Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Emma.” – miłość cudza jest najciekawsza [RECENZJA]

Norbert Kaczała
fot. materiały promocyjne filmu "Emma.", UIP

Jak wiele o człowieku mogą powiedzieć jego filmowe preferencje? To pytanie dość retoryczne, jednak ciężko zaprzeczyć temu, że wiele opinii o osobie wyrabiamy sobie przez pryzmat jego gustu i to nie tylko w dziedzinie filmu. I choć nie mi oceniać jak mogę być odbierany przez ludzi z mojego otoczenia, czy nawet czytelników Filmawki, to chyba mogę z pewną doza pewności założyć, że nie do twarzy mi z etykietka fana Jane Austen. Ale jest mi z nią wygodnie na tyle, że z dumą zabrałem ją ze sobą na seans Emmy i nie zamierzam jej zdejmować.

Tytułowej bohaterce, granej przez Anyę Taylor-Joy, życie nie podsuwa wielu uciech. Spacery, wizyty w pasmanterii, herbata i plotki w pastelowej posiadłości… I choć wszystko to brzmi ładnie i zachęcająco, po ok. 20 latach może się już znudzić. Dlatego też, Emma podejmuje się ulubionego zajęcia permanentnych singli, czyli swatania wszystkich wokół i obserwowania konsekwencji, co nie zawsze musi skończyć się dobrze. I to tutaj pojawił się pierwszy element, który jednocześnie sprawił, że całkowicie wniknąłem w świat przedstawiony, ale i przyjąłem odpowiedni dystans wobec przedstawionego problemu. Choć nie obracałem się pośród XIX-wiecznej socjety, wiem z doświadczenia, że taka gra nie jest wyłącznie reliktem przeszłości. Jednak gdyby nie talent pisarski zarówno Jane Austen, jak i autorki scenariusza, Eleanor Catton, widz byłby skłonny znienawidzić wszystkich emocjonalnych kombinatorów. W zachowaniach i wypowiedziach bohaterów da się wyczuć zaskakująca wręcz potrzebę postawienia na swoim, przy jednoczesnym stwarzaniu wszelakich pozorów. Jakby sami nie byli pewni, czy wydarzenia których są uczestnikami to nie jedna, wielka farsa ukryta pod warstwami falban i lukru. Dokładnie to samo wrażenie towarzyszy odbiorcy, który z jednej strony zaśmiewa się pod nosem z ewidentnej niezręczności prezentowanej na ekranie, a z drugiej śledzi pomniejsze intrygi, mające na celu zbliżenie do siebie dwójki osób.

Przeczytaj również:  "A potem tańczyliśmy" – Express yourself [RECENZJA]
Emma
fot. materiały promocyjne filmu “Emma.” UIP

To wszystko jednak staje się o wiele bardziej lekkostrawne, dzięki niezwykle uniwersalnemu wyczuciu komediowemu. Nie chciałbym odzierać filmu z kolejnych warstw uroku, zastanawiając się jak dokładnie zdefiniować prezentowane tutaj poczucie humoru, dlatego też, polecę wyłącznie zanurzyć się w świat gagów. A te czasami wpadają na widza, w najmniej oczekiwanym momencie, nawet w chwilach dramatycznych. Przemawia to tylko na korzyść Emmy , bowiem nie przypominam sobie, kiedy ostatnio parawan sprawił, że zdołałem się uśmiechnąć.

Zachowanie tej równowagi spoczywa nie tylko na barkach scenarzystki, ale w równej mierze, także i aktorów. Na szczęście zaangażowani w ten projekt prezentują niezwykle wysoki poziom i ani przez chwilę nie chwieją wspomniana wyżej filmową konstrukcją. Moja sympatia do Anyi Taylor-Joy jest na tę chwilę wyryta w kamieniu, a występy tego pokroju zwyczajnie pogłębiają istniejące szlify. Joy dostaje tu kilka indywidualnych momentów by zabłysnąć, jednak każda scena z jej udziałem jest niemniejszym popisem. Przedstawienie kradną tutaj jednak dwie postaci drugoplanowe, które zostawiają w tle koleżanki i kolegów po fachu. Po pierwsze, Panna Bates, grana przez Mirandę Hart. Nie potrafię pojąć jakim cudem aktorka potrafiła znieść swoją własną postać jednocześnie utrzymując kamienna twarz. Drugą perła w już i tak wystawnej koronie jest Bill Nighy, jako ojciec Emmy, który wykreował postać, będącą jednocześnie najlepszą i najgorszą wizją bogatego mnie.

Film Autumn de Vilde należy również pochwalić za przepiękna warstwę estetyczna. Wystawne i nieco kiczowate wnętrza, gargantuicznych wręcz rozmiarów słodycze na stołach, eleganckie kreacje bohaterów i bohaterek… Wszystko to sprawia, że nawet w najelegantszym mieszkaniu, po powrocie z kina człowiek czuje się jak plebejusz. Czy to wszystko pstrokata przykrywką celem zamaskowania niezbyt wzniosłej treści? Wątpię, ale nawet jeśli, pamiętajmy że dokładnie tacy są bohaterowie Emmy i to w takim otoczeniu powinni wybrzmieć najwyraźniej. Niczym przepiękna muzyka Isobel Waller-Bridge i Davida Schweitzera.

Przeczytaj również:  "Mulan": #GirlPower z holokaustem mniejszości w tle [RECENZJA]
fot. materiały promocyjne filmu “Emma.”

Gdybym miał powiedzieć, komu Emma. Powinna przypaść do gustu, musiałbym poważnie przemyśleć odpowiedź. Ma ona bowiem w sobie coś z wielu gatunków filmowych, a każde z „cosiów” prezentuje naprawdę wysoki poziom. Działa zarówno jako komedia, melodramat, film obyczajowy i kostiumowy, a ciężko z ręką na sercu przekreślić wszystkie z nich jednocześnie. Jeśli potrzebujecie odrobiny ciepła w waszym marcowym, wietrznym i deszczowym życiu, skryjcie się w Sali kinowej, dajcie zaprosić do eleganckiej posiadłości Państwa Woodhouse i zapomnijcie o problemach. Swoich rzecz jasna, bo nie ma nic ciekawszego niż cudze problemy.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Dumę i Uprzedzenie, Małe Kobietki

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.