„Skóra z tysiąca bestii” – baśń emancypacyjna [RECENZJA]
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami opowiadano nam bajki i baśnie, które były ugrzecznionymi przez Disneya historyjkami pozbawionymi sporej części oryginalnego klimatu. Ten trend od lat się odwraca i coraz częściej możemy przeczytać baśnie bliższe oryginałowi, a coraz więcej twórców i twórczyń pełnymi garściami czerpie z tego kulturowego DNA okołoeuropejskich baśni i bajek.
Gdy słyszycie „baśnie” pierwszą heurystyką, której się łapiecie, są zapewne Baśnie braci Grimm. Ten kluczowy dla utrwalenia różnych archetypów zbiór powstał na początku XIX wieku i był efektem wielu lat badań Wilhelma i Jacoba Grimmów. Zbierali oni baśnie, bajki i podania ludowe szukając w nich powtarzających się motywów, ciągów wydarzeń i podobnych postaci. Jedną z mniej popularnych historii z oryginalnego zbioru jest Wieloskórka. Skóra z tysiąca bestii autorstwa Francuza Stephane Fert to bardzo luźna wariacja na jej temat.
Grimmowska Wieloskórka opowiada o księżniczce przeklętej przez swojego ojca, który chciał się z nią ożenić. Dziewczyna ukrywa się przed mężczyzną na dworze pięknego księcia. Księżniczka na co dzień ubrana jest w tytułową skórę z wielu bestii, ale ma również trzy specjalne sukienki na bal, które zakłada, by oczarować księcia. Nie jest to z pewnością najciekawsza baśń ze zbioru, a główny motyw zdecydowanie nie przystaje do dzisiejszych czasów. Bohaterka bardzo chce być zdobyta przez księcia, gotuje dla niego i ukrywa się w kuchni? No proszę ja Was. Na szczęście, Fert zdawał sobie z tego sprawę i zaprezentował nam raczej remiks klasycznej historii. Dobą analogią będzie tutaj Suspiria z 1977 i ich remake z 2018. Z jednej strony “słowa klucze” i początek fabuły się zgadzają, ale im dalej w las, tym więcej różnic nie tylko w planie wydarzeń, ale również w rozłożeniu akcentów.

W Skórze z tysiąca bestii również mamy księżniczkę, która tym razem dostała imię – Jerzynka, jednak w komiksowej wersji background jest znacznie bardziej rozbudowany. Poznajemy historię jej matki, która przez swoją niezwykłą urodę musiała uciec do lasu przed nachalnymi adoratorami, a także jej ojca – potężnego czarodzieja. Zamiast pięknego, postawnego księcia mamy drobnego Lou, który ponad siłę stawia wiedzę, a jego życiowym celem jest stworzenie encyklopedii botanicznej.
Tak jak wspomniałem – szkielet fabuły jest podobny. Po śmierci matki ojciec Jeżynki zostawia ją w lesie pod opieką zwierząt, a gdy księżniczka dorasta, król Jelonek uznaje, że jego córka jest jedyną kobietą, która może zastąpić mu żonę. Motyw raczej nie do zaakceptowania w disneyowskich animacjach, prawda? Koniec końców, Jeżynka ucieka, a jej śladem podąża Lou.
Mamy tutaj kilka ciekawych motywów i zaskakujących rozwiązań, dlatego pozwolę sobie nie spoilerować Wam niczego więcej. Najważniejsze jest to, że historia w wykonaniu Francuza czaruje. Niezwykły klimat mrocznej, przewrotnej baśni cudownie rezonuje z emancypacyjnym przekazem. Tak, tak; tutaj to Jarzynka rozdaje karty i to na jej zasadach odbywa się poszukiwanie idealnego kandydata na męża. Również tytułowe przebranie nabiera niebanalnego znaczenia w kontekście stereotypowego postrzegania kobiet. Aż miło patrzeć jak wywołujący jedynie nerwowy uśmiech oryginał został w tak zgrabny sposób uwspółcześniony. Siłą Skóry z tysiąca bestii jest też fakt, że nawet bez emancypacyjnego wydźwięku dostajemy świetnie zaprezentowaną współczesną w narracji i klasyczną w klimacie baśń. No i jak to pięknie wygląda!

Miękkie, pełne intensywnych kolorów rysunki Ferta przykuwają wzrok od pierwszych stron. Znajdziemy tutaj zabawy z kompozycją, piękne ilustracje oddzielające poszczególne rozdziały i jedną z najbardziej subtelnych scen zbliżenia jaką widziałem w komiksach. Również same rysunki znaczące się zmieniają w zależności od sceny. Raz są bardziej zwiewne i niewyraźne, by po chwili stać się bardzo geometryczne z mocno zaznaczonymi krawędziami. Nawet jeśli nie przeczytacie, to przynajmniej pooglądajcie dostępne w internecie prace autora!
Timof comics kolejny raz dostarcza tytuł, w którym właściwie nie ma wad. Recenzencka uczciwość każe mi jednak wspomnieć o nie do końca udanym wyborze czcionki, która momentami wymaga, większego niż bym chciał, skupienia. To jednak jedyne, o czym mogę wspomnieć w kontekście słabości Skóry z tysiąca bestii. Nie jest to prawdopodobnie komiks, który zmieni Wasze życie, ale gwarantuje, że będziecie często do niego wracać. Choćby po to, by rozkoszować się rysunkami.
Po lekturze pierwszego tomu "Sagi" wiedziałem, że komiksy zostaną ze mną na dłużej. Miałem rację i do dzisiaj są one największą częścią mojego kulturalnego życia. Teraz staram się popularyzować tę piękną sztukę, by nie musieć się za każdym razem tłumaczyć, że tu wcale nie chodzi tylko o superbohaterów. W życiu mniej kulturalnym studiuje, bardzo dużo gadam i myślę o tym, jak się opisać, by nie brzmiało to pretensjonalnie.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Baśnie braci Grimm i wariacje na ich temat
