KomiksKultura

“Miki i kraina pradawnych” oraz “Horrifikland. Przerażająca przygoda” – Myszka Miki premium [RECENZJA]

Michał Skrzyński
myszka miki i kraina pradawnych Horrifikland
Okładki obu recenzowanych albumów / fot. materiały prasowe

Wierzcie lub nie, ale rzadko z wyjątkowym utęsknieniem czekam na premierę jakiegoś komiksu. Niszowość tego hobby sprawia, że premiera nie jest wydarzeniem porównywalnym do premiery filmowej, czy growej. Nie ma fety, odliczania i czekania na pierwsze recenzje, a dodatkowo w ogromnej większości czytamy tłumaczenia, więc nawet nie ma tego posmaku świeżości. Jakiś czas temu trafiła się, jednak taka zapowiedź, która sprawiła, że premiera stała się oczekiwanym wydarzeniem. Mowa komiksach z Myszką Miki z serii Glénatu tworzonych przez wybitnych rysowników i scenarzystów, które wydawane są we frankofońskim albumowym formacie. Długie miesiące oczekiwania dobiegły końca, ponieważ pierwsze dwa właśnie miały swoją premierę —Miki i kraina pradawnych oraz Horrifikland. Przerażająca przygoda.

W Polsce komiksy Disneya kojarzymy nie dość, że raczej z Kaczorem Donaldem, a nie z Myszką Miki, to raczej z komiksami czerpiącymi z dorobku Carla Barksa, a później również Dona Rosy (recenzje albumów tych świetnych komiksiarzy znajdziecie na Filmawce na przykład “Kaczogród. Carl Barks – Latający Holender i inne historie z lat 1958-1959”, czyli klasyka na wyciągnięcie ręki [RECENZJA] i “Wujek Sknerus i Kaczor Donald. Tom 7: Skarb dziesięciu awatar” – historie cenniejsze niż złoto [RECENZJA]). Tymczasem w Europie stworzony i wydano dziesiątki komiksów, które, mimo że korzystają z klasycznych postaci, to wrzucają je w najróżniejsze historie i stylistyki. Takie komiksy, pomimo że bardzo wyczekiwane nie miały do tej pory szczęścia na naszym rynku. Teraz z rozmachem zabrał się za nie Egmont i sądząc po opiniach, które da się tu i tam już usłyszeć — wypasione komiksy Disneya są na dobrej drodze, by zostać z nami na dłużej.

Zanim przejdę do samych komiksów, muszę wspomnieć o formie wydania, a ta jest naprawdę imponująca. Duży format, płócienne grzbiety, lakier wybiórczy, mnóstwo zdobień i piękne wyklejki, a w środku czeka na nas papier świetnej jakości. Ja wiem, że komiksy się czyta, a nie podziwia za oprawę, ale to zdecydowanie najlepiej przygotowane wydanie Egmontu od czasu Indyjskiej Włóczęgi.

Przeczytaj również:  „Daredevil: Nieustraszony. Tom 7” – nie taki diabeł straszny [RECENZJA]

Sam zacząłem lekturę od Horrifikland napisanego przez znanego między innymi z Donżona Lewisa Trondheima, a narysowanego przez Alexisa Nesme, z którym spotkałem się po raz pierwszy. Rozpisana na mniej więcej 50 stron historia prezentuje nam śledztwo, którego podjęło się biuro detektywistyczne Mikiego. W biurze pracuje również Goofy i Donald, więc fani kaczek powinni być usatysfakcjonowani. Sprawa zaczyna się od zaginionego kota, który podobno lubił bawić się w tytułowym Horrifiklandzie, czyli opuszczonym parku rozrywki utrzymanym w stylistyce wszystkiego najstraszniejszego. Kot szybko się odnajduje, a cała sprawa szybko zmienia swój charakter, ponieważ na scenie pojawia się między innymi Czarny Piotruś. Wymyślona przez Trondheima intryga kilkukrotnie zaskakuje, tak jak zaskakuje dobry odcinek klasycznych serii ze Scoobym-Doo. Historia w Horrifiklandzie nie jest specjalnie skomplikowana, rzeczy po prostu się dzieją i są jedynie pretekstem, do wrzucenie dzielnych detektywów w kolejne zabawne sytuacje i zaprezentowania czytelnikowi kolejnych atrakcji opuszczonego parku rozrywki.

Horrifikland recenzja
Przykładowa strona z Horrifikland. Ostatnio dla estetyki wpisu staram się ciąć strony. Tutaj nie miałem serca. fot. materiały prasowe

Na szczęście rysunki Nesme z czegoś, co byłoby przyjemnym średniakiem robią z Horrifiklandu prawdziwą perełkę. Pięknie wymalowane kadry w stylu przywodzącym na myśl ilustracje z książek dla dzieci sprzed kilkudziesięciu lat wzbogacone o pewną dozę posągowej wręcz dostojność, a dodatkowo mamy tutaj obłędne cieniowanie. Nigdy nie widziałem w komiksie tak pięknie oddanego ciepłego światła świecy. No i ta cudowna okłada z miejsca lądująca w moim osobistym rankingu najlepszych. Sam Horrifikland to zaś po prostu wymarzona pozycja na spooktobear.

Miki i Kraina Pradawnych to zaś robota Denisa-Pierre Filippi-ego (scenariusz) i Silvio Comboni-ego (rysunki) i zupełnie inna historia. Teraz zamiast horroru mamy fantasy pełną gębą dodatkowo w piracko-awanturniczym sosie. Profesja Mikiego bezpośrednio wynika z dziwności przedstawionego świata, ponieważ zajmuje się wiązaniem i łączeniem lewitujących wysp, na których obecnie żyje cała populacja. Interesujący pomysł jest całkiem nieźle wykorzystany. Autorzy korzystają z tego, że nie muszą nakreślać rozbudowanych portretów charakterologicznych przedstawianych postaci, ponieważ czytelnik prawdopodobnie dobrze zna stojące za nimi archetypy i zaoszczędzony czas przeznaczają na budowanie świata.

Przeczytaj również:  "Nieśmiertelny Hulk" - Najstraszniejsze co w nas żyje [RECENZJA]

Podniebna przygoda Mikiego okazuje się naprawdę dobrze napisaną historią fantasy, która nie dusi się na tych ledwo 60 stronach. Jest akcja, jest humor, jest miłość, a i jakaś tajemnica się znajdzie. Jedyną jej wadą jest to, że nie ma tak konkretnej stylistyki jak Horrifikland, a historia pozostaje raczej prosta, więc starsi czytelnicy mogą trochę kręcić nosem, za to młodsi powinni być zachwyceni.

miki i kraina pradawnych recenzja
Przykładowa strona z Miki i Kraina Pradawnych fot. materiały prasowe

Rysunki Comboni-ego dostarczają odpowiednich środków wyrazu, a poszczególne kadry bywają naprawdę ślicznie. Szczegółowe stroje postaci i wymyślna architektura zwieszonych w powietrzu miast-wysp robią wrażenie. Niestety moim i kilku innych internautów zdaniem komiks zdaje się, być delikatnie rozmazany, tak jakby ilustracje były rozciągnięte do większego niż zwykle formatu. Czasami nie widać tego w ogóle, czasami mocno rzuca się w oczy. Nie mam niestety dostępu do wydania oryginalnego, więc nie mogę stwierdzić, czy to również jego bolączka.

Jako double feature “wypasione” komiksy Disneya dały mi mnóstwo radości. To nieidealne, ale dostarczające świetnych czytelniczych wrażeń komiksy, które dodatkowo, dzięki formie wydania, zwyczajnie cieszą jako zdobycze na półce. Krótki format zachęca do częstych powrotów, a familijność sprawia, że po komiks chętnie sięgnie zarówno młodsze pokolenie, jak i to komiksy Disneya znające jeszcze z gumy Donald. Dla Was zakup obowiązkowy, a dla mnie satysfakcja, że długie oczekiwanie na premierę się opłaciło.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Ucznia czarnoksiężnika

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.