Advertisement
KomiksKultura

“Skarga Utraconych Ziem” – klasyczne fantasy w konserwatywnym sosie [RECENZJA]

Michał Skrzyński
skara utraconych ziem recenzja
Fragment okładki wydania zbiorczego / fot. materiały prasowe

Lubię klasyczne fantasy osadzone w quasi-średniowieczno-europejskich realiach. Nigdy nie wypierałem się tej konsekwentnej sympatii mającej swój początek w moim wczesnym dzieciństwie, jednak w późniejszych etapach życia tak się zawsze składało, że nie miałem z tą tematyką specjalnie dużo do czynienia. Książki, pomijając nieliczne wyjątki, odstraszały mnie niekojąco ciągnącymi się cyklami, sagami i trylogiami. Filmy, przez ograniczenia budżetowe, rzadko zapewniały mi oczekiwaną skalę wydarzeń, a dodatkową, nieuleczalną zadrę na sercu zostawił mi ostatni sezon Gry o Tron. Na szczęście, od czasu, gdy pokochałem komiksy mam z takim klasycznym fantasy znacznie częściej do czynienia!

Skarga Utraconych Ziem to już drugi komiks z rysunkami Grzegorza Rosińskiego, jaki dla Was recenzuje, wcześniej pisałem o Zemście Hrabiego Skarbka, jednak ta pozycja jest znacznie starsza od przygód polskiego szlachcica w Paryżu. Seria ta ciągnie się od 1993 roku, a najnowszy – na ten moment jeszcze niewydany w Polsce – album ukazał się w 2019. Seria dzieli się na trzy cykle i to wznowienie pierwszego, jedynego z rysunkami Rosińskiego, zaserwował nam Egmont.

Jean Dufaux, scenarzysta całego cyklu opowiedział nam historię kręcącą się wokół Sioban. Dosyć utrwalonej w kulturze popularnej figury księżniczki, która ponad balami, sukniami i innymi dworskimi zabawami stawia fechtunek, łucznictwo i jazdę konną. Sioban to półsierota, której ojciec, Biały Wilk jakiś czas temu zjednoczył lokalnych lordów i odzyskał władzę jako prawowity dziedzic z krwi dawnych królów. Akcje zaczynamy śledzić w przededniu ślubu matki Sioban z lordem Blackmorem. Ślubem, warto zauważyć, niechcianym; ani przez księżniczkę, ani przez jej matkę.

skarga utraconych ziem recenzja
Niedzisiejsze kolory rzucają się w oczy od pierwszych stron / fot. materiały prasowe

Szybko okazuje się, że świeżo upieczony ojczym nie jest tym, za kogo się podaje, a przeznaczenie i tytułowa skarga zaczyna się upominać o księżniczkę, która musi stanąć do walki o swoje. W odróżnieniu od klasycznych komiksów francuskich, akcja dzieje się bardzo szybko za sprawą narracji, która zaskakuje swoim tempem. Typowe frankofony wydają się momentami przegadane, a akcja bardzo statyczna, ponieważ każda strona dostarcza naprawdę spory ładunek nowych treści i informacji.

Przeczytaj również:  "Perramus" - surrealistyczna podróż w zapomnienie [RECENZJA]

W Skardze Utraconych Ziem jest inaczej; dialogi są zwyke krótkie i konkretne, a scenarzyście “nie jest szkoda” poświęcić kilku kadrów, by lepiej pokazać dynamiczne sceny. I w sumie pasuje mi takie podejście, chociaż kilkukrotnie miałem wrażenie, że zabrakło kilku stron, by przedstawić historie w odpowiednio rozbudowany sposób. Widać to zwłaszcza gdy zmieniają się scena i niespecjalnie wiemy, jak i kiedy dana postać gdzieś się przeniosła lub z kim się spotkała. To wszystko dzieje się poza narracją, chociaż przez prostotę całej fabuły nie ma żadnego problemu, by połapać się w historii.

Dzieli się ona właściwie na dwa minicykle, między którymi mija trochę czasu w świecie przedstawionym. I jest tylko (lub aż) przeciętna. W fabule widać dużo inspiracji klimatami arturiańskimi; i w nazewnictwie. i w fabule, a zwłaszcza w podejściu do magii, która jest tutaj domeną czarnoksiężników i wiedźm.

Dzieje się sporo, klimat jest przyjemnie oldschoolowy, a historia, zwłaszcza w albumach trzecim i czwartym potrafi zaskoczyć i wciągnąć, czego dowodem jest to, że w trakcie czytania zmieniłem zdanie i pochłonąłem trzy albumy za jednym zamachem, zamiast zostawić sobie ostatni na później. Choć całość dostarcza sporo rozrywki, obiektywnie należy przyznać, że fabuła jest prosta, a konstrukcja historii schematyczna, trudno dopatrzeć się w niej jakichś sensownych związków przyczynowo-skutkowych, a postacie są jednowymiarowe.

skarga utraconych ziem recenzja
Ta konkretna strona o tym nie świadczy, ale sam komiks nie jest przegadany, zwłaszcza jak na frankofońskie standardy / fot. materiały prasowe

Moją uwagę w fabule Skargi zwróciła pewna sprawa… To, jak bardzo jest ona konserwatywna w tym, co i jak opowiada. Przypominam, że historia kręci się wokół “prawowitej” władczyni, córki Białego Wilka, który dzięki swojemu pochodzeniu był w stanie zjednoczyć lokalnych lordów. Pochodzenie jest tutaj zresztą wręcz fetyszyzowane. Gdy nie mówimy o krwi prawowitych władców, to mówimy o ubogim szlachcicu, który musi cierpieć za decyzje swoich przodków.

Jednak to, co stanowiło dla mnie najgłośniejszy zgrzyt to zdecydowanie jedno z rozwiązań fabularnych. Uwaga, mały spoiler: mianowicie, Sioban miała stracić pewną moc po tym jak… straci dziewictwo. Oczywiście dziewictwo rozumiane w konserwatywny i naiwny sposób tzn. mistyczne “dziewictwo” traci się przez penetracyjny stosunek odbyty oczywiście z mężczyzną. Ta niesmaczna scenariuszowa bzdura odebrała mi sporo początkowego entuzjazmu, a szkoda, ponieważ oprócz tego jednego elementu (kwestie pochodzenia możemy wpisać w konwencję) fabuła naprawdę dostarcza sporo radości.

Przeczytaj również:  „Tato” - ojcostwo w walce o godność ubogich [RECENZJA]

Rysunki zaś od pierwszych stron kojarzą mi się z… Gumisiami. Zabijcie mnie, ale nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale myśl ta prześladowała mnie przez całą lekturę. Odkładając to na bok, trzeba przyznać, że rysunki wyglądają nieźle. Nie są to z pewnością najładniejsze prace Rosińskiego, ale spełniają swoją rolę i bardzo dobrze trzymają się klimatu scenariusza napisanego przez Dufauxa. Tego samego nie można niestety powiedzieć o kolorach. Nie odpowiada za nie jednak autor a Grażyna Fołtyn-Kasprzak korzystająca z pseudonimu Graza. Kolory są wypłowiałe, mało intensywne, a momentami po prostu niechlujnie nałożone. Pierwszy album cyklu pochodzi z 1993 roku, a przez te kolory byłem pewien, że jest o jakieś dwadzieścia lat starszy. W późniejszych albumach jest lepiej, jednak dalej trzeba przyznać, że aspekt ten zwyczajnie nie został zrealizowany dobrze.

skarga utraconych ziem recenzja
Pomimo mnóstwa mankamentów momentami można o nich zapomnieć i zatopić się w oldschoolowym klimacie / fot. materiały prasowe

Rzadko mówię o samym wydaniu, ale tutaj zdecydowanie warto. Egmont wydał Skargę Utraconych Ziem w ogromnym formacie, twardej oprawie z nowymi grafikami i wzbogaconą o galerię szkiców i dodatkowych tekstów pozwalających wczuć się klimat opowieści. Nie mogę się również powstrzymać od wspomnienia o luksusowej jakości samego papieru. Wiem, że bzdura, ale jak to się przyjemnie czyta!

Skarga Utraconych Ziem to przyjemna lektura, trochę zepsuta przez tę głupotę ze stratą dziewictwa, słabe kolory i odrobinę zbyt pośpieszną narrację. Bawiłem się przy niej mimo wszystko całkiem nieźle, a trudne do wytłumaczenia skojarzenie z Gumisiami utrzymało mnie przez cały czas w lekko nostalgicznym nastroju. Ostatecznie poczułem lekki smutek po przeczytaniu ostatniej strony, a to chyba najlepsza rekomendacja, nawet jeśli jest to pozycja z pokaźną listą wad.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.