Advertisement
KomiksKultura

“Pacjent”, czyli Timothe Le Boucher powraca, albo komiks na jaki czekałem [RECENZJA]

Michał Skrzyński
Pacjent komiks recenzja
Okładka polskiego wydania/ fot. materiały prasowe

Timothe Le Boucher i jego Dni, których nie znamy to jedno z największych komiksowych zaskoczeń zeszłego roku. Niezwykła historia o pamięci i tożsamości wzięła komiksowo z zaskoczenia i nie dość, że pojawiła się w wielu końcoworocznych rankingach (w tym w naszym), to sporadycznie przedzierała się nawet do szerszej publiki. Rok później komiks Pacjent wylądował na półkach i tym razem był już jedną z najbardziej wyczekiwanych premier drugiej połowy roku.

Gdy na scenie pojawia się nowy, zwłaszcza młody, twórca, który odnosi sukces, zawsze istnieje pewne ryzyko, że komercyjno-artystyczne przedsięwzięcie w postaci następnego komiksu będzie raczej bezpieczne, zachowawcze. Jakaś kontynuacja? A może bardzo podobna historia? Szczerze powiedziawszy, Non Stop Comics narobiło mi trochę stracha, że Le Boucher poszedł tą drogą. Notka prasowa mówiła, że autor w swojej nowej pozycji wraca do swoich ulubionych tematów – “pamięci, tożsamości, relacji międzyludzkich, upływającego czasu”. Bałem się, że francuz zafiksuje się na kilku w kółko powtarzanych tematach tak, jak na przykład Jeff Lemire. Teraz po lekturze Pacjenta jestem jednak spokojny. Autor rzeczywiście porusza wiele tematów obecnych już w Dniach, ale robi to z tak odmiennej perspektywy, że nie ma mowy o odtwórczości. Jak jednak wypada sam komiks?

pacjent komiks recenzja
Już od pierwszych stron widać ogromny postęp autora w kwestii rysunków / fot. materiały prasowe

To, co uderza już od pierwszych stron to progres, dokonany przez Le Bouchera na polu komiksowego rzemiosła. Dni… nie były komiksem źle narysowanym, czy niezgrabnie rozpisanym. Była to bardzo solidna praca, która w swoim, prawie że przezroczystym, czerpiącym dużo z mangi stylu pozwalała skupić się na historii każdemu niezależnie od komiksowego stażu lub preferencji. Jednak Pacjent, jest na tym polu lepszy pod każdym względem. Wszystko, co mogło zostać poprawione, zostało poprawione. W Dniach… raziło mnie trochę cieniowanie, a właściwie praktyczny jego brak – teraz cienie są obecne i bardzo ważne w ogólnej prezentacji. Wcześniej układ kadrów, był zasadniczo bardzo konserwatywny i brakowało, jakiegoś przełamania rutyny? Proszę bardzo – w Pacjencie znajdziecie kilka naprawdę pomysłowych plansz. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, jak Le Boucher będzie rysował za następne kilka lat.

Przeczytaj również:  David Bowie. Między kampem, dandyzmem a sztuką życia

Jeśli zaś chodzi o samą historię, to prezentuje się ona następująco. Pierre to jedyny ocalały z tak zwanej “Masakry na Kruczej”, w której zginęła cała jego rodzina oprócz siostry, która o tę zbrodnię została oskarżona. Ocaleniec budzi się po pięciu latach śpiączki i stara dostosować do nowej rzeczywistości, rzeczywistości skrajnie nieprzystępnej. Po tym wszystkim nie tylko ciało, ale i umysł potrzebuje rehabilitacji, dlatego pacjent trafia pod opiekę Ann. Uznanej psycholożki i wiktymolożki, a także autorki poczytnych książek non-ficiton. W samym procesie terapeutycznym od początku tkwi jednak pewien zgrzyt. Doktor Anne wcześniej pracowała z siostrą Pierre, już po tym, jak dokonała zbrodni i wydaje się, że bardzo zależy jej na tym, by teraz pracować ze świeżo wybudzonym pacjentem.

Pierre powoli odnajduje się w szpitalnej rzeczywistości. Oswaja się z personelem, poznaje innych pacjentów i zaangażowaniem bierze udział w kolejnych sesjach psychoterapeutycznych. Jednak pojawia się pewne napięcie w jego relacjach z psycholożką, która dostaje całkiem sporą rolę w rozpisanej przez Le Bouchera w fabule. To zresztą jedna z najmocniejszych stron Pacjenta. Le Boucher świetnie prowadzi postacie, mają one swoje cele i charaktery, a nie są jedynie statystami w opowieści o Pierre. Nie brakuje również wątków pobocznych, które często prowadzą w zaskakujące rejony, a potem łączą się, lub zupełnie rozchodzą z główną nitką scenariusza.

pacjent komiks recenzja
Wydawca nie bez powodu udostępnił tylko pierwsze kilka stron komiksu. Tak naprawdę im mniej o Pacjencie wiecie tym lepiej / fot. materiały prasowe

To, co w Pacjencie przykuwa uwagę to stopień zniuansowania historii. Dni… prowokowały, smuciły i cieszyły, ale były raczej dosyć prostolinijne. Ich wartość wynikała z prostoty i dosadności pewnych fabularnych rozwiązań. Tym razem jest inaczej i scenariusz kryje sobie mnóstwo smaczków, niedopowiedzeń i celowego wprowadzania w błąd. Mało tego – sama historia kończy się w bardzo nieoczywisty sposób i to od Was zależy, co uznacie za prawdę, a co za fikcję. Sam kilkukrotnie zmieniałem zdanie i o “tej jednej dobrej odpowiedzi” i o ogólnej jakości scenariusza. Chwilowa pewność pod tytułem “okej, jednak nie wyszło to tak dobrze”, po chwili zmieniała się w zachwyt i odwrotnie.

Przeczytaj również:  Najlepsze komiksy 2021 - TOP 10 [RANKING]

Jednym poważnym mankamentem jest jeden konkretny moment w fabule daleko za “linią spojlerową”. By jej nie przekraczać, wystarczy powiedzieć, że niezależnie od interpretacji wcześniejszych i późniejszych wydarzeń, w pewnym momencie historia wydaje się nagle przeskakiwać, tak jakby zabrakło w moim wydaniu kilkunastu stron. Najgorsze jest to, że łatwo w tym dostrzec pewne pójście na skróty. To właśnie w tych nieistniejących panelach byłyby ukryte podpowiedzi mogącą naprowadzić czytelnika, na którąś z możliwych interpretacji. Autor niestety po prostu je ukrył i nie wypełnił niczym powstałej w scenariuszu luki.

O Pacjencie można by pisać jeszcze długo. O świetnych, naturalnych dialogach, niezwykłych scenach sennych marzeń najeżonych metaforami, czy o tym jak pięknie Le Boucher zarządza przestrzenią w swoich rysunkach i relacjami między postaciami w swoim scenariuszu. Można by też napisać o kilku niecelowych nieścisłościach, zmarnowanym potencjale kilku wątków i tym, że może tak naprawdę scenariusz jest tutaj co najwyżej średni, a cała reszta to nadinterpretacja. Jednak moim zdaniem najważniejsze jest to, by puścić w świat komunikat, że Pacjent to fenomenalny komiks. Dojrzały, piękny i niesamowicie angażujący. Ciesze się, ze NSC wypatrzyło tego autor na przepastnym francuskim rynku i nie kazało nam długo czekać na jego kolejny tytuł. Miejmy nadzieję, że trend zostanie podtrzymany i za rok o tej porze, będziemy już po lekturze polskiej wersji 47 Cordes.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.