Advertisement
KomiksKulturaPublicystyka

“Donżon 3” – jaki piękny koniec świata [RECENZJA]

Michał Skrzyński
donzon 3 recenzja
Okładka polskiego wydania / fot. materiały prasowe

Są takie serie, które śledzę, jednak niespecjalnie przejmuję się kiedy i czy wyjdzie następny tom. Gdy wyjdzie, to wyjdzie, a ja go sobie przeczytam. Bym jakiejś premiery wyczekiwał, musi to być tytuł naprawdę wyjątkowy, a stworzony przez Sfara i Trondheima Donżon zdecydowanie się do nich zalicza. Wreszcie w połowie kwietnia po 17 miesiącach oczekiwania fani wysokogatunkowego fantasy doczekali się tego małego wydawniczego święta – Donżon 3 pojawił się w Polsce.

O tym, czym jest Donżon, jakie są jego założenia i dlaczego to tak cudowny projekt rozpisałem się już w recenzji tomu drugiego, do której Was zapraszam. W skrócie to seria francuskich komiksów fantasy, która od początku została pomyślana, jako jeden cykl, którego części składowe będą jednocześnie stały na własnych fabularnych nogach jak i tworzyły spójne uniwersum z własną chronologią. Trzy najważniejsze serie wewnątrz Donżonu to Świt, Zenit i Zmierzch. Każda z nich portretuje fantasy na różnym etapie rozwoju. Świt to początki, w których fantasy dopiero wykuwa się z bajek, baśni, legend i tradycji powieści groszowych. Zenit to “czyste” heroic fantasy z lochami, smokami i charakterystyczną dla tych niezmąconych mrokiem i szarościami historii humorem. W Zmierzchu szarości nie brakuje, a fantasy otwarcie miesza się z groteską, horrorem, posmakiem new weird czy postapokalipsą. Ten cudowny high concept stojący za Donżonem sprawia, że obcowanie z nim to jeszcze większa przyjemność.

donzon 3 recenzja
Przewodniczka nietoperka jest bardzo miłym elementem fabuły / fot. materiały prasowe

Trzecie tom jest niestety najkrótszy z dotychczasowych i zbiera zaledwie pięć albumów, z czego trzy z nich to epizody Zmierzchu, a dwa to Monstra, czyli albumy skupiające się na konkretnych postaciach i dopełnieniu historii z jej perspektywy. To na co warto zwrócić uwagę, to stopień połączenia fabuły tego tomu z historią przedstawioną w tomie pierwszy (i w mniejszym stopniu w drugim). O ile spokojnie można było zacząć lekturę od tomu drugiego i pierwszy nadrobić tak teraz bym tego nie rekomendował. Sfar i Trondheim to świetni opowiadacze i zaplanowali Donżona tak, by każda seria była samodzielna, więc z pewnością połapiecie się, co w danym momencie się dzieje, jednak myślę, że bez pewnego związania ze światem i jego bohaterami możecie nie bawić się tak dobrze, jakbyście mogli. Z drugiej strony przeczytanie tomu trzeciego na początku i potem odkrywanie tego, co zadziało się wcześniej, może być ciekawym doświadczeniem, wiec decyzję zostawiam Wam.

Przeczytaj również:  "Lepsi Wrogowie Spider-Mana" - Dyplom za udział i dobre chęci [RECENZJA]

 

Przechodząc do samego fabularnego wegemięska trzeba powiedzieć, że źle się dzieje w państwie donżońskim. Świat się zmienił, ponieważ planeta przestała się poruszać dzięki mocy Wielkiego Chana. Coraz mniej liczne osady i miasta zdają się powoli popadać w coraz większe szaleństwo. Jeśli miałbym do czegoś porównać nastrój zmierzchu Donżonu to powiedziałbym… Dark Soulsy lub Elden Ring. Może to być efekt uboczny spędzania ostatnich wieczorów z najnowszym dziełem Miyazaki-ego, ale nastrój beznadziei i próby dosyć nieudolnego naśladowania dawnego życia charakterystyczny dla hitowych gier From Software jest zaskakujący podobny do tego, co da się znaleźć we francuskim komiksie. Również pojawiające się na każdym kroku zasady, przepowiednie i reguły, które dla czytelnika (gracza) są niespecjalnie jasne, sprawiają, że czujemy się wyobcowani tak jak w legendarnie trudnych grach. Sprawy wcale nie ułatwia to, że naszym łącznikiem z fabułą jest tajemniczy Król Kurzu. Postać z jakiegoś powodu wzbudzająca strach “tych złych”, pomimo że jego aparycja i zachowanie raczej nie daje ku temu powodu, zwłaszcza że jest niepełnosprawny sensorczynie – nie widzi. Nie mniej razem z nowo poznaną przewodniczką w postaci nietoperza rusza w świat spełnić swoje zadanie, czyli umrzeć w bardzo konkretnym miejscu.

donzon 3 recenzja
Tajemniczy Król Kurzu świetnie wpisuje się rolę postaci z Dark Souls / fot. materiały prasowe

Król Kurzu rusza przez zdegenerowaną krainę szybko spotykając na swojej drodze inną ważną postać tego tomu – Marvina Niszczyciela. Jednak nie jest to postać znana z poprzednich części a królik, który urodził się czerwony, co zgodnie z tradycją skutkowało nazwaniem go tak, a nie inaczej. I ten długouch jest w moim oczach najpoważniejszym zgrzytem trzeciego Donżonu. Marvin irytował mnie swoim zachowaniem i odzywkami od początku do końca, a jego motywacje ani przez moment nie wydawały się na tyle interesujące, bym kibicował mu, chociażby z pragmatycznych pobudek. Jednocześnie nie potrafię rozgryźć zamysłu stojącego za taką postacią w tak istotniej roli. Jak już wcześniej napisałem scenarzyści Donżonu to asy w kwestii opowiadania historii i nie chce mi się wierzyć, że tak niesympatyczna, irytująca i w sumie jednowymiarowa postać znalazła się w fabule bez konkretnego powodu. Oczywiście o ile nie jest tak, że Marvin po prostu wyjątkowo nie przypadł mi do gustu, a inni nie mają z nim takiego problemu.

Zmierzch znacznie bardziej opiera swoją fabułę na zaskoczeniu i powolnym odkrywaniu różnych tajemnic niż Świt i Zenit, dlatego nie chciałbym zdradzać Wam czegokolwiek więcej. Wystarczy powiedzieć, że pojawiają się starzy znajomi w bardzo zaskakujących rolach, a konsekwencje, jakie dla świata mają przedstawione wydarzenia, są poważniejsze niż kiedykolwiek. Nie brakuje oczywiście licznych nawiązań do poprzednich wydarzeń. Raz w formie bardziej mrugnięcie okiem do fanów, a raz dotykających ważnych fabularnie kwestii.

Przeczytaj również:  "Piękna" i wciągająca baśń po nowemu [RECENZJA]

Trzy albumy Zmierzchu dopełniają dwa Monstrów. Jeden traktujący o króliku Marvinie drugi o Wielkim Chanie. I podobnie, jak przy monstrach opisanych w tomie drugim tutaj również są to epizody bardzo dobrze pomyślane. Wypełniają luki w historii znanej z głównej linii fabularnej, dodając przy tym świeże spojrzenie na to, co już wiemy. Jak łatwo można się domyślić album, w którym główną rolę odgrywa Marvin, jest tym moim zdaniem najsłabszym, a pokuszę nawet o stwierdzenie, że to najsłabszy album z tych, które do tej pory mogliśmy przecztać po polsku. Jest przeciągnięty, mało odkrywczy i zasadniczo zupełnie pomijalny, gdyby nie kilka szczegółów istotnych w głównej fabule.

donzon 3 recenzja
Mój bardzo nieukochany Marvin /fot. materiały prasowe

Tradycyjnie nie zawodzę rysunki, za które tym razem odpowiadają prawie wyłącznie Sfar i Trondheim. Chybotliwa kreska Sfara w połączeniu ze charakterystyczną prostotą prac Trondheima pozwala świetnie zagrać kolorom niezastąpionego Waltera. Jedynym rodzynkiem jest tutaj album o Wielkim Chanie, który narysował i pokolorował Blanquet. Jego praca to świeże spojrzenie na świat Donżonu i ukazanie go w stylu, który można by nazwać groteskową kreskówką. Paskudne stwory Zmierzchu zyskują tutaj sporo wizualnych szczegółów, które jednie podkreślają ich dziwaczność.

Lepsze jest wrogiem dobrego, a Donżony pierwszy i drugi są wrogami trzeciego. Jedyną wadą tego tomu (oprócz Marvina) jest prawdopodobnie to, że poprzednie tak wysoko podbiły poprzeczkę, że tym razem nie udało się do niej doskoczyć. Nie do końca spodobało mi się dużo większe tempo akcji, mniejsza liczba wątków pobocznych i mniej czasu na budowanie relacji między postaciami. Jednocześnie klimat, pomysły i sama fabuła to dalej komiksowa ekstraklasa niezależnie od ram gatunkowych. Odejście od mocno epizodycznego charakteru poprzednich albumów na rzecz jednej długiej historii w kilku aktach było ciekawym odświeżeniem formuły i pokazaniem, że w Donżonie nie ma niczego stałego. Po lekturze jedne, czego mogę sobie życzyć to krótszej przerwy między nowymi tonami niż ostatnio.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.