Advertisement
KomiksKultura

“W dół, do ziemi”, czyli oldschoolowe sci-fi z prawie-Jedi na okładce [RECENZJA]

Michał Skrzyński
w dół do ziemi komiks recenzja
Fragment ilustracji okładkowej, która tak mi się spodobała / fot. materiały prasowe

Gdy zobaczyłem okładkę W dół, do ziemi wiedziałem, że chce zrobić tę recenzję. Okładka tego albumu aż krzyczy “Hej! Jestem oldschoolowym sci-fi! Popatrz na tego gościa, który wygląda jak Jedi i tego dziwnego humanoida-słonia!”. Po lekturze mogę Wam powiedzieć, że tym razem nie przejechałem się na ocenianiu książki po okładce. Nie oznacza to jednak, że całą recenzję będę piał z zachwytu. Ale po kolei.

Na okładce oprócz ilustracji, która mnie ujęła, są cztery nazwiska. Jest G. R. R. Martin, który dostarczył nie tak powszechnego dla komiksów w Polsce blurba, jest scenarzysta Philippe Thirault i rysowniczka Laura Zuccheri. Jest w końcu Robert Silverberg, czyli autor krótkiej powieści o tym samym tytule, której recenzowany album jest adaptacją. Napisanej w 1970 roku książki wcześniej nie znałem, natomiast internet powiedział mi, że jest to tytuł lubiany i ceniony, podobnie zresztą jak cała twórczość Silverberga – kilkukrotnego laureata Hugo i Nebuli, czyli najważniejszych nagród w fantastyczno-literackim świecie.

w dol do ziemi recenzja
Autor pierwowzoru recenzowanego komiksu – Robert Silverberg we własnej osobie / fot. materiały prasowe

Jak już wspomniałem, książki nie znam, więc wszelakie streszczenia fabularne dotyczą jedynie adaptacji. Historia w centralnym miejscu stawia Eddiego Gundersena, który powraca na planetę Belzgar. Niegdyś zarządzaną przez zły rząd lub złą korporację, a obecnie, na wskutek odejścia od kolonializmu, oddaną prawowitym mieszkańcom, czyli dwóm inteligentnym rasom – nildorom i sulidorom. Eddie w przeszłości był bardzo złym wojskowym, a teraz powraca na planetę w roli przewodnika pary naukowców, którzy chcą zobaczyć i opisać “rytuał ponownych narodzin”. W to wszystko wplątane są jeszcze sprawy z przeszłości głównego bohatera i rozliczenie z kolonialną przeszłością. Sporo tego wszystkiego, a to wcale nie koniec.

Przeczytaj również:  Anielska podróż w świat żywych. Omówienie "Nieba nad Berlinem" Wima Wendersa

Treści, wątków i postaci jest tutaj naprawdę dużo, jednak nie przychyliłbym się do stwierdzenia, że potraktowane zostały zbyt pobieżne. Istotnie, nie ma tu miejsca na pogłębienie rysów psychologicznych postaci, czy większą ilość informacji o świecie przedstawionym, ale scenarzysta zgrabnie mówi o wszystkim tylko tyle ile potrzeba dla trzonu historii. Efekt jest taki, że choć fabuła jest dosyć powierzchowna, nie zamyka drogi do szerszej interpretacji, a jednocześnie akcja jest wartka i autentycznie zajmująca. Znika gdzieś w tym jednak tak charakterystyczne dla science fiction tamtych lat filozoficzno-socjologiczne zacięcie.

w dol do ziemi recenzja
Momentami komiks jest naprawdę ładny, a obca planeta potrafi zachwycić / fot. materiały prasowe

Konkludując, W dół do ziemi to historia przyzwoita, która zawodzi jednak na kilku płaszczyznach. Czuć, że materiał źródłowy dostarczył świetnych podstaw, ale scenarzyście zabrakło chyba odwagi, by odważniej wyciąć pewne wątki i w rezultacie pozostawił ich zbyt wiele. Bardzo niedzisiejszo wypadają postaci kobiece, których jedyną rolą jest właściwie zakochiwanie się w głównym bohaterze, co w niektórych momentach wypada zupełnie groteskowo.

Bardziej jednoznacznie mogę ocenić rysunki, które robią naprawdę dobre wrażenie, jeśli zaakceptujemy specyficzną stylistykę, która ma w sobie trudną do ujęcia w słowa toporność. Przez pierwszych kilka stron raziła, jednak po chwili zupełnie się do tego przyzwyczaiłem. Ortodoksyjny układ kadrów i ładne kolory podkreślają obcość świata, do którego przybili nasi bohaterowie. Stawiam w tym miejscu jednak zarzut; sporo scen rozgrywa się w nudnych, niewyróżniających się niczym jaskiniach i pokojach. Rozumiem, że pozwoliło to zaoszczędzić czas rysowniczki, ale kontrast między tymi “leniwymi” lokacjami a resztą jest naprawdę wyraźny.

Przeczytaj również:  Badek: Mamy problem z Oscarami, ale standardy różnorodności to tylko jego niewielka część [FELIETON]

Trudno jednoznacznie ocenić W dół, do ziemi. Z jednej strony widzę oczywiste uproszczenie i absurdy scenariusza, z drugiej zaś nie dam sobie wmówić, że źle się przy tym tytule bawiłem. Rysunki są momentami bardzo ładne, ale sporo brakuje im do zachwytów. Być może ten oldschoolowy klimat musi po prostu trafić na odpowiedni nastrój. Tak czy siak, nie oszukam siebie ani nie oszukam Was; przy W dół, do ziemi bawiłem się bardzo dobrze i jest bardziej niż prawdopodobnym, że Wam też się spodoba!

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

klasykę sci-fi

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.