KomiksKultura

“Skóra z tysiąca bestii” – baśń emancypacyjna [RECENZJA]

Michał Skrzyński
skóra z tysiąca bestii recenzja
Fragment okładki / fot. materiały prasowe

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami opowiadano nam bajki i baśnie, które były ugrzecznionymi przez Disneya historyjkami pozbawionymi sporej części oryginalnego klimatu. Ten trend od lat się odwraca i coraz częściej możemy przeczytać baśnie bliższe oryginałowi, a coraz więcej twórców i twórczyń pełnymi garściami czerpie z tego kulturowego DNA okołoeuropejskich baśni i bajek.

Gdy słyszycie „baśnie” pierwszą heurystyką, której się łapiecie, są zapewne Baśnie braci Grimm. Ten kluczowy dla utrwalenia różnych archetypów zbiór powstał na początku XIX wieku i był efektem wielu lat badań Wilhelma i Jacoba Grimmów. Zbierali oni baśnie, bajki i podania ludowe szukając w nich powtarzających się motywów, ciągów wydarzeń i podobnych postaci. Jedną z mniej popularnych historii z oryginalnego zbioru jest WieloskórkaSkóra z tysiąca bestii autorstwa Francuza Stephane Fert to bardzo luźna wariacja na jej temat.

Grimmowska Wieloskórka opowiada o księżniczce przeklętej przez swojego ojca, który chciał się z nią ożenić. Dziewczyna ukrywa się przed mężczyzną na dworze pięknego księcia. Księżniczka na co dzień ubrana jest w tytułową skórę z wielu bestii, ale ma również trzy specjalne sukienki na bal, które zakłada, by oczarować księcia. Nie jest to z pewnością najciekawsza baśń ze zbioru, a główny motyw zdecydowanie nie przystaje do dzisiejszych czasów. Bohaterka bardzo chce być zdobyta przez księcia, gotuje dla niego i ukrywa się w kuchni? No proszę ja Was. Na szczęście, Fert zdawał sobie z tego sprawę i zaprezentował nam raczej remiks klasycznej historii. Dobą analogią będzie tutaj Suspiria z 1977 i ich remake z 2018. Z jednej strony “słowa klucze” i początek fabuły się zgadzają, ale im dalej w las, tym więcej różnic nie tylko w planie wydarzeń, ale również w rozłożeniu akcentów.

Przeczytaj również:  "Płaszcz i szpony" - Ahoj przygodo! [RECENZJA]
skóra z tysiąca bestii recenzja
Piękne kolory od razu rzuciły mi się w oczy / fot. materiały prasowe

W Skórze z tysiąca bestii również mamy księżniczkę, która tym razem dostała imię – Jerzynka, jednak w komiksowej wersji background jest znacznie bardziej rozbudowany. Poznajemy historię jej matki, która przez swoją niezwykłą urodę musiała uciec do lasu przed nachalnymi adoratorami, a także jej ojca – potężnego czarodzieja. Zamiast pięknego, postawnego księcia mamy drobnego Lou, który ponad siłę stawia wiedzę, a jego życiowym celem jest stworzenie encyklopedii botanicznej.

Tak jak wspomniałem – szkielet fabuły jest podobny. Po śmierci matki ojciec Jeżynki zostawia ją w lesie pod opieką zwierząt, a gdy księżniczka dorasta, król Jelonek uznaje, że jego córka jest jedyną kobietą, która może zastąpić mu żonę. Motyw raczej nie do zaakceptowania w disneyowskich animacjach, prawda? Koniec końców, Jeżynka ucieka, a jej śladem podąża Lou.

Mamy tutaj kilka ciekawych motywów i zaskakujących rozwiązań, dlatego pozwolę sobie nie spoilerować Wam niczego więcej. Najważniejsze jest to, że historia w wykonaniu Francuza czaruje. Niezwykły klimat mrocznej, przewrotnej baśni cudownie rezonuje z emancypacyjnym przekazem. Tak, tak; tutaj to Jarzynka rozdaje karty i to na jej zasadach odbywa się poszukiwanie idealnego kandydata na męża. Również tytułowe przebranie nabiera niebanalnego znaczenia w kontekście stereotypowego postrzegania kobiet. Aż miło patrzeć jak wywołujący jedynie nerwowy uśmiech oryginał został w tak zgrabny sposób uwspółcześniony. Siłą Skóry z tysiąca bestii jest też fakt, że nawet bez emancypacyjnego wydźwięku dostajemy świetnie zaprezentowaną współczesną w narracji i klasyczną w klimacie baśń. No i jak to pięknie wygląda!

Przeczytaj również:  "W dół, do ziemi", czyli oldschoolowe sci-fi z prawie-Jedi na okładce [RECENZJA]
skóra z tysiąca bestii recenzja
Autor nie trzyma się specjalnie żadnej konkretnej kompozycji paneli, co oczywiście należy zaliczyć na plus / fot. materiały prasowe

Miękkie, pełne intensywnych kolorów rysunki Ferta przykuwają wzrok od pierwszych stron. Znajdziemy tutaj zabawy z kompozycją, piękne ilustracje oddzielające poszczególne rozdziały i jedną z najbardziej subtelnych scen zbliżenia jaką widziałem w komiksach. Również same rysunki znaczące się zmieniają w zależności od sceny. Raz są bardziej zwiewne i niewyraźne, by po chwili stać się bardzo geometryczne z mocno zaznaczonymi krawędziami. Nawet jeśli nie przeczytacie, to przynajmniej pooglądajcie dostępne w internecie prace autora!

Timof comics kolejny raz dostarcza tytuł, w którym właściwie nie ma wad. Recenzencka uczciwość każe mi jednak wspomnieć o nie do końca udanym wyborze czcionki, która momentami wymaga, większego niż bym chciał, skupienia. To jednak jedyne, o czym mogę wspomnieć w kontekście słabości Skóry z tysiąca bestii. Nie jest to prawdopodobnie komiks, który zmieni Wasze życie, ale gwarantuje, że będziecie często do niego wracać. Choćby po to, by rozkoszować się rysunkami.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Baśnie braci Grimm i wariacje na ich temat

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.