Advertisement
KomiksKultura

“Lastman t. 4”, albo Dragon Ball z RTL7 [RECENZJA]

Michał Skrzyński
lastman tom 4
Fragment okładki / fot. materiały prasowe

Muszę przyznać, że przy pierwszych zapowiedziach Lastmana w katalogu Non Stop Comics nie zwróciłem na niego specjalnej uwagi. Opis wydawał się do bólu schematyczny, przykładowe plansze nie zachęcały, a długość serii wręcz odstraszała. Skuszony coraz liczniejszymi ciepłymi ocenami znajomych, gdy tylko nadarzyła się okazja, zakupiłem hurtem wszystkie trzy dostępne wtedy tomy. I wiecie co? Lastman stał się jedną z moich ulubionych, regularnie wydawanych serii, a tom czwarty, który dla Was recenzuje, tylko okopał dzieło trzech Francuzów na tej pozycji!

Lastman to seria zawieszona między fantasy, sci-fi, postapokalipsą i Dragon Ballem. Połączenie egzotyczne? Zdecydowanie. Czy to działa? Jeszcze jak! Od pierwszych stron widać i czuć, że to przykład serii, którą autorzy po prostu chcieli stworzyć. Konkretne elementy i rozwiązania to zapewne odbicie gustów i preferencji twórców, a jest ich trójka. Bastien Vivès odpowiada i za scenariusz, przy którym wspiera go Balak i za rysunki, przy których asystuje Michaël Sanlaville.

Sama historia zaczyna się od turnieju, w którym w formacie dwóch na dwóch mierzą się wojowniczki i wojownicy. W użyciu są pięści, nogi i magiczne ataki podobne do Kamehame-Ha ze wspomnianego Dragon Balla, czy do jutsu z Naruto. W turnieju tym bardzo chce wziąć udział młodziutki Adrian Velba, jednak przez pewien splot wydarzeń jego partner nie może walczyć. Sytuacje ratuje tajemnicy przybysz, który decyduje się wystartować razem z chłopcem. Resztę pozostawiam Wam do sprawdzenia samodzielnie, a dalsza część recenzji będzie odnosiła się już bezpośrednio do tomu czwartego, co oznacza jednocześnie spoilery do tomów poprzednich, więc czujcie się ostrzeżeni!

Tom czwarty zaczyna się mniej więcej tam, gdzie skończył się poprzedni. Marianne Velba razem z synem Adrainem poznają futurystyczne Metro City ścigając Richarda Aldanę – turniejowego partnera Adriana. Akcja się zagęszcza, pojawia się była żona Aldany i również były pracodawca. Dowiadujemy się więcej o samym pięściarzu i o kulisach jego kariery, a także zaczyna nam się klarować cel jego wizyty w Dolinie Królów. Przy głównych bohatera zaczyna się też kręcić pewien dziennikarz, jednak jego kreacje uważam za niespecjalnie udaną.

Przeczytaj również:  Evangelion: 3.0+1.0 Thrice Upon a Time - Odmawiając bólu | Recenzja
last man 4 recenzja
Przemoc w Lastmanie wygląda cudownie / fot. materiały prasowe

Nie chce zdradzać za dużo, ponieważ o ile nie czekają nas jakieś niesamowite plot twisty, tak drobnych zaskoczeń tutaj nie brakuje i nie chce psuć Wam zabawy. Mogę za to z radością donieść, że scenariusz trzyma poziom poprzednich tomów, a zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to najlepsza odsłona z dotychczasowych. Dzieje się tu bardzo dużo, motyw zetknięcia Adriana ze zdobyczami techniki nie jest przeszarżowany, a postacie o ile dalej nie mogą się pochwalić dogłębną analizą psychologiczną, to są świetnie poprowadzone, a ich działania i motywacje są zazwyczaj bardzo logiczne.

Rysunki w dalszym ciągu są szalenie dynamiczne, pełne emocji i energii. Dalej mają ten charakterystyczny niedbały sznyt, który może się nie spodobać, ale po lekturze kilku tomów nie wyobrażam sobie, by Lastman mógł wyglądać inaczej. Ze względu na samą scenografię to jednocześnie najbardziej złożony wizualnie tom, co prowadzi do większej niż zwykle ilości wpadek czy pokracznych rysunków. Jest to do przeżycia, ale kilka razy uniosłem podczas lektury brew.

No i niestety Lastman ciągle ma pewien problem: jest pełen toksycznej męskości, która dziwnie splata się ze stereotypowo chłopięcą naiwnością. Pewne wątki i rozwiązania fabularne są przeterminowane o 50, jak nie 70 lat. To jest mokry sen piętnastolatka o świecie, gdzie wygrywa przemoc i pięść, za wszystkie ważne rzeczy odpowiadają faceci, a kobiece postaci funkcjonują tylko w odniesieniu do męskich. Nie mówiąc o tym, że każda z nich – o ile nie jest staruszką – została karykaturalnie przeseksualizowana. Wystarczy zresztą, że popatrzycie na okładkę tego tomu. Najciekawsze jest to, że choć to widzę i mnie to razi, nie mogę przestać lubić Lastmana. To chyba za dobra zabawa, a ta toksyczność jest zbyt naiwna, by zniechęcić mnie do lektury. Nie znajduję treści zawartych w komiksie wystarczająco niesmacznymi i antyrównościowymi, by uznać je za szkodliwe, a gdy umieścimy to wszystko w odpowiedniej konwencji, to całość powinna być zjadliwa nawet dla osób bardziej wyczulonych na tego typu elementy.

Przeczytaj również:  "kRaj", czyli jeszcze jedna polska katastrofa
lastman 4 recenzja
Spotkanie Marianne i wspomnianego dziennikarza / fot. materiały prasowe

Co innego Pamiętnik ekipy produkcyjnej Lastmana umieszczany na końcu każdego tomu. Tam mamy naprawdę sporo humoru, który pasowałby i do napisów na drzwiach szkolnej toalety i do komiksów z ostatnich stron “Angory”. Kolejny raz jest to naiwne, a może nawet na swój sposób urocze, ale… ocenę pozostawiam Wam.

Ostatecznie z czystym sumieniem mogę zameldować, że Lastman po prostu trzyma poziom. To świetna rozrywka w pięknej oprawie. Postaci da się pokochać lub znienawidzić, walki, których w tym tomie jest mniej, dalej wyglądają obłędnie, a świat i rządzące nim prawidła spełniają moje oczekiwania, które urosły przy poprzednich tomach. Dzieło Vivèsa i spółki to komiks unikalny łączący mangową ekspresję oraz dynamizm akcji z bardziej europejskim humorem doprawionym amerykańskimi kliszami. Non Stop Comics miało nosa i zaserwowało nam kapitalny tytuł, który, póki co tylko pnie się górę w moim personalnym rankingu dłuższych serii.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Dragon Balla na RTL7

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.