobieta musi posiadać takiego zwierzaka.

Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że Goose (ciekawostka: w materiale źródłowym nazywa się on Chewie, wyjaśnianie genezy chyba jest zbędne) to najlepszy kot w historii kinematografii, ale na drodze do uznania tej śmiałej tezy stoi jeden problem: obiekt tej notki wcale nie jest kotem, ale całkiem inteligentnym (rozumiejącym mowę ludzką) i całkiem niebezpiecznym (posiadającym mordercze macki i zdolny do tworzenia miniaturowych wszechświatów w swoim wnętrzu) tworem należącym do potężnej rasy Flerkenów. No cóż, w takim razie to po prostu najlepszy wyrób kotopodobny w historii kinematografii. Chociaż możliwości MCU w zakresie kreacji nowych miejsc i bytów są w zasadzie nieograniczone, to musieliśmy czekać ponad dziesięć lat (i ponad dwadzieścia filmów) na to, aż ten potencjał zostanie w pełni wykorzystany. Ale doczekaliśmy się. I fajnie. (Michał Piechowski)


Bananya

Kot ma szczególne znaczenie w kulturze japońskiej. To stamtąd pochodzi zarówno Maneki Neko, jak i słynna marka Hello Kitty. W efekcie, w naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć kota z anime. Ze względu na liczną kocią reprezentację w tym gatunku – jak na przykład słynny koci autobus z “Mojego sąsiada Totoro”, Kuroneko z “Triguna”, Pokemona Meowth czy mojego ulubieńca, czyli Nyanko-sensei z “Księgi Przyjaciół Natsume” – wybór był ciężki. Sprawiło to, że padł on na coś dziwnego, niekonwencjonalnego i po prostu szalonego, w typowo azjatyckim stylu.

“Bananya” to seria skierowana do najmłodszych. Tytułowym bohaterem jest jeden z kotków żyjących w skórkach od bananów. W produkcji poznajemy całą jego rodzinę, a akcja trzynastu kilkuminutowych odcinków przedstawia ich kolejne przygody. Bananya lubi się bawić, uwielbia słodycze, a jego największym marzeniem jest… zostanie słodkim bananem w czekoladzie. W tym momencie pewnie czytający ten tekst robią wielkie oczy i kwestionują wybór tego, a nie innego „kota”. Ale ostatecznie, czy może być coś słodszego niż uroczy kotek ukryty wewnątrz skórki od banana? I co ważniejsze – coś bardziej szalonego i po prostu… japońskiego? (Bartłomiej Rusek)


Sabrina, nastoletnia czarownica

Jeśli jest lista z kotami, to nie można zapomnieć o jednym z najsławniejszych w naszej popkulturze. Najsławniejszym czarnym kocie. Oczywiście, piszę o Salemie! Nieodzowna postać z serialu mojego dzieciństwa; sarkastyczny komentator przygód, które spotykały Sabrinę, nastoletnią czarownicę i jej ciocie. Chyba nie skłamię, jeśli napiszę, że trochę skradł show głównej postaci, ale nie ma się co dziwić. Zabawny, zadziorny, inteligentny, strzelał onelinerami jak z ręka… kociej łapy.

Sama jego historia była tragiczna i zabawna zarazem. Salem był kiedyś czarownikiem, który chciał przejąć władzę nad światem. Został jednak przyłapany przed wykonaniem swojego złego planu i skazany na stulecie w ciele kota. Już w kociej formie wylądował pod opieką sióstr Spellman i stał się członkiem ich rodziny. Bez niego serial z przełomu XX i XXI wieku nie byłby taki sam, o czym świadczy fakt, że jako jedyna postać (oprócz Sabriny granej przez Melissę Joan Hart) wystąpił we wszystkich epizodach. To dopiero osiągnięcie godne podziwu jak dla kota. (Maja Rybak)


Obcy – ósmy pasażer Nostromo

Statek kosmiczny, na którym czai się morderczy ksenomorf to nienajlepsze miejsce dla kota, prawda? A jednak Jones nie tylko przeżył w świecie Obcego dłużej niż wielu ludzkich bohaterów, ale też pełnił w „Ósmym pasażerze Nostromo” ważną funkcję. Nie był tylko zwykłą maskotką, ale też potęgował uczucie strachu i niepokoju.

Bo o ile mogliśmy mieć znieczulicę na losy ludzi i androida, trudno nie przejmować się tym zwinnym rudzielcem. Jako wierny towarzysz Ripley spędził razem z nią długie lata, najpierw w hibernacji, a potem jako ukochany zwierzak, którego niestety musiała w pewnym momencie zostawić. Co ciekawe, w rolę Jonesa wcieliła się czwórka kocich aktorów, z których każdy miał do odegrania inne sceny. Jeden grał w scenach syczenia, inny miał się przytulać etc. (Paweł Kicman)


Co jest grane, Davis?

Bracia Coen celowo stawiają na drodze folkowego muzyka Llewyna Davisa rudego kota Ulissesa. Nie po to, aby bohater filmu “Co jest grane, Davis?” chwilowo rozprawił się z samotnością i zaznał nieco ciepła od futrzanego przyjaciela, ale miał świadomość obecnego w jego życiu fatum. W pierwszych scenach filmu kot ze sterczącym do góry ogonem przechodzi rankiem korytarzem mieszkania i wskakuje do łóżka Davisa, budząc go gniewnym pomrukiem. Mając się na baczności towarzyszy mężczyźnie w porannych rytuałach, podnosząc mu adrenalinę próbami ucieczki, co zwiastuje kolejny, fatalny dzień. Nieprzypadkowe jest też imię kota nawiązujące do mitologicznej postaci Odysa, króla Itaki, który po wojnie trojańskiej borykał się z licznymi przeszkodami uniemożliwiającymi mu powrót do domu.

Wokół interpretacji obecności kota w filmie Coenów powstało kilka teorii. Jedna z nich (do której mi najbliżej) głosi, że Ulisses jest uosobieniem kolei losów Llewyna Davisa (swoją drogą to walijskie imię oznacza wielkiego kota). Kot pojawia się w filmie, gdy ma przypomnieć muzykowi, że niepowodzenia są wpisane w jego życiorys. Inna teoria, też dość prawdopodobna, skłania się ku zmarłemu partnerowi Davisa z muzycznego duetu, Mike’owi. Kot ma symbolizować duchową obecność dawnego towarzysza, bez którego Llewyn bezcelowo tułaczy się po przedmieściach Nowego Jorku. Podejmowane próby pozbycia się Ulissesa są etapem godzenia się ze stratą i poukładania sobie życia na nowo. Psotliwy rudzielec przypomina, że nie każdego czeka american dream, a do pewnego stopnia beznadziejności i nijakości swojego bytu można przywyknąć. (Marta Ossowska)


Koty

Musicale z definicji są tworem dziwacznym, ale “Koty” to dzieło tak absurdalne, że udało mu się wyznaczyć swoje miejsce wśród produkcji, w których śpiew zastępuje myśli, a taniec w miejscu publicznym to normalna rzecz.

Tytułowe sierściuchy – czyli m.in. futrzaste połączenie Tima Curry’ego z Mickiem Jaggerem, duet rozrabiaków podobnych duchem Zespołowi R z “Pokémonów” oraz stara kotka, którą odrzuciło stado – urządzają co roku na śmietnisku bal, podczas którego decydują, kto trafi do mitycznego Kociego Raju. W międzyczasie nikczemny Makiawel chce porwać starego przywódcę dachowców za pomocą swoich magicznych mocy. Hmmm.

I niby powinniśmy się zastanawiać, kto co brał przed wpadnięciem na ten poroniony pomysł, ale koniec końców to właśnie ta dziwaczność sprawia, że “Koty” to rzecz, którą powinien każdy obadać – choćby poprzez fragmenty na YouTubie. Przebrani za wąsacze aktorzy i cała musicalowa otoczka sprawiają, że łykasz ten spektakl bez popitki – przez to, że inaczej nie da się odegrać na scenie zachowań kotów, jak tylko poprzez ludzi, to w pewnym momencie przestajesz myśleć, że to tylko performance, i mimowolnie zaczynasz się wciągać w tę wymyślną kocią hierarchię. Zwłaszcza że “Koty” nie kończą się na samej idei i wyglądają oraz brzmią fenomenalnie. Polecam szczególnie obejrzeć wersję telewizyjną z 1998, która została nakręcona z pełnym dobrodziejstwem inwentarza – oryginalna choreografia, aktorzy z londyńskiej i amerykańskiej wersji występu, kapitalna scenografia oraz wysmakowana oprawa audiowizualna na czele z (a jakże) genialnymi utworami (idźcie na YouTube’a przesłuchać “Memory” oraz “Mengojerrie & Rumpelteazer”, a potem całą resztę, no już!).

Dziki odpał i niezły narkotykowy trip, który jednak potrafi zaserwować porządną dawkę rozrywki, radości i serducha oraz nauczyć tego, czym jest zwykła ludzka empatia.  Koty uczą ludzi, jak być ludźmi, ale jaja. (Kuba Stolarz)


Ludzie-koty

Gdy w latach 40. kino autorskie jeszcze nie istniało, w Hollywood swoją złotą erę rozpoczął słynny producent, Val Lewton. Temu rosyjskiemu emigrantowi, po okresie rozwijania się w b-klasowym kinie, zaproponowano współpracę z niewielką, ale odnoszącą sukcesy (przynajmniej artystyczne) wytwórnią RKO (“Obywatel Kane”). Propozycja polegała na produkcji horrorów – studio zażyczyło sobie filmów uzupełniających podwójne seanse – horrory miały być puszczane przed dużymi, głośnymi tytułami; musiały być więc krótkie, nie dłuższe niż 75 minut i cechować się bardzo niskim, praktycznie znikomym budżetem. Lewton przystał na taką propozycję, ale jego ambicja przerosła oczekiwania wszystkich – mając tak skromne środki do wykorzystania, producent postanowił skupić się na budowaniu atmosfery niepokoju – tak, aby nie straszyć widza dosłownością, ale grą światła, niedomówień, cieni i dźwięku. Lewton stworzył swój styl, czerpiąc inspiracje z niemieckiego ekspresjonizmu. Wiedział, że u ludzi największy lęk wywołuje to, co nieznane, tajemnicze, schowane w cieniu. Jak sam kiedyś powiedział: “Jeżeli ekran będzie dostatecznie mroczny, oczami duszy odczytamy wszystko, co trzeba”.

Pierwszy swój film, absolutne arcydzieło poetyckiego kina grozy, stworzył we współpracy z francuskim reżyserem Jacquesem Tourneurem. “Ludzie-koty” czerpią z bałkańskiej legendy, sięgającej korzeniami starożytnego Egiptu, opowiadającej o kobietach, które w pewnych okolicznościach zmieniają się w krwiożercze czarne pantery. Reżyser bardzo sprawnie eksponuje “koci motyw”, posługując się nim jako jednym z elementów budowania grozy, wyrażanej przez różnego rodzaju przedmioty lub żywe osobniki tego gatunku: domowe koty, tygrysy w zoo, czarną panterę w klatce, czy elementy wyposażenia pokoju głównej bohaterki, Ireny. Odgrywana przez Simone Simon dziewczyna posiada nadzwyczaj duże, piękne oczy – tak, że pozostaje czekać, aż obudzi się w nich kocia natura. Natura, która po dziś dzień zostaje przez człowieka niezbadana.

Ta smutna historia zagubionej dziewczyny w Nowym Jorku nie dość, że spotkała się wówczas z cenzurą (związaną ze scenami erotycznymi, które w pełni wybrzmiewają w remake’u z 1982 roku), to przede wszystkim została przez krytyków absolutnie przekreślona. Nikt nie spodziewał się tego co nadeszło – czyli absolutnego szturmu widzów do kin na ten tytuł. Ludzie-koty nie tylko praktycznie natychmiast się spłacili, ale przyniosły studiu solidny zarobek. Być może społeczeństwo, które wówczas zmagało się z wojną, potrzebowało, aby ktoś ich lęki odzwierciedlił na ekranie – zrobił to Lewton, tanim kosztem i ogromem ambicji. Sam tytuł do dziś potrafi zaczarować swoim klimatem, a jego końcówka złamać niejedno serduszko. (Szymon Pietrzak)


Kedi – sekretne życie kotów

“Kedi – sekretne życie kotów” to film opowiadający o życiu kotów w Stambule. Łatwo się domyślić, że bohaterami są tytułowe czworonogi. Sam wyraz “Kedi” w języku tureckim oznacza zresztą kota. W filmie Ceydy Torun kamera śledzi poczynania wielu przedstawicieli tego gatunku, często tak różnych od siebie. Część z nich poznajemy z imienia, część natomiast pojawia się na ekranie niemalże całkowicie anonimowo.

O ile sam film jako dokument nie jest może wybitny, tak przedstawione tam koty potrafią wywołać u odbiorcy wiele emocji. Poznajemy historie wielu z nich – niektóre łaszą się do dokarmiających ich ludzi, inne codziennie walczą o swoje terytorium. Koty porównywane są w filmie do ludzi, ze względu na ich zachowania, jak i charakter.

W “Kedi…” poznajemy przede wszystkim relacje istniejące pomiędzy ludźmi a kotami. Te nie są niczyją własnością, po prostu żyją razem z człowiekiem, niemalże w symbiozie. Są przyjaciółmi ludzi, którym pomagają, chociażby swoją obecnością. Cała produkcja, choć nie posiada zbyt dużej głębi, z pewnością przypadnie do gustu osobom, które koty uwielbiają. Pozostali natomiast prawdopodobnie spędzą czas podziwiając pracę kamery, uważnie śledzącej wspomniane „dachowce”, gdyż zdjęcia w opisywanym filmie stoją na najwyższym poziomie. (Bartłomiej Rusek)


Kot Tomasz

Drugi najsłynniejszy kot żyjący na polskiej ziemi. Znany z wielu oblicz, posiadający dziewięć żyć, z których każde na swój sposób się wyróżniało. Wdziewał już kitel i przechadzał się szpitalnymi korytarzami z papierosem w pyszczku (swoją drogą czy wiecie, że niektóre hospicja utrzymują koty, ponieważ potrafią one “przewidzieć”, kto jest pierwszy w kolejce do spotkania z kostuchą?); był bogaczem żyjącym na przedmieściach z gromadką dzieci i nianią, która codziennie go wyczesywała; był również artystą-wędrowcem, koto viator, dla którego francuski bruk był za mało polski.

Mimo że jest bardzo rozchwytywany i przytulany przez wielu reżyserów, to nadal udaje mu się utrzymywać sympatię oraz szacunek wśród widzów. Może to kwestia jego sympatycznej osobowości i mniejszej tendencji do chodzenia własnymi, mało akceptowalnymi przez innych ścieżkami, a może to kwestia jego aparycji, połączenia brytyjskiej szlachetności z urokliwą “swojskością”. Najważniejsze, że nie tylko Polacy poznali się na jego walorach, a swoje talenty będzie mógł prezentować również dla widowni z innych krajów. Oby ten kot odwiedził każdy zakątek świata, bo naprawdę na to zasługuje. (Marcin Kempisty)

Recenzent, badacz i pasjonat kina słoweńskiego, poza tym fan dorobku autorskiego takich reżyserów jak Fellini czy Scorsese. Językoznawca, absolwent filologii słowiańskiej, domorosły muzyk.

Miłośniczka kina dokumentalnego, niezależnego i zaangażowanego społecznie. Ale nie pogardzi też każdym filmem z udziałem Leonardo DiCaprio czy Adama Drivera.

Scenarzysta komiksowy, publicysta. Czyta za mało komiksów, nie ma wystarczająco dużo czasu na granie w gry i ma zbyt długą listę filmów do nadrobienia. Uważa, że w filmach treść powinna stać ponad formą.

Twój najlepszy przyjaciel.

Zakochany w popkulturze i pufach z krakowskich kin studyjnych recenzent, który może nie zdążył sobie wyrobić warsztatu, ale nadrabia za to serduchem i zajaraniem.

https://www.facebook.com/ostry.polot/

pisanie recenzji.
plusy: pomnik trwalszy niż ze spiżu
minusy: pisanie recenzji


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.