Advertisement
KulturaLiteraturaPublicystykaWywiady

Anna Ciarkowska: “Powstała wielka wyrwa i wiele osób w niej właśnie tkwi” | Wywiad

Norbert Kaczała
Anna Ciarkowska - wywiad
fot. Anna Ciarkowska, autorka "Dewocji" / materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B

Zakładam, że gdyby zapytać przeciętnego czytelnika o ulubionego współczesnego poetę, w większości przypadków odpowiedziałaby nam chwila ciszy. Czy w dzisiejszym natłoku klasycznych fabuł i reportażu jest jeszcze miejsce na odrobinę poezji? Oczywiście, bo jak udowadnia Anna Ciarkowska – nie trzeba rezygnować z jego kosztem drugiego.

“Dewocje” to bowiem książka na wskroś poetycka, opowiadająca jednak zwartą historię, która pomoże wam zajrzeć w głąb siebie – niczym najpiękniejsze poematy klasyków. Nawet jeśli lekcja nie jest tak oczywista w dzisiejszych, niełatwych czasach. Norbert miał okazję porozmawiać z autorką i dowiedzieć się, co gra w jej wrażliwej duszy, jak zapatruje się na temat wiary, czym jest zabobon oraz czemu Kościół zbudowały kobiety.


Norbert Kaczała: Jesteśmy po premierze trzeciej książki. Na początku dostaliśmy tomik poetycki, później pozszywane z impresji „Pestki”, a teraz przyszły „Dewocje” , napisane równie niekonwencjonalnie. Czy możemy na tym etapie mówić o konkretnym „stylu Ciarkowskiej”? 

Anna Ciarkowska: Dobre pytanie…  Wydaje mi się, patrząc ze środka, nie mając odpowiedniej perspektywy, że ten język między „Pestkami” a „Dewocjami” rozwija się w bardzo określonym kierunku. Mocno poetyckim. Nasączonym, gęstym. Myśląc o moim stylu, chyba tak bym go nazwała. Nie ośmielę się powiedzieć, że jest to charakterystyczne, bo to chyba trochę za wiele. Na pewno jest to język, w którym się dobrze czuję. To gęsta, poetycka opowieść. „Dewocje” są już pewnym wkroczeniem w świat powieści.

NK: Taka forma jest dobrze obierana przez wydawców?

AC: Redaktor zawsze będzie ingerował w formę, chociaż w moją wyjątkowo mało. Jestem z tego nawet trochę dumna, bo to ponoć jeden z najczystszych tekstów, z jakimi pracował. Wydaje mi się, że na rynku wydawniczym jest pewien problem z tekstami, które w stronę poezji czy prozy poetyckiej ciążą. Być może nie tylko są trudniejsze w odbiorze, ale w ogóle, w dobie reportaży i rozmaitego non-fiction, taka forma nie ma swojego miejsca. Jest trochę na marginesie. Jestem już kilka lat po debiucie, więc i perspektywa jest inna. Ciężko mi się wypowiadać, jak to wygląda obecnie dla kogoś, kto zaczyna, ale na pewno teksty bardziej poetyckie trudniej „sprzedać”.

NK: Ale nikt nie próbuje przekuć tego w kolejną taką samą powieść?

AC: Nie, nie. Wtedy to bym się obraziła na redaktora, gdyby mi chciał tę formę przekształcać. Mój język jest, jaki jest i na szczęście okazało się, że się sprawdza.

NK: Co jest dość ciekawe, bo to forma złożona ze zbieranych bardzo subiektywnie doświadczeń i ich fragmentów, ale wydźwięk pozostaje bardzo uniwersalny. Pytanie brzmi zatem, czy to wyłącznie własne doświadczenia? Część zasłyszana, opowiedziana albo wymyślona od zera?  

AC: Jak to mówią, uważaj na przyjaźń z pisarzami, bo nigdy nie wiesz kiedy, kto i gdzie cię opisze. W tym jest ziarno prawdy, bo kiedy ktoś zajmuje się twórczością, to jest takim radarem. Wychwytuje opowieści innych, fragmenty rzeczywistości. To są oczywiście moje doświadczenia, ale i dużo rzeczy zasłyszanych. Wątpię, że jest tu coś w 100% wymyślonego, może proboszcz tracący włosy… Te postacie zbierają w sobie dużo różnych historii, nawet kiedy ja nie zdaję sobie z tego sprawy. Tworzę bohatera i dopiero potem uświadamiam sobie, że to jest ktoś, kiedyś gdzieś spotkany. Przeze mnie lub kogoś innego.

NK: Czyli nikt się, póki co, nie upomniał o swoją literacką reprezentację?

AC: (śmiech) Nie, na szczęście nie. Chociaż i tak ciężko byłoby do tego dojść, bo to naprawdę literackie miksy. Mam taką myśl, że pisanie jest trochę jak sianie ziarna. Jakaś historia się rozrasta i pnie w górę, że końcowy produkt zupełnie tego ziarna nie przypomina. I tylko autor wie, co było tą pierwszą myślą, z której wyrosła reszta.

NK: Czy zatem wieś z „Dewocji” też jest takim zlepkiem?

AC: Trochę tak, choć nie do końca. Dużo czasu spędziłam w pewnej wsi w Małopolsce. I jeśli ktoś wie, o którą chodzi, to rozpozna sporo konkretnych miejsc i niuansów typowych dla tej okolicy.

NK: Czyli wycieczki śladem „Dewocji” jeszcze nie można organizować?

AC: Właściwie to już chyba można, chociaż ja bym widziała tam bardziej jakieś warsztaty twórcze. Chodzenie po tym miejscu i pisanie po swojemu.

NK: Więc w przypadku filmowej adaptacji, plenery już gotowe.

AC: O, to też by było super!

Anna Ciarkowska - wywiad
fot. Anna Ciarkowska, autorka “Dewocji” / materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B

NK: Celowo nie będę wchodzić w kwestię powiązań autorskich z instytucją Kościoła, bo uważam, że w książce ważniejszym od niego aspektem jest sama wiara. Nawet nie w Boga, a bardziej w innych ludzi. Czy dobrze to czytam?

AC: Tak, zdecydowanie. Przesłanie, które mi towarzyszyło, wiąże się z tym, że patrzenie ciągle w górę nie musi być prawdziwą wiarą. Spojrzenie w bok, na drugiego człowieka, bywa niejednokrotnie ważniejsze. To się wiąże z zaufaniem. To zdecydowanie nie jest książka o Kościele, ale o wierze i wiarach. Bo niby każdy modli się tymi samymi słowami do tego samego Boga, a jednak widzi go trochę inaczej.

NK: Czyli jest to trochę zachęta do szukania alternatywy?

AC: Nie wiem, czy ośmielę się tak powiedzieć, bo nie chcę nikogo na konkretną ścieżkę sprowadzać. Ani wiary, ani niewiary, bo to nie jest moje zadanie. Mi przyświecała chęć, aby rozszczelnić myślenie. Nie żeby kogoś przekonać, że Bóg istnieje lub nie, ale żeby spojrzeć inaczej na otoczenie i samego siebie. Jako wierzącego lub nie. Przyglądam się, ale nie oceniam. Zamiast tego lepiej przystanąć, popatrzeć i popytać.

Przeczytaj również:  TOP 5: Wybieramy najbardziej istotne społecznie sceny seksu w kinie

NK: Skoro jest tu sugestia, żeby się z tych ciasnych więzów wyrwać, to czemu tak rzadko potrafimy być jednocześnie wierni swoim przekonaniom, ale nadal iść z duchem czasu? Mieć świadomość, że świat się zmienia.

AC: Ciężko mi mówić tu o ludziach. To raczej sam Kościół, instytucja stoi na straży tradycji i nie chce się zmieniać. No bo zmiana co powoduje? Pękniecie w monolicie, pytania, wątpliwości, zagrożenie… Kościół się boi tej zmiany i to jest dość oczywiste. Co jednak ważne w kontekście tego pytania, to fakt, że część ludzi chce zmian. Sądzę, że jest duża grupa osób stojących w rozkroku, którzy nie wiedzą, co zrobić. I mnie jest ich strasznie żal. Bo gdzie jest ich miejsce? W kościele, zachowującym się tak jak się zachowuje, czy poza nim? Jak wtedy uczestniczyć we wspólnocie? Powstała wielka wyrwa i wiele osób w niej właśnie tkwi. Widzę to u znajomych czy rodziny.

NK: Sądzi Pani, że taka działalność artystyczna może sprawić, że coś się zmieni? Bo mamy działania w małej skali, jedna książka wydana w Polsce, a z drugiej strony nawet niektórzy wysoko postawieni tez chcą nieco „przewietrzyć”.

AC: Czy ja wiem? Chyba papież tylko…

NK: Tak, mówimy tu wszak o samym szczycie hierarchii.

AC: Faktycznie, tutaj chcą przewietrzyć, ale nie wiem, na ile to jest pozorny ruch. Ja bym do końca nie ufała, że ktoś chce np. zrobić tak z Bankami Watykańskimi. Ale na pewno jest taka potrzeba, bo ktoś musi zauważyć, że jest teraz odpływ ludzi. W Polsce też to widać. Na przykład uczniowie masowo wypisują się z lekcji religii. Ale ta dyskusja o wietrzeniu to nie jest ani temat, ani zadanie książki. Ja o „Dewocjach” myślę bardziej intymnie, nie mam żadnego wielkiego celu. Książka to kontakt z nieznanym czytelnikiem, który jest, w moich wyobrażeniach, tylko jeden. Ciężko mi przez to mówić o jakiejś zbiorowości, celu czy przesłaniu. Może jedna osoba sięgnie po nią i pomyśli „A gdyby tak… inaczej”.

NK: To dość ciekawe, bo książka na bank trafi do większej ilości osób, bez względu na to, jaki będzie nakład. I niestety, u nas bez względu na to, co o Kościele się powie, będzie źle. Bo dla jednych zbyt łagodnie, a dla niektórych zbyt ostro.

AC: Oczywiście! Nawet zastanawiałam się, czy nie wyszło zbyt łagodnie, ale uznałam, że literatura nie jest polem, na którym chcę uprawiać jakąś walkę. Ewentualnie mogę to robić prywatnie, bo to właśnie prowadzi do pogłębienia tego rozszczelnienia.

NK: Spodziewa się Pani przez to jakiegoś negatywnego szumu w mediach? Albo czy jest Pani gotowa na zalew pasków z Telewizji Polskiej?

AC: (śmiech) Bardziej się bałam, że okładka będzie źle przyjęta. Na szczęście tak się nie stało i to moja mała radość, że nikt jej nie traktuje jako obrazoburczej. Nie spotkałam się z takim odbiorem, poza kilkoma wiadomościami od osób, które się za mnie modlą…

NK: Pytanie, czy w podzięce, czy żeby zeszła Pani ze złej ścieżki…

AC: Chyba żebym jednak nawróciła… Nie wątpię, że to w dobrej wierze, ale to dość opresyjne. To jest to samo, gdybym napisała komuś „Boga nie ma” i przekonywała, że chodzenie do kościoła jest złe. To też by była forma opresji, pomimo faktu, że teraz mnie to trochę bawi. Ale oczywiście, może znaleźć się jakaś grupa, która powie że ich obrażam, albo że mówię za mało. Ale wybrałam taką drogę, bo nie chcę nikogo oceniać w czerni i bieli, tylko po prostu się przyglądać.

NK: Nie ma tu miejsca na ocenę, nawet pomimo faktu, że postacie z książki często reprezentują negatywne postawy i zachowania. Potępienia nie ma tu tym bardziej. Pytanie zatem brzmi, jak się tego nauczyć? Bo to nie jest tak łatwe.

AC: Prywatnie, poza tekstem literackim, wypowiadam się w różnych tonach i absolutnie się swoich poglądów nie wstydzę. Jestem gotowa mówić o nich otwarcie, bo o to chodzi w dyskusjach. Nawet nie tyle, żeby przekonywać, ale żeby się dzielić. Ja mam w sobie dużą ciekawość. I to jest szalenie istotne, gdy człowiek zajmuje się jakąkolwiek działalnością artystyczną. Nie wiem, czy można to od razu wydobyć, ale wiem, że można nad tym pracować, można pobudzać ciekawość i jednocześnie starać się zawiesić ocenę na temat rzeczywistości. To jest niezwykle ważne w procesie twórczym – otwarcie się na to, co przychodzi.

NK: Jest w tym też próba prześledzenia procesu, który sprawił, że ktoś lub coś jest taki?

AC: Tak, choć nie po to, by go wybielać albo od razu wybaczać. To jest też bardzo pomocne w życiu, aby zrozumieć – zanim się oceni.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

NK: Skoro mamy rozumieć zamiast wybaczać, to ciężko będzie nazwać „Dewocje” kazaniem ze świeckiej ambony.

AC: Prędzej to intymna spowiedź. Ktoś mi powiedział, że to jest trochę przypowieściowe i chyba faktycznie coś w tym jest. Ja w życiu w ogóle stronię od wszelakich kazań.

NK: Ta przypowieść jest ciekawym zagadnieniem, bo obecnie rzadko spotyka się historie, zwłaszcza powiązane tematycznie z Kościołem, które koncentrują się na postaci kobiecej.

AC: Kobiet w literaturze jest sporo. Dużo się o nich pisze, w różnych kontekstach. Sporo jest książek o odkrywaniu kobiecości… ale w kontekście Kościoła… Szczerze mówiąc, nie wiem.

Anna Ciarkowska - wywiad
fot. Anna Ciarkowska, autorka “Dewocji” / materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B / Adam Słowikowski

NK: Jako niegdysiejszy księgarz, mogę przyznać, że mamy do czynienia z całą masą bohaterek książkowych, ale zazwyczaj w kryminale lub powieści obyczajowej. Te powiązania religijne w fabule są bardzo rzadkie. Co jest dziwne, bo sama wspominała Pani o szukaniu inspiracji w żywotach świętych, zakonnic, itd.

AC: Czytałam książki o mistyczkach, biografie… Ważny był też dla mnie film „Faustyna”. On już w dzieciństwie zrobił na mnie duże wrażenie. Zestarzał się oczywiście, ale nadal oglądałam go z pewną dozą wzruszenia. Nawet poza kontekstem religijnym, bo ja w niej widzę dziewczynę niezrozumiałą i zagubioną w życiu.

NK: Zatem jest jeszcze sporo miejsca na więcej takich historii, w natłoku „męskich” przypowieści.

AC: Mam nadzieję! To już moja trzecia książka, która jest bardzo kobieca. Chociaż ja staram się unikać tego przymiotnika, bo to ma negatywne konotacje. No bo jaka to jest literatura kobieca? Więc może, jeśli będziemy używać tego słowa inaczej, to wreszcie je odczarujemy.

NK: Czy można tu już mówić o iskrze, która rozpali ten płomień przebudzonych książek kobiecych?

AC: To bardziej my same, jako autorki, musimy walczyć, by to określenie faktycznie odczarować. No bo niby czemu mamy go nie używać? A jednak nie używamy, bo wydaje się umniejszające. Bez sensu.

NK: Czyli unikamy wsadzania swojej twórczości i bohaterów w szufladki?

AC: Tak. Dużo osób mi mówi, że ta książka jest bardzo kobieca. Nie ukrywam, że dla mnie to też jest ważny aspekt i temat, wiec to nie jest przypadek. Tak jak Matka Boska na okładce nie jest przypadkowa.

NK: Nawet z tej okładki, przez brak jawnej fizjonomii Maryi, widać, że kobiety brakuje w kościele. Nawet jeśli jest jej integralną częścią. 

AC: Prawda? No bo wyobraźmy sobie Kościół bez kobiet… Że nie ma ich na zakrystiach, nie przychodzą przyzdabiać ołtarza, matki nie szykują dzieci do Pierwszej Komunii lub co niedzielę na mszę… Zresztą, ile jest katechetek w polskich szkołach! Jakbyśmy sobie wyobrazili, że tych cichych robotnic, które wokół tej społeczności krążą, nie ma, nagle zrobi nam się pusto. A z drugiej strony, nie są dopuszczone do ołtarza. Więc zawsze są, tylko że w cieniu, gdzieś przy filarze.

NK: Przemilczane, ale elementarnie potrzebne.

AC: Tak. Są takimi dźwigarami, które mało kto dostrzega. Kobiety są jak wsporniki, a to dźwiganie wszystkiego na swoich barkach zaczyna je uwierać. Często nawet są atakowane… Nie wiem, czy to się zmieni.

NK: Czyli obecnie w Kościele brakuje dwóch, najbardziej esencjonalnych składników: wiary i udziału kobiet?

AC: Nie wiem, czy to ja powinnam to oceniać, bo jestem poza Kościołem. Wydaje mi się, że zapomina się, ze Kościół to wspólnota, a w niej jest się razem. Szkoda, że ta wspólnotowość ginie w obrzydliwych dyskusjach chociażby o LGBT. Myślę, że doskonale wiesz, do czyich słów się odnoszę…

NK: Niestety tak. Znamy te narrację i z ambony, i z innych źródeł.

AC: Zapominamy o sensie tego wszystkiego, wiary… Zagłusza ją język nienawiści.

NK: Zatem walcząc z nienawiścią stosowanym przez Panią językiem miłości, czego możemy się spodziewać dalej? Czy kolejne bolączki będą leczone?

AC: Nie wiem. Ja ciągle jestem w jakiś procesach, ale obecnie chcę dać sobie trochę wolnego. Głównie w głowie, bo czasem trzeba poleżeć na kanapie i nie pracować nad niczym. Mam nadzieję, że znalazłam język, w którym się dobrze czuję, wracając do początku naszej rozmowy… Chociaż zawsze się boję, że już nie będę w stanie dalej opowiadać…

NK: Oby nie musiała się wcześniej przelać kolejna czara goryczy.

AC: Właśnie chcę iść w inną stronę. Trzy razy wyruszałam w innym kierunku, więc może pójdę kolejną, czwartą ścieżką… Kryminał napiszę! Nie, żartuję (śmiech)

NK: Wiem, że myśli Pani o eksperymencie ze standardową prozą.

AC: Tak, bo ja się zbliżam do powieści, ale nie wiem, czy napiszę taką „prawdziwą”, przez wielkie P. Nie wiem, czy się podejmę, bo może się wystraszę na samym początku. Teraz chcę dać sobie trochę przestrzeni i stworzyć coś nie dlatego, że wypada, tylko kiedy coś mnie w tej przestrzeni zacznie uwierać i będzie wymagało „zapisania”.

NK: „Wierzę”, że wydostanie się dopiero, gdy będzie już rozwinięte.

AC: Oby tak było.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.