Advertisement
KomiksKultura

“Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami” – piękno akwareli [RECENZJA]

Michał Skrzyński
Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami recenzja
Piękna okładka polskiego wydania / fot. materiały prasowe

Pięćdziesięcioczteroletni komik sceniczny, jego umierająca matka, ludzie pierwotni i osadzona w niewiadomym miejscu i czasie drużyna astronautów, którzy zdają się raz po raz przeżywać tę samą historię. To wszystko zawartość jednego komiksu, a często nawet jednej strony. Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami nie są oczywiste, są raczej zamglone i intrygujące, ale co bardzo ważne — nie są niedostępne.

Gipi to pseudonim artystyczny dobrze znanego polskim czytelnikom włoskiego twórcy. Celowo nie piszę tym razem per “twórca komiksów”, ponieważ Gianni Pacinotti działa również na przykład na scenie filmowej. W swoim najnowszym komiksie odchodzi on od do tej pory charakterystycznej dla siebie tematyki okołowojennej na rzecz emocjonalnej osobistej historii, której trzon nie ma nic wspólnego z wojną lub jej następstwami. W tej historii mamy okazję potowarzyszyć wcześniej wspomnianemu komikowi podczas niezbyt przyjemnych dni, które w większości spędza w drodze między hospicjum, w którym umiera jego matka, a wynajętym pokojem, który został wybrany tak by do hospicjum było jak najbliżej. Nasz stand-uper, pomimo tego, co sam o sobie mówi, nie jest w najlepszym stanie. Notorycznie zapomina o umówionych występach, jest permanentnie spięty i obwinia się o to, czy na pewno odpowiednio przejmuje się umierającą matką. Tych wszystkich rzeczy dowiadujemy się z interesująco poprowadzonej narracji, gdzie bohater rozmawia ze swoją żoną/partnerką lub menadżerem przez telefon, a my “słyszymy” tylko jego wypowiedzi. Zabieg oczywiście znany i popularny, ale nie widziałem jeszcze pozycji, gdzie tak prowadzono znaczną część dialogów.

Przeczytaj również:  "kRaj", czyli jeszcze jedna polska katastrofa
Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami recenzja
Tutaj nawet podpisu nie potrzeba, popatrzcie jakie to piękne / fot. materiały prasowe

I to jest główny plan fabuły, przedstawiony w formie obłędnych akwareli, które hipnotyzują od samej okładki, która . Jest jeszcze drugi, gdzie dzięki czarnobiałym, pełnym pozornie niedbałych kresek, rysunkom śledzimy wspomnianych na początku “astronautów”. Czteroosobowa załoga zdaje się być uwięziona w czasowej pętli i tylko jeden z jej członków zdaje się ten fakt przynajmniej częściowo zauważać. Poczynania grupy, eksploracja planety, skany jej powierzchni i unikanie tak zwanej “czerni” w nieoczywisty sposób łączą się z tym, co dzieje się u komika. Cała sceneria bardzo kojarzy mi się z pamiętną sekwencją z Interstellara, która odbywała się na planecie, gdzie czas płynął inaczej. To wszystko jest jeszcze wzbogacone kilkoma dodatkowi przestrzeniami narracyjnymi. Między innymi cofamy (albo, by pozostać w klimacie historii — ponownie przeżywamy) dzieciństwo, a nawet wracamy do człowieka pierwotnego.

I po co są te wszystkie zabiegi? – zapytacie. Głównie po to, by opowiedzieć historię o radzeniu sobie ze śmiercią rodzica. Taką spodziewaną, pełzającą, która grzecznie zapowiada się z wyprzedzeniem. W pewnym sensie to bardzo ciekawe rozwiązanie. Po tak nabudowanej narracji będziemy się prawdopodobnie doszukiwać jakichś zaskakujących wolt, a tutaj historia jest tym, o czym zdaje się być z samego początku. Nie chce powiedzieć, że dodatkowych wątków tutaj nie ma, wręcz przeciwnie. Gipi wielokrotnie rzuca w czytelnika luźnymi przemyśleniami dotyczącymi różnych kwestii społecznych, które za każdym razem zdają się w jakiś sposób rezonować z całą historią, przez co czytelnik sam zaczyna szukać dodatkowych powiązań między tym co oczywiste i tym, co pozostaje w sferze domysłów. Jest w tym wszystkim też jedna “wielka myśl”, która nadaje historii dodatkowego wymiaru, ale pozostawię Wam ją do samodzielnego odkrycia.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]
Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami recenzja
“Kosmonauci” w akcji / fot. materiały prasowe

Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami sprawiają, że chce o nich pisać, ale sama struktura opowieści zadziała prawdopodobnie najlepiej, gdy wie się o niej jak najmniej, więc nie chce być w tych moich recenzenckich rozważeniach zbyt dosłowny. To świetny komiks, przepełniony dziwaczną nostalgiczno-optymistyczną atmosferą, który zachwyca również jeśli chodzi o ilustracje. Jeśli dodamy do tego typowe dla Timofa pierwszoligowe wydanie dostajemy pozycję, którą chce się mieć i o której chce się rozmawiać. Dlatego zróbcie mi przyjemność i kupcie ją, bym miał z kim rozmawiać.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.