Advertisement
KomiksKultura

“Donżon t.2”, czyli fantasy spełnione [RECENZJA]

Michał Skrzyński
Donżon 2 recenzja
Ilustracja przedstawiającą "Nocnego koszulę" i Marvina / fot. materiały prasowe

Wydany w zeszłym roku pierwszy tom Donżonu delikatnie mówiąc – namieszał na naszym rynku. Zajmował czołowe miejsca w różnych rankingach, zdobył nagrodę polskiego środowiska komiksowego, a koniec końców cały nakład został wyprzedany. Zupełnie mnie to nie dziwi. Pierwszy tom serii stworzonej przez Sfara oraz Trondheima absolutnie mnie zachwycił i na długo zapanował nad moją wyobraźnią. Dlatego też jak na szpilkach wyczekiwałem najpierw zapowiedzi, a potem premiery drugiego tomu. Teraz już wiem, że było warto, ale wiem też, że zupełnie nie byłem przygotowany na to, co mnie czeka.

Na początku warto jednak wspomnieć o tym, czym tytułowy Donżon jest. Donżon to wieża wypełniona skarbami, a strzeżona przez legiony potworów i setki pułapek; swego rodzaju escape room dla bohaterów, gdzie mogą się wzbogacić i dowieść swego męstwa lub polec, powiększając tym samym zebrany w wieży majątek. Zaś jeśli chodzi o Donżon, jako komiksową markę to jej początki sięgają 1998 roku i koncepcji zrodzonej w głowach Joanna Sfara i Lewisa Trondheima, scenarzystów i pomysłodawców całego przedsięwzięcia. Utwór miał łączyć w sobie kilka niezależnych, ale połączonych wspólną linią czasową cykli. Pomysł był taki, by poszczególne serie mogły funkcjonować niezależnie od siebie, ale dopiero przy śledzeniu ich wszystkich miały uwidocznić bogactwo szczegółów i nawiązań. W planach było nawet pięćset albumów, jednak rzeczywistość zrewidowała te wielkie plany.

Donżon od początku został podzielony na główne cykle Świt, Zenit i Zmierzch. Zenit, w całości zebrany w pierwszym tomie, to klasyczne wyobrażanie o heroicznym fantasy korzystające z całego dobrodziejstwa (pop)kulturowego inwentarza. Świt to geneza sięgająca po gatunki i motywy, z którego ostatecznie wyrosło wesołe fantasy w stylu Dungeons & Dragons. Mamy tutaj trochę powieści łotrzykowskiej, sporo płaszczy i szpad, a także dynamicznie zmieniające się realia społeczne. Zmierzch zaś to rozważania nad możliwą drogą ewolucji gatunku i wizja heroicznego fantasy, w którym bohaterowie i świat przedstawiony wyzbywają się swojej naiwności, a ta zastępowana jest mrokiem.

Dodatkowo, w skład Donżonu wchodzą dwie poboczne serie. Monstra, które rozwijają wątki dotyczące konkretnych bohaterów drugoplanowych oraz Parady będące pokłosiem ostatecznie niestworzonego filmu animowanego. Ten ostatni cykl, jako jedyny, powstał z myślą o młodszych odbiorcach, co jest warte zauważenia, ponieważ przez cartoonowe, kolorowe rysunki Donżon często mylnie odbierany jest jako propozycja odpowiednia dla najmłodszych.

Mając jako tako nakreślone, czym Donżon jest (chociaż smaczków, szczegółów i zaskoczeń jest tu więcej) możemy przejść do jego drugiego tomu zbiorczego. Ta pięknie wydana ponad czterystu stronicowa księga zbiera w sumie 8 albumów. Z czego 5 to całość cyklu Świt, a 3 wchodzą w skład Monstrów. Centralną postacią Świtu jest Hiacynt. Młody chłopak i przyszyły dziedzic rodu Cavallere wyrusza do miasta, w którym rezyduje, i bardzo dobrze sobie przy tym radzi, jego stryj, wygnany wcześniej ze względu na swoją niepełnosprawność.

Przeczytaj również:  5 filmów, które oprowadzą was po Paryżu [ZESTAWIENIE]

Świt zaczyna się bardzo niewinnie, podobnie jak z początku niewinny jest sam Hiacynt. Stryj przyjmuje go do siebie, ale nie pała do niego specjalnie ciepłymi uczuciami. Młody i naiwny chłopak zaczyna studia na uniwersytecie, a w zamian pomaga jednemu z zaufanych ludzi swojego opiekuna. Nie jest to jednak praca typu przynieś, podaj, pozamiataj. Hiacynt zmuszany jest do szantażowania polityków, którzy utrudniają jego wujkowi prowadzenie interesów.

donzon 2 recenzja
Młody, jeszcze niewinny, Hiacynt wyrusza na swoją pierwszą przygodę / fot. materiały prasowe

Historia szybko ucieka w niespodziewane rejony i pełen ideałów Hiacynt przywdziewa maskę, charakterystyczną nocną koszulę i staje się pełnoprawnym tajemniczym mścicielem. “Nocna Koszula” staje się stałym elementem mitologii Antypolis, co zauważa również rozstawiająca wszystkich po kątach Gildia Zabójców. Hiacynt poznaje nowych znajomych, dorośleje i często odwiedza swojego ojca, a my, znając pierwszy tom Donżona, rozumiemy troszeczkę więcej z tego, co zaczyna się dziać w siedzibie rodowej Cavallerów. Za sprawą pewnych niespodziewanych sojuszników Hiacynt staje się posiadaczem specjalnego magicznego tytoniu, który na krótką chwilę może obdarzyć palącego różnymi nadnaturalnymi zdolnościami. Wypisz wymaluj motyw typowy dla superbohaterszczyzny.

Z początku wszystko wydaje się lekkie i przyjemne o odbiorze. Fakt, nie brakuje przemocy czy seksualnych aluzji, ale nie jest to nic specjalnie szokującego. Jednak tak jak zmienia się Hiacynt, tak zmienia się otaczający go świat. Gra polityczna staje się jeszcze brudniejsza, przemoc – także ta na tle seksualnym – powszednieje, a niewinność i młodzieńczy zapał zmieniają się w chłodne wyrachowanie. Zwłaszcza w ostatnich albumach Świtu mrok i brutalność zaskakują swoją dosłownością. Niknie gdzieś naiwność i wszystko staje się brutalnie dołujące.

Albumy z cyklu Monstra skupiają się zaś kolejno na Horusie, studencie nekromancji, smoku Marvinie, którego poznaliśmy w Zenicie, a tutaj możemy zobaczyć, jak to było, gdy był malutki i w końcu, na zabójczyni Aleksandrze. Bardzo podoba mi się, że naprawdę widać i czuć odrębność tych historii. Tu nie chodzi tylko o zmianę pierwszoplanowej postaci, a o całkowicie inne rozłożenia akcentów. Na każdy z tych albumów jest pomysł, który w znaczący sposób rozbudowuje świat Donżona. Są w nich również elementy niezbędne do pełnego zrozumienia fabuły Świtu. To właściwie integralną część dłuższego cyklu, która pozwala nacieszyć się trochę światem Antypolis przed drastycznymi zmianami, które czekają bohaterów i czytelnika w dwóch ostatnich częściach Świtu.

Efektu dopełniają świetne rysunki. Większość z nich jest autorstwa Blaina, a za charakterystyczne kolory odpowiada Walter. Efekty ich prac zachwycają klimatem, spójnością i dynamiką. Połączenie cartoonowych projektów postaci z tak mroczną momentami treścią mogłoby dać dyskusyjny efekt, gdyby nie talent i samoświadomość autorów. Skąpane w cieniu uliczki Antypolis, pełne szczegółów pomieszczenia i zaskakujące krajobrazy sprawiają, że trudno odmówić sobie przeglądania drugiego tomu Donźona, nawet gdy nie mamy akurat ochoty na czytanie jako takie.

Przeczytaj również:  "Heavy Liquid" - spóźniony hit [RECENZJA]
donzon 2 recenzja
Dialogów i opisów nie brakuje, ale “Donżon” nie jest przegadany / fot. materiały prasowe

Reszta artystów korzysta z podobnego stylu. Ze standardu wyznaczonego przez Blaina, a w poprzednim tomie przez Trondheima, wyłamuje się tylko dwójka rysowników. Blutch w albumie skupiającym się na Marivnie pokusił się na odrobinę więcej realizmu i dociążył całość, nie szczędząc dodatkowych kresek i konturów. Efekt jest bardzo dobry, chociaż wolałem bardziej nasycone kolory z reszty tomu. Jedynym zgrzytem jest album o Aleksandrze. Carlos Nine postawił na zupełną abstrakcję w projektach postaci, proporcjach i perspektywie. Formalnie jego rysunki są świeże i zadziorne, jednak pomimo moich najszczerszych chęci nie mogłem się w nie w pełni wczuć. Czułem za duży dysonans między bardzo klasycznym pomysłem na narrację i artystyczną ekstrawagancją.

Na końcu chce jednak wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Czytelników, przyzwyczajonych do podziału na amerykańskie zeszyty, czy japońskie rozdziały, może zaskoczyć, jak bogate w treść są poszczególne pięćdziesięciostronicowe albumy. To nie kilka scen i mały wycinek dłuższej całości. To pełne, zamknięte fabuły, które mają swój własny wstęp, rozwinięcie i punkt kulminacyjny, a także jakieś wątki poboczne. Każdy z ośmiu takich albumów, które składają się na drugi tom zbiorczy Donżona daje satysfakcje z lektury i pewne poczucie czytelniczej sytości, które oczywiście szybko zastępuje chęć powrotu do tego świata. Pierwszy tom czytałem w sumie przez około dwa tygodnie, wybierając na kolejne albumy, momenty, kiedy byłem pewien, że będę mógł poświęcić lekturze pełną uwagę. Gdy czytam inne, nawet bardzo udane komiksy, podobnego nasycenia doznaje dopiero po skończeniu, liczącej często nawet kilkaset stron, całości.

Zbierając to wszystko w jakieś podsumowanie i tak czuje, że nie powiedziałem o Donżonie ćwierci tego, co powinienem. Nie wspominam o humorze, świetnie zarysowanych postaciach drugoplanowych, konsekwentnie prowadzonych wątkach pobocznych i emocjach, które odczuwałem przy ostatnich dwóch tomach. To wszystko zostawiam Wam, ponieważ nie wątpię, że powinniście sami zmierzyć się z tym niezwykłym utworem, niezależnie od tego, czy znacie tom pierwszy, czy nie. Na naszym rynku nie brakuje ciekawych propozycji, świetnych tytułów i dzieł wybitnych, ale gdybym miał z tego całego dobrodziejstwa wybrać tylko jeden komiks, to nie zastanawiałbym się długo przed postawieniem na Donżona.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.