KomiksKulturaRecenzje

“Doktor Strange” i “Thor. Odrodzony” – Na nowo, czyli po staremu [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Fragmenty okładek "Thor.Odrodzony" i "Doktor Strange" (rys. Mike Del Mundo, Javier Piña)

Pozornie jednym z największych błogosławieństw na (nie tylko) rodzimym rynku komiksów o peleryniarzach jest obecność co kilka lat jakiegoś restartu. Nowi odbiorcy mogą z łatwością wskoczyć w serię poświęconą przygodom interesującego ich bohatera bez konieczności przedzierania się przez całe woluminy, by nadrobić niezbędny kontekst. Jednak te odświeżenia to broń obusieczna, bowiem osoby czytające te komiksy od lat nieraz muszą liczyć się z poczuciem zmiany status quo robionej nieco naprędce. Kilka miesięcy wcześniej ich ulubiony heros był jeszcze zupełnie kimś innym i to nie z powodu świetnie napisanego story arcu, a konieczności opowiedzenia o nim na nowo w nowej serii. Ostatnio na półki księgarni trafiły dwa takie komiksy, które po zamknięciu wyjątkowo udanych serii doczekały się miękkiego rebootu i powinniśmy zastanowić się, czy warto po niej sięgać.

Nie tak dawno na łamach „Doktora Strange’a” pisanego m.in. Jasona Aarona i Donny’ego Catesa z całego znanego świata zniknęła magia. Stephen w asyście innych adeptów sztuk tajemnych podjęli trudną próbę przywrócenia możliwości rzucania czarów, znajdując wszystko, co nosi w sobie, choć szczyptę magicznej energii. Po 4 tomach fascynujących przygód, których zakończenia i dokładnego przebiegu nie zdradzę, kilka rzeczy wróciło na swoje miejsce. Jednakże, gdy wkraczamy w serię Marka Waida, okazuje się, że kolektyw magów na całym świecie musiał pominąć jeden fakt – szukanie poza naszą planetą. Choć rzekomo wszechświat przemierzono wzdłuż i wrzesz, jakimś cudem nikt nie wyleciał nawet poza orbitę. Zadania tego podejmuje się pozbawiony magii Stephen Strange, wsparty przez kosmiczny wehikuł skonstruowany przez Iron Mana. Oczywiście w czasie poszukiwania kosmicznych artefaktów protagonista spotka na swej drodze przeróżne przyjazne i wrogie formy życia, uwikła się w wielkie konflikty, a nawet odkryje planetę, gdzie magia jest na porządku dziennym.

Kadr z komiksu “Doktor Strange” (rys. Jesus Saiz)

Stephen Strange jako kosmiczny archeolog to koncept dość zaskakujący, jednak bez wątpienia mający spory potencjał. Bardziej cyniczna inkarnacja Indiany Jonesa, który musi wykorzystać swoje umiejętności oraz nauczyć się zasad rządzących innymi światami. Niestety gdzieś po drodze gubi się to, co definiuje naszego Doktora jako postać, zmieniając go w nijakiego, obligatoryjnego bohatera historii o przemierzaniu kosmosu. Wsparcie ze strony mieszkanki obcej planety, obligatoryjny barter kąśliwych przytyków, nabycie pokory w starciu z nowym i nieznanym, walka przy użyciu nowych umiejętności, powrót w glorii i chwale. I choć nie jest to rzecz obraźliwa czy stricte zła, jest mi przykro, widząc w jak wielu rozmaitych kierunkach, mogła pójść ta opowieść. Przemierzanie obcych, surrealistycznych i psychodelicznych światów to podstawa egzystencji Strange’a pod względem historii Marvel Comics. Czemu zatem resztek magii nie możemy szukać w innym wymiarze czy najgłębszych odmętach czegoś między kolejnymi planami astralnymi? W zamian utknęliśmy na każdej planecie, którą widzieliśmy setki razy w dowolnym komiksie, gdzie zapewne działo się dokładnie to samo.

Przeczytaj również:  Najważniejszy film w karierze Sorrentino? Recenzujemy “The Hand of God”

Najgorszym grzechem, jaki można popełnić, podejmując się pisania nowej serii dla znanego bohatera, to pozostać zachowawczym. I to właśnie dzieje się w serii Marka Waida. Interesująca zmiana status quo została spłycona i wykorzystana wyłącznie jako punkt zapalny dla reszty przygód Strange’a, które absolutnie nie “dostarczają” tego co obiecują. Tym bardziej że historia kosmicznej eskapady to wyłącznie część większej całości zamkniętej w pierwszym tomie. Drugi segment to jeszcze bardziej nijaka, kolejna potyczka z Baronem Mordo, gdzie jak zwykle magowie przerzucają się inwektywami i spierają, kto ma większą różdżkę.

Kadr z komiksu “Doktor Strange” (rys. Javier Piña)

Zupełnie jakby Waid sam nie wierzył w swój pomysł i porzucił go po kilku zeszytach, mając nadzieję na odwrócenie uwagi widowni kilkoma rozpraszaczami. Próbował zgrywać magika, lecz niestety ani z niego prestidigitator, ani przewrotny scenarzysta. No bo powraca tu jakaś zmora z przeszłości, Strange walczy ze samym sobą, młody adept sztuki magicznej przeliczy się w ocenie swoich możliwości itd. Czyli wszystko to, co na przestrzeni kilkudziesięciu lat Doktor Strange robił już dziesiątki razy.

Drugą postacią, która po utracie swych dystynktywnych umiejętności powraca w nowej serii jest Thor. “Odrodzony” Gromowładny, choć pozbawiony potężnego Mjolnira, musi stawić czoła nadchodzącemu zagrożeniu. Z najgłębszych czeluści Hel wylazły ogniste potwory, które pod przewodnictwem Malekitha zmierzają na Jotunheim. Mało tego, na horyzoncie jawi się Wojna Światow, w której udział weźmie każda znana kraina z nordyckiej mitologii, wliczając w to pozostałości po Asgardzie.  Niestety, po fantastycznym i długim runie Jasona Aarona gdzie poznaliśmy Gorra Bogobójcę i nową Gromowładną, dalsza część przygód Thora jawi się jak kolejna bijatyka z wielu. Wybierz jeden z dziewięciu światów, daj bohaterowi do pomocy losowo wybranych kompanów oraz postaw naprzeciw równie przypadkowego oponenta – oto przepis na umiarkowany sukces. Nawet mimo faktu, że przeciwnicy Thora obecni są w serii od dawna, trudno nie czuć, że na ich miejscu mógłby być ktokolwiek inny. Poza obligatoryjnym zniszczeniem świata nie przyświeca im nic więcej, przez co cała intryga zwyczajnie nudzi.
Kadr z komiksu “Thor. Odrodzony” (rys. Mike Del Mundo)
By z tego banału się wykaraskać Aaron postanowił upatrzyć “Odrodzonego” kilkoma elementami, które mają nadać całości pewnej… Egzotyki? Przykładowo, pośrodku lodowego pustkowia znajdziemy nagle ziemskiego monster trucka, a także pewną broń z samych początków serii. Do tego napisane zostaną całe zeszyty umiejscowione tysiące lat w przyszłości, gdzie Wszechojciec Thor spotka się z Loganem, dzierżącym moc Phoenix, aby zmierzyć się z Doktorem Doomem, który obecnie jest Najwyższym Magiem (Sorcerer Supreme)… Potrzebne? Ależ skąd, ale fajnie robić nadzieję czytelnikom na bardziej rozbudowaną historię. Choć jestem świadom jak ciężko współcześnie stworzyć w tak przepastnym uniwersum samo stanowiącą historię, to opieranie się wyłącznie na garści nawiązań do innych, ustanowionych wcześniej elementów jest zwyczajnie leniwe. Nawet jeśli musimy przygotować się na wielki event, który musi zostać poskładany z wyżej wymienionych.
Męczy to nie tylko przez odhaczanie z listy kolejnych “O, kojarzę to” momentów. Ogromną wadą nowego Thora jest fakt, jak znikoma (by nie powiedzieć nieistniejąca) jest jego podróż i przemiana. To dla niego kolejna bitka, o skali, którą też już widywał, jedynie pozbawiona jego flagowego oręża. Perspektywa bycia niegodnym lub tymczasowo zastąpionym czy ciężar boskości, czyli wszystko, co czyniło poprzednie komiksy Aarona tak świeżymi to tutaj sprawy marginalne. Grunt, żeby można było obić komuś mitologiczną facjatę i wrócić z glorii i chwale do domu. I już, kolejny super komiks o Asgardzie o mężnych mężach i walecznych wojach. Szkoda tylko, że na przestrzeni ostatnich kilku lat komiksowy Thor coś pojął, to fakt, że nie silnym ciosem zyskuje się respekt. A przynajmniej nie mój. To samo dotyczy całej plejady postaci z drugiego i trzeciego planu. Ten głośno krzyczy, ten kłamie i knuje, ten dużo je i macha mieczem, a ta otacza matczyną troską. Żeby czasem nie pogubić się w gąszczu zawoalowanych portretów psychologicznych rdzennych asgardczyków.
Kadr z komiksu “Thor. Odrodzony” (rys. Christian Ward)
Różnica między tymi dwiema, skrajnie zachowawczymi opowieściami sprowadza się niemal wyłącznie do oprawy graficznej. “Doktor Strange” okraszony został realistycznymi, dopieszczonymi rysunkami, które, choć estetyczne same z siebie, zupełnie nie przystają do kogoś, kto regularnie powinien przemierzać surrealistyczne, abstrakcyjne światy. Jest tam jeden kadr, który ma rację bytu w takiej opowieści. Czytelnie inspirowany obrazami Eshera obraz, w którym przestrzeń Sanctum Sanctorum staje się nie do określenia przestrzennie to bardzo cieszący oko widok. Szkoda, że jedyny w tak grubym tomie. “Thor” z kolej to nieustannie pulsująca feeria barw, wybuchów, świstów, huków ciosów i wszystkiego, czego potrzeba od komiksu akcji. Ku mojemu zaskoczeniu, jestem w znacznej mniejszości fanów prac Mike’a del Mundo użytych w komiksie Aarona, pomimo że to jedyny element ciekawego mistycyzmu w tym zachowawczym banale. Tak powinny wyglądać obce światy, które zamieszkują zarówno bogowie, jak i dziwaczne demony. Jeszcze zatęsknicie za takim odjazdem.
Zarówno “Doktor Strange” jak i “Thor” to wielopoziomowe rozczarowania. Jako kontynuacje, znacząco obniżają ogólny poziom serii. Jako nowe historie, nie oferują sobą nic świeżego, aby ktoś został z tymi bohaterami na dłużej. Nawet jako zamknięte historie, którymi stają się np. dla mnie, jako że nie będę czytał drugich tomów, są co najwyżej znośnymi czytadłami. Za cenę, którą musielibyście wyłożyć, przygarniając oba komiksy, lub każdy z osobna, kupcie pierwsze tomy oryginalnych serii, kiedy jeszcze komuś zależało na jakości. Zresztą, niedługo Wam o tym opowiem.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.