Advertisement
FilmyKinoRecenzje

Ada – owca z klasą. Recenzujemy “Lamb” Valdimara Jóhannssona

Norbert Kaczała
Źródło: Materiały prasowe / A24

Jeśli istnieją jakieś emblematyczne cechy dzieła filmowego, które mogą sprawić, że opuszczę swoje domostwo i udam się do kina, jednym z nich na pewno będzie logo A24 ciepnięte na plakat i napisy początkowe. A gdy do wspomnianego dzieła dodamy gatunkową przynależność do horroru, możecie być pewni, że cytując klasyka, już bilet kupiony. Do tego zestawu dodajmy ze szczodrości islandzkie plenery, baśniową konwencję i macie jak w banku, że znajdziecie mnie na sali kinowej. Gorzej, że po jej opuszczeniu zbierałem się do napisania tych słów ok. dwa miesiące.

Lamb jest bowiem dziełem unikalnym niemal we wszystkich aspektach swego istnienia. Debiutancki film Valdimara Jóhannssona opowiada o żyjącym na islandzkim pustkowiu i hodującym owce małżeństwie (w rolach głównych Naomi Rapace i Hilmir Snær Guðnason), którego spokojne życie zaburzają tajemnicze narodziny. Jedna z owiec w ich gospodarstwie wydaje na świat niecodzienne dziecię, nad którym opiekę przejmuje para, zaburzając tym samym naturalny porządek rzeczy. Malutka Ada, traktowana jak prawdziwe niemowlę, staje się przyszywanym dzieckiem Marii i Ingvara, i jednocześnie wierzchołkiem góry lodowej niezręczności Lamb.

Od tego momentu widzowi permanentnie towarzyszy niepokój. W powietrzu wyczuwa się gęstniejącą atmosferę, w oddali majaczy nieokreślone zagrożenie, a my próbujemy nie baczyć na fakt, że niemowlę z głową owcy to pewna anomalia. Choć baśniowa konwencja wspominana jest nieraz przez dystrybutora, to jednak ciężko przyjąć Lamb jako film zrobiony całkiem na poważnie. Rodzice małej Ady pod płaszczykiem ciepłych uśmiechów kryją niemałe pokłady bólu i frustracji, przekonując samych siebie, że wszystko jest ok. Inaczej niż choćby w uwielbianym przeze mnie czechosłowackim Małym Otiku gdzie ożywiony pieniek, będący zastępczym potomkiem młodej pary, jest rzeczą równie dziwną dla nas, jak i bohaterów. Film Jóhannssona ani przez chwilę nie rozluźnia autentycznie atmosfery żadnym ze środków wyrazu. Paleta barw jest przeraźliwie zimna i nie rozjaśnia jej nawet jaskrawa kurteczka owieczki. Sfera audialna to głównie złowrogo buczący ambient, prowokujący odruch walki lub ucieczki. Szerokie kadry ukazujące zamglone wzgórza każą nam wypatrywać Tego Złego, które przyjdzie już za moment.

Przeczytaj również:  "Chłopiec zwany Gwiazdką", czyli magiczny film na mroźne dni

Na domiar złego ten kontrakt obecny jest nawet w dialogach. Wprowadzenie bohatera kwestionującego zastany “porządek” to dobry moment na zaimplementowanie w historię perspektywy widza. Kogoś z zewnątrz, kto musi pojąć, dlaczego to wszystko ma miejsce. Jednak jak często z kinem autorskim bywa, gdzieś pomiędzy to wszystko trzeba dopisać wątek zakazanej miłości, traum z przeszłości i innych obligatoryjnych małych dramatów, aby (ponownie) spotęgować poczucie powagi. To baśń, ale taka na poważnie. Pamiętaj widzu, abyś czasem nie wyciągnął z historii o adoptowanej owieczce odrobiny radości.

lamb
Źródło: Materiały prasowe / A24

Chyba że reżyser akurat spróbuje zaprezentować ten świat jako idylliczną sielankę godną filmów familijnych puszczanych w sobotnie popołudnie, bo i takie sekwencje w Lamb się znajdą. Ponownie, niczym pięść z nosem zestawione ze sobą zostają elementy, które nie powinny się zetknąć. Między przepastną czernią a rażącą bielą znajdują się setki odcieni szarości. Szkoda tylko, że reżyser nie dostrzegł ani jednego z nich, przechodząc ze skrajności w skrajność. Ciężko uwierzyć w pełne sympatii i rodzicielskiej miłości deklaracje rodziców, wiedząc, skąd wzięła się Ada i jak duży niepokój wzbudza swoją obecnością. Jakkolwiek dużo słodyczy nie byłoby obecnej w tych na pozór pokrzepiających scenach, tak jest to najwyżej ulotny, słodkawy posmak, ustępujący błyskawicznie goryczy.

Aby oddać reżyserowi sprawiedliwość, film potrafi być autentycznie i intencjonalnie niepokojący. Wspomniane wcześniej elementy nadchodzącego zła potrafiłyby w innych okolicznościach zrobić niemałe wrażenie. Gdy Jóhansonn się stara, potrafi być subtelny i niewielkim zarysem sylwetki czy pojedynczym dźwiękiem rozbudzać ciekawość. Jednak rezygnując z tego na koszt naiwnej wręcz dosłowności w wykonaniu miernych efektów cyfrowych, wszelkie starania niczym jagnięca krew w piach. Boli to tym bardziej, gdy widzimy wszystkie elementy, które, będąc na właściwym miejscu, wykorzystane zostają tak niewłaściwie. Może kiedyś, z lepszym scenariuszem…

Przeczytaj również:  "Titane", czyli rodzina jest najważniejsza. Recenzja zwycięzcy Złotej Palmy

Lamb miało zadatki na mojego ulubieńca. Posępne baśni mają masę specyficznego uroku i z wielką chęcią powitałbym spopularyzowanie nieco mroczniejszego podejścia do tematu. Jednak ciężko oczekiwać, by w animacji Walta Disneya na koniec jedna z sióstr Kopciuszka, zgodnie z  literackim oryginałem okaleczyła brutalnie swą stopę, by wsunąć nań szklany pantofelek. Jóhannsson postanowił jednak spróbować, wydając na świat twór równie kuriozalny, co mała Ada. Na pozór uroczy, lecz będący owocem wyjątkowo pokracznego wybryku natury.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.