KomiksKultura

“Hellblazer” – Jamie Delano vs Margaret Thatcher [RECENZJA]

Michał Skrzyński
hellbalzer delano 2
Okładka polskiego wydania zbiorczego / fot. materiały prasowe

Scenarzysta witający Was we wstępniaku per “towarzysze”. Pierwszy story arc opowiadający o karze za kolonializm i chciwość. W drugim demony z piekła planują skup dusz Brytyjczyków, uzależniając ich ceny od trzeciej wygranej konserwatystów z Margaret Thatcher na czele. Jak myślicie, jakie komiksu to opis? Wydanego naście lat temu zinka środowisk lewicowych? Prawicowej satyry z niszowego wydawnictwa? Czy może pierwsze zeszyty jednego z filarów imprintu DC Vertigo i dzieło przedstawiciela fali brytyjskich scenarzystów w amerykańskim mainstremie razem z Moorem, Gaimanem, czy Morrisonem? Przed Wami pierwszy zbiorczy tom Hellblazera pisanego przez Jamiego Delano, zbierający pierwsze zeszyty z solowymi występami blond maga.

John Constantin zadebiutował jednak nie w swojej solowej serii, a w Potworze z Bagien za kadencji wcześniej wspomnianego Alana Moora, jednak publiczność polubiła go na tyle, że dostał szansę na swoje niezależne przygody. Po pospiesznej zmianie tytuły z Hellraisera (zajętego przez Clive’a Barkera) na Hellblazera w 1988 zadebiutował cykl, który ostatecznie stał się najdłuższym w historii całego Vertigo, ponieważ doczekał się robiących wrażenie 300 zeszytów.

Seria z przygodami palącego fajki czarodzieja od początku odbiegała od standardów wytyczanych przez portfolio wtedy jeszcze samego DC (Vertigo powstało kilka lat później w 1993), zresztą wiecie już to chyba po samym wstępie. Delano od początku wiedział, o czym chce pisać komiks. Oczywiście w pierwszej kolejności o Johnie, ponieważ tego wymagał wydawca, ale równie istotny miał być high concept polegający na przedstawieniu wyniszczonego przez rządy Tacheter społeczeństwa. Wbrew temu, co “Żelazna Dama” mówiła, to społeczeństwo istniało, ale pod jej rządami z pewnością się patologizowało.

Przeczytaj również:  Death or Glory: Tom 2 - Wrzuć wyższy bieg! [RECENZJA]

Efekt tego przedsięwzięcia okazał się nad wyraz udany i pomimo że od premiery pierwszego zeszyty minęło grubo ponad 30 lat, to dalej pierwsze przygody Constatina są satysfakcjonującą lekturą. Rysunki, pomimo że są efektem pracy kilku rysowników i kolorystów, to prezentują równy, wysoki poziom i niejednokrotnie znajdują się na nich prawdziwe perełki body horroru. Takie na przykład sceny z muchami w pierwszym story arcu Grzechy Pierworodne wywołują autentyczne obrzydzenie, pomimo że momentami widać pewne pójścia na skróty w kwestii szczegółów. Wiek komiksu dobrze widać jednak w kolorach. Te charakterystyczne dla tych lat trochę zbyt krzykliwe i właściwie zupełnie niezblendowane kolorki mi zwykle nie podchodzą, ale akurat tutaj nieźle podkręcają dziwność całej historii.

hellblazer dylano
Do kolorów trzeba się przyzwyczaić / fot. materiały prasowe

To, co zwraca uwagę w Hellblazerze to, oprócz oczywiście społecznego kontekstu, sama postać Johna Constantina. To nie jest miły gość, który może zgrywa twardziela, ale w głębi dusz jest raczej poczciwy. To cyniczny cwaniak, który często rozwiązuje problemy, które wynikają z jego zbyt długiego nosa i przesadnie dużych pokładów nonszalancji. Jego pobudki również nie zawsze są zupełnie bezinteresowane. W pierwszej historii, gdzie musi poradzić sobie z klątwo-ducho-demonem wywołanym przez zachłanność zachodniego świata pomaga między innymi dlatego, że sprawa ma bezpośredni związek z jego znajomym i oczywiście pomaga przy okazji wszystkim, ale potężny mag samouk nie zdaje się zaprzątać sobie głowy zupełnie każdą przykrą sprawą mająca związek z magią, czy demonami.

Hellblazer tom pierwszy ze scenariuszem Jamiego Delano, to nie pierwszy Hellblazer z numerkiem jeden wydany w ostatnich miesiącach przez Egmont. Taka, a nie inna kolejność wydania może być jednak być jednak uzasadniona. Pierwsze zeszyty Hellblazera to lektura zdecydowanie satysfakcjonująca, ale przy tym raczej nielekka i momentami trochę siermiężna. Scenarzysta zdaje się nie zawsze ufać rysownikom w kwestii budowania klimatu i w związku z tym dorzuca od siebie całkiem sporo tekstu, który ma rysunki wspomóc, ale za często to wspomagania zmienia się w próbę zupełnego zastąpienia. Nie jest to, może aż tak nachalne, jak w ostatnich recenzowanych “Opowieściach prawdopodobnych”, ale momentami płynność narracji trochę przez to zgrzyta.

Przeczytaj również:  "Pinokio" - nieprzyjemne bajeczki [RECENZJA]
hellblazer dylano
Scenariusze poszczególnych historii są bardzo różnorodne / fot. materiały prasowe

Trochę bałem się spotkania z Constatinem, którego do tej pory znałem głównie z całkiem niezłego, ale wyjątkowo luźno traktującego materiał źródłowy filmu z Keanu Reevesem, a moje starcia z amerykańsko-brytyjskim (mimo wszystko) mainstreamem kończą się bardzo różnie. Jednak rzeczywistość okazała się tym razem łaskawa i pierwsze zeszyty Hellblazera wydane ponownie przez Egmont (tym razem w typowym, solidnym i dobrze wycenionym wydaniu zbiorczym) okazały się przyjemną lekturą, która dodatkowo zupełnie oczarowało mnie swoją zupełnie nieskrywaną lewicowością. I to za ten ostatni element daje jej ogromnego plusa — i za odwagę i za wykonanie. W czasach, gdy smutni panowie z Reddita doszukują się przyczyn spadku sprzedaży komiksów w kolorze skory, czy płci dwudziestej-trzeciej reinkarnacji jakiegoś trykociarza miło zobaczyć, że ponad trzydzieści lat temu DC wydawało poczytny rozrywkowy komiks, w której neoliberałowie byli przedstawieni dosłownie jako demony. Piękny widok, którego i sobie i Wam życzę!

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.