KomiksKultura

“Dom pokuty” – szaleństwa pani Winchester [RECENZJA]

Michał Skrzyński
dom pokuty komiks
Jedna z dwóch okładek Domu pokuty dostępna w polskim wydaniu / fot. materiały prasowe

Dziedziczka fortuny Sara Winchester, po tragicznej stracie męża i córeczki udaje się do medium, które twierdzi, że na wdowie i jej rodzinie ciąży klątwa. Klątwa spowodowana cierpieniem ofiar zabitych przez broń, na której sprzedaży się wzbogacili. Tak, to ci Winchesterowie. Jednym sposobem na uchronienie się od klątwy miała być budowa domu dla siebie i dusz ofiar. Co ważne – dom miał być budowany, ale nigdy nie zostać ukończony. Ostatecznie dom doczekał się 7 pięter, 13 łazienek, mnóstwa sypialni i takich atrakcji, jak drzwi, którymi można było wypaść z budynku, czy schody prowadzące donikąd. To punkt wyjściowy do fabuły Domu pokuty i… fakty historyczne.

Nie wszystkie informacje są zgodne z historycznymi, przykładowo komiksowa córka pani Winchester zmarła w wieku pięciu lat, a prawdziwa Anna przeżyła jedynie kilka tygodni, ale cała reszta naprawdę się wydarzyła – Sara Winchester istniała naprawę i naprawdę przez ponad trzydzieści lat życia rozbudowywała dom. To czy robiła, to ze strachu przed klątwą, czy przez swoją ekscentryczność i próbę zajęcia sobie czasu (gdy dziedziczysz fortunę, która w dzisiejszych warunkach byłaby warta 2 miliardy złotych można mieć kosztowne hobby prawda?), jest kwestią sporną, co nie znaczy, że pani Winchester nie miała obsesji na punkcie liczby 13, ale cała reszta, jest faktem, a samą posiadłość możecie zwiedzić na żywo, lub chociażby zobaczyć na Gogole Maps, pod adresem: 525 S Winchester Blvd, San Jose w Kalifornii.

Ta fascynująca historia stała się kanwą fantastycznej “historii o duchach”. Peter J. Tomasi połączył moc materiału źródłowego, klasyczne horrorowe klisze i świeże podejście znane z tak zwanych “nowofalowych” horrorów. W komiksie trudno wystraszyć kogoś jumpscarem (chyba że dodamy jakiś efekt pop-up, co z pewnością jest wartym rozważenia pomysłem), więc trzeba straszyć innymi rzeczami. Najlepiej lękami i to najlepiej takimi zawsze aktualnymi, lub wręcz przeciwnie – biorących się prosto ze zmieniającej się rzeczywistości.

Przeczytaj również:  "Pinokio" - nieprzyjemne bajeczki [RECENZJA]
dom pokuty recenzja
Mosiądz i proch / fot. materiały prasowe

W sprawnie poprowadzonej oryginalnie wydanej w sześciu zeszytach, historii, na pierwszy plan oprócz Sary wysuwa się jeden z robotników, który przybył do posiadłości kierowany klątwą, przeznaczeniem lub przypadkiem. Peek, bo tak ma nazwisko, szybko łapie dobry kontakt z panią domu i staje się jej zaufanym pracownikiem, a także kimś bliskim na stopie towarzyskiej. Peek nie jest aniołkiem i grzechy przeszłości ciążą mu na tyle, że czasami traci panowanie nad sobą, a wtedy dzieją się rzeczy, no cóż – dziwne.

Fabuła nie licząc finiszu, prowadzona jest dosyć spokojnie. Pracownicy budują i remontują 24 godziny na dobę, a Pani domu dogląda i wymyśla coraz to nowe projekty. Chyba że akurat “atakuje klątwa” i Sara Winchester w panice stara się przed nią zabezpieczyć. Nie chce poruszać tutaj tego wątku w sposób przesadnie dokładny, ponieważ jest on właściwie przez cały czas oparty na naszych domysłach. Sprytna narracja cała czas gra z nami i do końca nie wiemy, czy Sara widzi więcej niż inni, czy po prostu widzi rzeczy, których po prostu nie ma.

Pewną kontrą dla pani domu jest Peek, który swoim, utrzymywanym przez większość czasu, opanowaniem stara się wspierać ekscentryczną dziedziczkę. Ich relacja jest sympatycznym i krzepiącym elementem fabuły, ale w porównaniu do całej reszty jest raczej bardzo schematyczna i standardowa, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o rysunkach.

Dom pokuty komiks
To ledwie ułamek tego, co wyczynia w tym komiksie rysownik / fot. materiały prasowe

Fabuła Domu pokuty nie zawodzi, a dostarcza – twistów, “momentów” i kilku może mało odkrywczych, ale za to wartościowych refleksji i dlatego nie chce Wam zdradzać za dużo, jednak to rysunki sprawiają, że jest to pozycja z najwyższej półki. Ian Bertram nie ma jeszcze specjalnie rozbudowanej bibliografii, ale ma już na koncie nagrodę Eisnera za Little Bird (który zresztą niedługo trafi na polski rynek), ma też niepodrabialny styl, który pokochacie lub znienawidzicie, ale myślę, że raczej pokochacie. Mnóstwo krótkich dodających “masy” kresek, grubo ciosane męskie twarze z małymi oczami i przypominające raczej kosmitów w typie szaraka twarze kobiece z dla odmiany – absurdalnie dużymi oczami. No i te “czerwone robaki”, które oplatają wszystko, co nadnaturalne. Komiks jako całość wygląda obłędnie, a świadome i perfekcyjnie poprowadzone zabawy perspektywą i układem kadrów nie pozwalają się nudzić, a przy okazji sprawnie ilustrują szaleństwo przedstawianych wydarzeń. Jeśli jednak przyjrzymy się dokładniej, widać w pewnych miejscach pośpiech i czasami elementy, które nie są pierwszoplanowe, są jedynie nieszczególnie starannie zarysowane. Nie psuje to ogólnego wrażenia, ale momentami rzuca się w oczy, a świadomość, że komiks mógł wyglądać jeszcze lepiej, gdyby rysownik miał więcej czasu, odrobinę uwiera.

Przeczytaj również:  "Nieśmiertelny Hulk" - Najstraszniejsze co w nas żyje [RECENZJA]

Dom pokuty w bardzo dużym formacie i materiałami dodatkowymi wydał w Polsce Kboom Comics w ramach swojego imprintu Kboom Horror i bardzo dobrze, że tak się stało. Dzieło Tomasiego i Bertrama, to pozycja wartościowa, oparta o fascynujący materiał źródłowy i opowiadająca za jego pomocą historię całymi garściami jednakowo z klasycznych horrowych tropów, jak i świeżego “nowofalowego” podejścia do niego. Talent rysownika i świetne tłumaczenie (w tej roli niezawodny Marceli Szpak przy pomocy Piotra Czarnoty) dopełnia dzieła i w efekcie dostajemy tytuł może nie wybitny, czy przełomowy, ale warty poznania niezależnie od tego, czy jesteśmy fanami horroru, czy nie.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.