Advertisement
KomiksKulturaPublicystyka

Sandman: Życia ulotne, czyli rodzinna wycieczka [RECENZJA]

Michał Skrzyński

Maligna to “wysoka gorączka z zaburzeniami świadomości i majaczeniem” za internetowym słownikiem języka polskiego albo jedna z Nieskończonych — istot, które mieliśmy okazję poznać w Sandmanie, którego to siódmy tom właśnie doczekał się nowego egmontowego wydania, które właśnie przeczytałem.

I co tu dużo pisać Sandman: Życia ulotne, bardzo mi się podobał. Tym razem, w przeciwieństwie do poprzedniego tomu, dostaliśmy jedną długą historię, a to zwykle oznacza jedno — Neila Gaimana bardziej refleksyjnego skupionego na emocjach. Mniej zadziornego, rzadziej strzelającego nowym żartem i szalonym pomysłem co stronę. I w to żadnym razie nie jest coś złego. Jak się zastanowię, to przeczytałem już naprawdę sporo rzeczy spod pióra Brytyjczyka, zarówno komiksów, jak i książek i bardzo cenie te jego dwie twarze.

W siódmym tomie mamy okazję lepiej postać Malignę, młodszą siostrę Snu. Wygląda jak drobna dziewczyna z ciągle zmieniającą się fryzurą, a w realiach komiksowych od razu rzucają się w oczy fantastyczne, wielobarwne dymki, którymi przedstawione są jej wypowiedzi. Równie rozchwiana, co zawarte w nich fonty jest sama Maligna. Gubi wątki, rzuca abstrakcyjne skojarzenia, dysocjuje w każdej stresującej sytuacji. Czytelnicze przebywanie z tą Nieskończoną jest naprawdę satysfakcjonujące i myślę, że spokojnie mogę stwierdzić, że to jedna z najciekawszych postaci wykreowanych przez Gaimana.

sandman życia ulotne
/fot. materiały prasowe

Śledzenie, często bardzo nieporadnych, poczytań Maligny jest tym ciekawsze, że stawia przed sobą bardzo ambitne zadanie — chce odnaleźć swojego brata Zniszczenie. Sam początek poszukiwań jest zresztą bardzo sensowny i polega na poszukiwaniu sojusznika. Niesyty prawie całe rodzeństwo odmawia z wyjątkiem Snu, który traktuję tę wyprawę, jako lekarstwo na złamane serce.

Przeczytaj również:  Firma roku. Na marginesach polskiego "The Office".

I tak ten przedziwny duet, prawdzie Yin i Yang, wyrusza w podróż, która obfituje w spotkania, refleksje i (nie)przypadkowe śmierci. Pomimo że poprzednie wydanie Sandmana reklamowało się na okładce możliwością rozpoczęcia lektury od dowolnego tomu, to myślę, że tym razem będzie to dosyć trudne. W Życiach ulotnych mieszają się powracające wątki i postacie, a scenariusz nie kwapi się, by przypomnieć kto, z kim i dlaczego. Oczywiście poza samą historię jest tutaj dużo charakterystycznej dla serii warstwy znaczeniowej i “filozoficznej”. Tym razem najwięcej czasu Gaiman poświęcił na rozmyślania o celowości, stałości i niestałości życia. O tym, jak je przeżywamy, jak powinniśmy, a może jak nie powinniśmy tego robić. I te refleksje zdecydowanie nie są pustą, dodaną na siłę “ciężkością” do w sumie prostej historii. Dobre historie dużo mówią o ważnych rzeczach i zachęcają do przemyśleń, a tym razem dostaliśmy historię naprawdę dobrą.

sandman życia ulotne
/fot. materiały prasowe

Sandmana czytam w pewnym sensie z doskoku. Gdy zaczynałem komiksy czytać, szybko sięgnąłem po kilka pierwszych tomów i fantastyczną Śmierć, by serii nigdy nie skończyć przez stałe problemy z dostępnością. Teraz, ze znacznie lepszym rozeznaniem i wyrobionym gustem doceniam sztandarowe dzieło Gaimana jeszcze bardziej. To piękna, złożona i bogata w treść historia bez grama zadęcia, snobizmu, gatekeepingu. Gaiman w swoim pisaniu i emocjach jest równie szczery co błądząca Maligna i nikt nie powinien poczuć się nim odrzucony. Nawet jeśli nie wyłapie się licznych nawiązań, to nie straci się niczego z trzonu tej historii i jej znaczenia. Zamiast snobować się, jakim to się nie jest “nie-idiotą” warto zobaczyć, jak pięknie pisać dla każdego, a nie dla siebie i kolegów z literackiego światka.

Przeczytaj również:  Z miłości do Fleetwood Mac – kilka słów o Christine McVie

Komiks wydał Story House Egmont, a przetłumaczyła Paulina Braiter.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.