Advertisement
KomiksKulturaPublicystykaRecenzje

“Chainsaw Man” – inna twarz współczesnych shonenów

Michał Skrzyński
chainsaw man recenzja
Okładki polskiego wydania Chainsaw Mana. Tomy od 1 do 10 / fot. materiały prasowe

W Europie i USA mangi czyta się już od kilkudziesięciu lat. Zaczęło się od nieśmiałych prób wydawania ich w odbiciu lustrzanym, by umożliwić czytanie bez dodatkowego wysiłku (w postaci przyswojenia innej kolejności dymków i kadrów), po pełnofalową ekspansję napędzaną rozwojem Internetu, a – co za tym idzie – również piractwa. Przez dziesięciolecia na Zachodzie popularne były różne serie, do których kolejne pokolenia czuły nostalgię: Berserk, Dragon Ball, Naruto, One Piece, Death Note i inne. Oczywiście, za każdą z tych serii stoi konkretny artysta lub artystka. Niektórzy poświęcili całe życie jednej serii, jak Eiichirō Oda, zaś inni mają na koncie wiele różnych, niezależnych tytułów jak na przykład Rumiko Takahashi, która dała nam np. Inuyashę. Oczywiście, współcześni giganci stoją na ramionach wielu wcześniejszych twórców, ale jestem cholernie szczęśliwy, że żyję w czasach, w których tworzy Tatsuki Fujimoto i ukazuje się Chainsaw Man.

Upraszczając, Chainsaw Man to nic innego, jak kolejny shonen. Jest świat przedstawiony, cechujący się zestawem elementów nadnaturalnych, w ramach którego istnieją postacie posługujące się pewnego rodzaju mocą i taką właśnie odkrywa w sobie protagonista. Jego potencjał okazuje się ogromny. Wraz z postępem fabuły główny bohater poznaje zgraję barwnych postaci, a także samego siebie. Kluczowe okazuje się podejście Tatsuki Fujimoto do gatunkowej sztampy. CSM nie jest dla niego pierwszą dłuższą serią w karierze, w latach 2016-2018 tworzył Fire Puncha, w Polsce wydanego w całości przez Studio JG. O Fujimoto, jak to często bywa w przypadku twórców mang, nie wiemy za wiele. To młody (rocznik 1992 lub 1993, nie wiadomo na pewno), cholernie zdolny gość, który w drodze do zostania mangaką  zdobył dyplom z klasycznego malarstwa. Zanim dostał szansę na serię, przez kilka lat tworzył krótsze formaty, w Japonii nazywane one-shotami. Warto mieć na uwadze, że nazwa ta raczej niespecjalnie pasuje do zachodnich one-shotów, rozumianych zwykle jako pojedynczy zeszyt, ponieważ te mangowe to zwykle typowy tomik tankobon, liczący między 150 a 250 stron. Fujimoto nie porzucił jednak tego formatu i kilka tygodni temu wydał trzynastego już szorta – Goodbye, Eri, którego można legalnie i za darmo przeczytać w internecie. Podczas prac nad tysiącami stron wypracował oryginalny styl, zarówno graficzny jak i narracyjny, co dobrze widać podczas lektury CSM, ale i innych jego dzieł.

chainsaw man recenzja
Zaczyna się to tak. Od chłopaka i jego demona / fot. polskie wydanie Chainsaw Man, zdjęcia autorskie (z racji na brak przykładowych plansz musiałem sięgnąć po telefon i statyw za 7,5 zł)

Denji, protagonista Chainsaw Mana, to nastolatek wyrzucony poza nawias systemu. Nie ma opiekunów, nie ma domu, nie ma perspektyw. Ma jedynie pieska, demona piły mechanicznej – Pochitę i dług nieżyjącego ojca do spłacenia, którego wierzycielem jest mafia. Już na tym etapie pojawia się rozdźwięk miedzy Denjim a typowym bohaterem shonenów. Nie ma ciepła rodzinnego i poczucia bezpieczeństwa, ktore można stracić podczas klasycznego “spalenia rodzinnej wioski bohatera”. Dzieciństwo Denjiego jest z pewnością trudne i rzutuje na całą fabułę, rozpoczynającą się w momencie, gdy wspomniani mafiozi zdradzają chłopaka i prawie go zabijają. Nie udaje się to jedynie dzięki poświęceniu Pochity, który w akcie prawdziwej przyjaźni oddaje życie, by uratować przyszłego Chainsaw Mana. Wskutek tych wydarzeń Denji staje się swoistą hybrydą demona i człowieka, potrafiącą w dowolnej chwili zmienić się w bojową piło-łańcuchową formę.

Całe zamieszanie szybko ściąga uwagę profesjonalnych łowców demonów, z tajemniczą Makimą na czele. Denji skuszony obietnicą ciepłego jedzenia i potraktowany pewną dawką manipulacji decyduje się dołączyć do oddziału i podjąć pierwszą legalną pracę. Jego partnerką zostaje ulubienica fanów Power – maguska, czyli demon (w tym wypadku krwi), który opętał martwe ciało. Rola opiekuna tej problematycznej dwójki przypada Akiemu – łowcy, który, dzięki paktowi z lisim demonem, może korzystać z jego pomocy w walce. Za każdym razem musi jednak zapłacić za to kawałkiem swojego ciała. Tak całe trio rozpoczyna służbę w ramach “Czwartego Specjalnego Oddziału Demonobójczego”, podczas której zmierzą się z wieloma dziwacznymi przeciwnikami, poznają kolegów oraz będą starali się wyjść na ludzi. Albo na demony, trudno powiedzieć.

Przeczytaj również:  W sidłach Europy. „Prześwietlenie” („R.M.N.”) | Recenzja | Nowe Horyzonty 2022
chainsaw man recenzja
Sceny szeroko rozumianej przemocy wyglądają fenomenalnie / fot. polskie wydanie Chainsaw Man, zdjęcia autorskie

Szkielet fabuły, nawet uwzględniając nietypową pozycję startową bohatera, dalej nie eksponuje najmocniejszych elementów Chainsaw Mana. Fujimoto wziął bardzo klasyczne elementy shonenów, ale pomieszał, rozpisał i wyegzekwował je tak, że efekt nie przypomina żadnego innego popularnego mangowego akcyjniaka. Patrząc z perspektywy całej serii, zamkniętej na ten moment w 11 tomach, wrażenie robi zupełnie nieortodoksyjna, punkowa wręcz, konstrukcja fabuły. Tutaj nie ma oczywistego podziału na punkty kulminacyjne i obyczajowe przerywniki, ponieważ nie da się jasno określić, co jest przerywnikiem, a co głównym daniem. Z pozoru nic nieznaczący dialog może ciągnąć się przez kilka stron, a starcie zaskakująco kończy się w trzech kadrach. Historia w Chainsaw Manie nie pulsuje w dostosowanym do serialowego formatu tempie, a płynie we własnym, nie przejmując się oczekiwaniami czytelnika. Jeśli miałbym sięgnąć po zachodnie porównanie, to powiedziałbym, że mamy tu podobną do Last Mana pewność w prowadzeniu scenariusza.

Fujimoto może tak prowadzić fabułę, ponieważ ma na czym ją opierać – na świetnie zbudowanych i prowadzonych postaciach. Na przestrzeni serii poznajemy ich wiele, ale nie na tyle, by każda z nich nie miała dla siebie odpowiednio dużo czasu. Nie są to oczywiście bohaterowie z powieści Dostojewskiego, z niezwykle pogłębionym i szczegółowym rysem psychologicznym, ale zawsze w pewnym momencie poznajemy motywacje, uczucia i lęki każdej pierwszo- oraz drugoplanowej postaci. Największą zmianę przechodzą Denji i Power. Oboje zaczynają z pierwszego poziomu piramidy potrzeb Maslowa. Nie chcą głodować i mieć gdzie spać, a dopiero z czasem, gdy te potrzeby zostają zaspokojone, zaczynają bardziej świadomie myśleć o sobie i otaczającym ich społeczneństwie. Szeroko rozumiane kwestie wykluczenia rozwijane są również dzięki Kobeni – dziewczynie zmuszonej dołączyć do łowców demonów. W jej postawie nie ma bohaterstwa. Przez Kobeni przemawia strach, a ona sama przeklina swój los, który zmusza ją do ryzykowania życiem. Jest po prostu jedną z niezliczonych osób, które codziennie pchają pod górę swój kamień.

Te wszystkie rozważania lokują się gdzieś pomiędzy ucinaniem piłą mechaniczną różnych części ciała, ale nie można odmówić im autentyczności. Społeczny kontekst Chainsaw Mana działa i kontrastuje z typowymi wschodnimi czy zachodnimi komiksami akcji, gdzie warstwa znaczeniowa bardzo często ogranicza się do zgranych morałów, takich jak “nigdy się nie poddawaj” czy siły przyjaźni.

najlepsze mangi 2022
Evangelion reference? Może a może po prostu przejazd ekologicznym i ekonomicznym środkiem transportu zbiorowego / fot. polskie wydanie Chainsaw Man, zdjęcia autorskie

Chainsaw Man to pozycja eklektyczna – niby akcyjniak, a najwięcej jest w nim okruchów życia różnych wykolejeńców. Niby serializowany w znanym z bardzo charakterystycznego sznytu “Shonen Jumpie”, a jednak w pełni autorski i bardzo offowy w formie oraz wymowie. W internecie nie brakuje porównań do filmów Tarantino, którego Fujimoto jest zadeklarowanym fanem, i jest to porównanie bardzo celne. W obu przypadkach twórcy pozostają w ramach konwencji, ale przepisują ją na coś własnego. Nie dodają kolejnych elementnów i nie tworzą wielogatunkowych hybryd, a raczej zmieniają proporcje i wycianają częsci scenariusza. Obaj znaleźli przepis na autorskość w ramach bardzo mainstreamowej estetyki, dzięki czemu są w stanie zainteresować zarówno biernego jak i poszukującego odbiorcę.

Autor CSM bardzo dobrze rozumie materię, z którą pracuje, i świadomie nawiązują z nią dialog. Przykładem tego jest sposób przedstawiania kobiecych postaci, często prawdziwa zmora najbardziej kultowych shonenów. Niektórzy uważają, że dzieło Fujimioto jest przeseksualizowane (bogaty wybór fanartów i krążące bez kontekstu kadry tylko w tym utwierdzają), ale po wgryzieniu się w lekturę można zauważyć, że jest wręcz przeciwnie. I to pomimo tego, że jednym z celów Denjiego jest pomacanie jakiegoś kobiecego biustu…

Przeczytaj również:  "Wojna Światów" Jasona Aarona - Kosmiczny szum [RECENZJA]

Bohaterki w CSM nie są przedstawiane jako obiekty seksualne bez powodu. Nie trzeba obawiać się taniego fanserwisu objawiającego się kadrem, w którym bohaterka wygina się w sugestywnej pozie. Autor szanuje swoje bohaterki i jednocześnie pozwala im na korzystanie ze swojej seksualności, gdy tego chcą. Ta kwestia poprowadzona jest naprawdę dobrze, zwłaszcza w odniesieniu do nastoletnich pragnień Denjiego, który nie został sojclaizowany do takich relacji, więc przynajmniej z początku podchodzi do nich bardzo naiwnie i niedojrzale, czerpiąc wiedzę i oczekiwania z pornosów. Również wątek Power, która nie jest człowiekiem i seksualność średnio ją interesuje, został poprowadzony satysfakcjonująco.

chainsaw man recenzja
Co do inteligencji tej dwójki można polemizować. Co do uroku absolutnie nie / fot. polskie wydanie Chainsaw Man, zdjęcia autorskie

Tatsuki Fujimoto to na szczęście nie tylko utalentowany scenarzysta, ale też komiksiarz kompletny, z niebywałym talentem plastycznym. Jego styl nie rzuca się w oczy od pierwszych stron. Specyficznie rysowane postaci i ich charakterystyczna anatomia, szczegółowe tła i konsekwentne korzystanie z szarości, to ramy, w których autor dopiero wypracował unikalny sznyt. Dzieje się tu bardzo dużo, ponieważ standardowo gładka i pewna kreska zmienia się w scenach akcji i, w przeciwieństwie do wielu shonenów, cały czas zachowuje czytelność. Fujimoto ma również ogromny dar tworzenia kadrów, które są jednocześnie ważnym elementem narracji i samodzielnym dziełem. Dzięki temu mają potencjał do stania się memami. Co za tym idzie, zupełnie nie dziwię się, że to (między innymi) Fujimoto doczekał się wystawy na tegorocznym festiwalu w Angoulême. I nawet jeśli ortodoksi będą łapać się za głowę, gdy dowiedzą się, że mangaka pracuje wyłącznie cyfrowo, nie zmieni to faktu, że autor Fire Puncha to obecnie jeden z najciekawszych, a na pewno najlepiej rozpoznawalnych, japońskich rysowników.

chainsaw man recenzja
Zwykły dzień w pracy zabójców demonów / fot. polskie wydanie Chainsaw Man, zdjęcia autorskie

Autorski i punkowy shonen o gościu z piłą mechaniczną zamiast głowy może nie brzmi jak komiks, który będzie opowiadał głównie o tym, jak destruktywny jest brak bliskości, ale taki właśnie jest Chainsaw Man. Konsekwentny, równy na poziomie całej serii i naprawdę bezczelny. Fujimoto niespecjalnie stara się zatrzymać przy sobie czytelnika na poziomie pierwszego tomu. Świetne rzeczy zaczynają się dziać dopiero w drugim i ktoś niecierpliwy (tak jak ja dwa lata temu) może porzucić jedną z najlepszych serii komiksowych, jakie obecnie można śledzić. Dzieło Fujimoto powinno spodobać się absolutnie każdemu oprócz… bardzo ortodoksyjnych fanów shonenów, którzy mogą minąć się z oczekiwaniami i rozczarowani nazwać CSM marną podróbką Jujutsu Kaisen, jak robi to czasami autor. Po powrocie do serii przeczytałem kilka tomów w dwa dni i z niecierpliwością wypatrywałem każdego następnego. Przygody Denjiego uzależniają, a unikalny klimat i rewlacyjnie napisane postacie sprawiają, że ciągle do nich wracam, co rzadko mi się zdarza.

O Chainsaw Manie można by napisać jeszcze dużo więcej, ale warto zostawić część tej przyjemności dla siebie. To ważne, tym bardziej że mnóstwo wątków, motywów i fabularnych rozwiązań, które pokochałem, bardzo rzadko przewija się w internetowych dyskusjach. Można się wielokrotnie bardzo miło zaskoczyć, na zasadzie: “Hej, dlaczego nikt nie mówił, że tu jest taki super motyw?”. Na szczęście, mimo że nie było to z początku pewne, CSM powrócił. “Part 2” właśnie zaczął się ukazywać w internetowej mutacji “Shonen Jumpa”. Nie mogę się doczekać tej historii!

Chainsaw Mana wydało w Polsce Waneko, a przetłumaczył Wojciech Gęszczak.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.