Advertisement
KomiksKulturaPublicystyka

“Heavy Liquid” – spóźniony hit [RECENZJA]

Michał Skrzyński
Heavy Liquid recenzja
Okładka polskiego wydania / fot. materiały prasowe

Z Heavy Liquid Paula Pope’a moje drogi przecięły się już przeszło dwa lata temu, gdy dostałem go w jakimś internetowym bundlu z komiksami Image. Niestety szybko okazało się, że zupełnie nie odpowiada mi czytanie komiksów na telefonie i odłożyłem cały zestaw na wirtualną półkę. Jednak zobaczyłem sobie, co tam takiego jest, by móc wypatrywać polskich wydań i na przynajmniej jedno z nich się doczekałem.

Wspomniałem, że Heavy Liquid pojawiło się w ofercie firmowanej przez Image i takie też logo pojawiło się na wydaniu zaprezentowanym przez Non Stop Comics, ale pierwotnie dzieło Paula Pope’a ukazywało się pod szyldem Veritgo. Ten transfer jest o tyle ciekawy, że recenzowany tytuł pasuje właściwie do obu katalogów. Heavy Liquid to brudne sci-fi, które umorusane w estetyce noir i pewnym posmakiem cyberpunka, z tym że tutaj mamy właściwie sam “punk” bez komponentu “cyber”. Mamy drenowany przez mafie oraz korporacje świat, który jest wpół do apokalipsy, a wycieńczone społeczeństwo rozpada się i pogrąża w narkotykach, ale raczej nie ma tutaj nacisku na “cyfrowość”, czy charakterystyczny dla cyberpunka strach przed nadmierną cyfryzacją życia.

Heavy Liquid recenzja
I tak się powoli toczy życię S / fot. materiały prasowe

W futurystycznym, ale i podniszczonym Nowym Yorku poznajemy S. Typa, który ostatnie lata głównie ćpa, ucieka i ima się różnych, zwykle nie do końca legalnych, zajęć. To (nie)spokojne płynięcie przez życie przerywa mu wyjątkowe zlecenie. Nie dość, że związane jest z tytułową “ciężką substancją”, to zakłada znalezienie bardzo ważnej dla niego osoby. Wszelakie streszczenie fabuły Heavy Liquid nie mają większego sensu, ponieważ o ile sama historia przedstawiona jest raczej linearnie, to nie jest to bardzo zwarta struktura, a raczej migawki z czegoś większego, poprzeplatane momentami, w których S po prosu się gdzieś zaszywa by przyćpać i porozmyślać. Bardzo łatwo odbić się od takiej narracji głównie przez to, że momentami bywa zwyczajnie mało angażująca. Chłoniemy duszną atmosferę, zanurzamy się w przedstawionym świecie, ale misja głównego bohatera, gdzieś tam po prostu jest i niekoniecznie nas interesuje.

Przeczytaj również:  Sandman t. 6: Refleksje i przypowieści - historie na dobranoc [RECENZJA]
Heavy Liquid recenzja
fot. materiały prasowe

Pewne scenariuszowe braki w dużej mierze wynagradza niepowtarzalna kreska Pope’a, którą do tej pory mogliśmy w Polsce podziwiać tylko w Battling Boy-u. Konsekwentna, wąska paleta kolorów, pomysłowe projekty paneli i wylewający się z każdej strony ponury klimat sprawią, że raczej żaden fan i fanka okolic dalszych orbit zachodniego mainstreamu nie będą zawiedzeni. Niestety rzecz ma swoje lata i po drodze to, co kiedyś Pope zaczynał, stało się dobrze osadzonym na komiksowym rynku standardem. Po kilkudziesięciu stronach dotarło do mnie, jak duże z tego stylu czerpał np. Wes Craig, rysując Deadly Class, które moim zdaniem wygląda zwyczajnie lepiej.

Przemek Pawełek na swoim facebookowym blogu napisał, parafrazując, że szkoda, że Heavy Liquid wyszedł tak późno, ponieważ kilka lat temu tytuł ten zrobiłby znacznie lepsze wrażenie. I ja myślę podobnie. To kompetentny rozrywkowy komiks o gęstym klimacie, nietypowej narracji i zadowalających rysunkach, który niestety (a dla czytelników na szczęście) w bogactwie współczesnego rynku gdzieś się gubi. Nie mniej jeśli w trakcie lektury przeszło Wam przez myśl “Ej, dobrze to brzmi”, to bierzcie śmiało – będzięcie bawić się przynajmniej nieźle.

Heavy Liquid wydał Non Stop Comics, a przetłumaczył Paweł Bulski.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.