Advertisement
KomiksKulturaPublicystyka

“Elektra i Wolverine: Odkupienie” nie jest komiksem [RECENZJA]

Michał Skrzyński
Elektra i Wolverine: Odkupienie"
Okładka w towarzystwie jednej z ilustracji / fot. materiały prasowe

O tym, że Elektra i Wolverine: Odkupienie jest czymś nietypowym, uświadomił mnie Maurycy, gdy oglądaliśmy stoisko Egmontu na tegorocznej Emefce. Miał rację — to, co w głowie sklasyfikowałem, jako nieortodoksyjnie narysowaną komiksową miniserię, okazała się cóż — książką z obrazkami.

I to w sumie jest naprawdę słabe. Taka informacja powinna znaleźć się, czy to na blurbie na okładce, czy w opisie “komiksu” w sklepach internetowych, a tak nie jest. Elektra jest określana, jako… powieść graficzna! McCloud i Szyłak łapią się za głowę! Niestety (lub stety, jak to lubi) nie ma tutaj grama komiksowej narracji i nie jest to coś podobnego do kontrowersyjnej pod tym względem Marzi, czy, by szukać dalej, Koziołka Matołka Makuszyńskiego i Walentynowicza (o tym, czy jest, czy nie jest to komiks, możecie poczytać np. u wcześniej wspomnianego Szyłaka, lub Ruska). Mamy tutaj najzwyklejszą, bogato ilustrowaną książkę. Jeśli chcielibyśmy zostać w okołokomiksowej nomenklaturze, można by powiedzieć, że to light novel. Są to charakterystyczne dla japońskiego rynku tytuły będące lekkostrawną literaturą wzbogaconą o liczne ilustracje. Często pośrednio lub bezpośrednio związane z popularnymi mangami.

Słuchajcie, może wcale nie trzeba spisywać tego dziwnego tworu na straty? W końcu stoją za nim dwie naprawdę utalentowane osoby Greg Rucka — uznany scenarzysta i Yoshitaka Amano — rysownik chętnie angażowany w projekty w wielu różnych mediach z serią gier Final Fantasy na czele. Talentu temu duetowi z pewnością nie brakuje, a już sama okładka przykuwa oko niezwykłym stylem Amano. Z pewnością jest świeżo i nie trzeba się bać typowego dla super hero przezroczystego, amerykańskiego stylu. Cóż, niestety oboje twórców wykonali swoją robotę na maksymalnie pół gwizdka.

Przeczytaj również:  "Silver Surfer" Dana Slotta - Doktor Who Cares [RECENZJA]
Elektra wolverine odkupienie recenzja
Tak to zwykle wygląda. Obrazek, trochę tekstu. Są też strony całe wypełnione jednym albo drugim / fot. materiały prasowe

Rucka zaserwował nam bardzo prostą historię nieudanego zlecenie Elektry. Ktoś miał zginąć, miało być cicho i bez zamieszania niestety — córka ofiary w nieodpowiednim momencie wstała w nocy, by napić się wody i zobaczyła zabójczynię. Może nie byłby to taki problem, gdyby nie to, że zabójczyni na zlecenie uznała, że na robotę pójdzie bez żadnej maski, chustki, czegokolwiek, co zapewniłoby trochę anonimowości. I już ta głupotka pokazuje, jak mierny scenariusz dostarczył autor Lazarusa. Niestety takich rzucających się w oczy uproszczeń, niespójności i bzdurek jest tu cała masa. Może w komiksowej narracji część z nich zeszłaby z pola widzenia, czytelnik łatwiej przymknął na nie oko, ale nie tutaj. Potem w fabule pojawia się też Wolverine i jego zleceniodawca o niejasnych celach. Rosomak wyrusza w pogoń za Elektrą i porwaną dziewczyną i tak się to ciągnie przez te 200-kilka stron.

Niestety uznany scenarzysta komiksowy zupełnie nie radzi sobie w prozie. Oprócz głupotek fabularnych kuleje styl, zwłaszcza w dynamicznych scenach. Jest w nich zero napięcia i tempa. U Rucki tak samo brzmi powolne planowanie akcji, co pościg na autostradzie z wyrzutnią rakiet w roli głównej. Co ciekawe wydaje się to bardzo komiksowe, prawie tak jakby autor tworzył didaskalia dla rysownika, który dopiero miałby tę suchą treść przekuć w dynamiczny komiksowy panel. Efekt jest bardzo miałki, a niezbyt angażująca fabuła bardziej męczy, niż bawi. Nie chce się dalej pastwić, więc nie będę rozwijał tematu sposobu pisania postaci.

Przeczytaj również:  Rozmawiamy z Julią von Heinz - jej następny projekt rozgrywa się w Polsce!
elektra wolverine odkupienie recenzja
Jedna z lepszych ilustracji w całej książce / fot. materiały prasowe

A rysunki? No cóż, Yoshitaka Amano sprawdził się lepiej niż Rucka. Jego charakterystyczny styl, w którym postacie i ich twarze wyglądają, bardziej jak artystyczne wyobrażenie Anunakich czy Plejadian niż ludzie przykuwa uwagę. Okołokomiksowo mógłbym przywołać do porównania np. autora Blame! – Tsutomu Nihei*, zwłaszcza gdy tworzy w kolorze. Liczne ilustracje mogą się podobać, a ich szczegóły zwykle są w pełni spójne z tym, co czytamy. Niestety widać, że te ilustracje mogłoby być lepsze. Zwykle są bardzo puste i brakuje na nich czegoś więcej niż samych postaci. Rzuca się to w oczy zwłaszcza w porównaniu do tych kilku bardziej szczegółowych prac, które możemy w Odkupieniu znaleźć.

Jak całość Elektra i Wolverine: Odkupienie wypada po prostu słabo. To nieciekawa, męcząca fabułka bez duszy zamknięta w słabej prozie. Oczywiście są ładne ilustracje, ale to zwyczajnie za mało. Komiksiarze przyzwyczajeni są do małych dzieł sztuki w liczbie kilku na każdej stronie, więc to nie wystarczy, by komukolwiek ten “album” zarekomendować. Pozycja jedynie dla fanów różnych trykociarskich ciekawostek lub dla psychofanów, któregoś z autorów.

* Jest jeszcze dodatkowo nitka między tymi rysownikami. Nihei stworzył kiedyś inny komiks z Wolverinem dla Marvela – Wolverine Legends: Snikt!

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.