“Miętowy Cukierek” – tak smakuje życie [RECENZJA]

Ciężko mi jest ekstrapolować w kwestii oczekiwań każdego z odbiorców, jednak mam wrażenie, że jest pewna kategoria marketingowych zagrywek, które skutecznie odstraszają widza od filmu. „Kobieca wersja Jak zostać królem” „Polska odpowiedź na Incepcję” czy „Połączenie Ojca Chrzestnego50 Twarzy Grey’a” to frazesy, które wywołują u mnie bezwarunkową chęć ucieczki z kina, zakładając że jedynym sposobem na sprzedanie filmu, będzie wciśnięcie na plakat czy okładkę kilku znanych, najczęściej lepszych tytułów. Dlaczego jednak wspominam o tym w kontekście debiutu koreańskiego mistrza? Głównie dlatego, że jeszcze zanim wygodnie zasiadłem przed ekranem, kilkukrotnie uderzyła we mnie formułka obiecująca „koreańskiego obywatela Kane’a”. Jednakże jeśli można coś powiedzieć o filmie Lee Chang-Donga, to bez wątpienia, że dorasta do poziomu, jaki zapowiada to porównanie.

Porównanie do klasyku Wellesa wydaje się z wszech miar zrozumiałe już od pierwszych minut projekcji. Wieńczący swoją obecność na ziemskim padole główny bohater – Yongho (w tej roli Kyung-gu Sol) inicjuje swoim odejściem projekcję wydarzeń z własnego życia, biegnących w odwrotnej chronologii. Razem z reżyserem zaczynamy tym sposobem zabawę w detektywów i dzięki indukcji dowiadujemy się co popchnęło głównego bohatera do samobójstwa. Jednakże Yongho różni się od swojego Wellsowskiego odpowiednika niemal wszystkim poza puszczoną od tyłu historią. Panowie stoją po dwóch, skrajnych stronach hierarchii społecznej, w zupełnie różnych środowiskach polityczno-kulturowych. Bohater Sola opadł już niemal na samo dno, będąc konsekwentnie przeżuwany i wypluwany przez szereg czynników. Utratę swojej szkolnej miłości, romanse, presję zawodową czy służbę wojskową w trudnym dla kraju okresie. Jednakże, nie mamy tutaj do czynienia z jednostronnym studium przypadku, każącym nam umartwiać się nad człowiekiem, który nie zasłużył na swój los. Chang-Dong nakreślił z realistyczną maestrią nie tylko swojego głównego bohatera, ale też świat wokół niego. Relacje między postaciami nie są prowokowane wyłącznie koniecznością kopnięcia leżącego. Do prezentowanych sytuacji prowadzą bardzo konkretne czynniki, które działają na niekorzyść bohatera także pod kątem moralnego osądu. Nieraz Yongho będzie niemal nie do zniesienia, prezentując sobą zachowania, które skwitować możemy tylko pokiwaniem głową z dezaprobatą. Przypomina to sytuację z tegorocznym Jokerem, gdzie pomimo wielu scen, wręcz proszących o mentalne wsparcie dla Arthura Flecka, z tyłu głowy świta nam myśl, że mamy do czynienia z przyszłym zbrodniarzem i psychopatą. I choć Yongho nie maluje twarzy by siać chaos w mieście, nie można zaprzeczyć, że ma na rękach czyjąś krew.

“Miętowy cukierek”, mat. prasowe

Z tym wiąże się również wykreowanie ludzkich postaci drugo- i trzecioplanowych, ze wszystkimi ich wadami i zaletami. Lee Chang-Dong ukazuje nam szeroki przekrój nie tylko społeczeństwa Korei Południowej, ale ogółu ludzkości per se. Oportuniści, dobre dusze, szemrani partnerzy, bezinteresowni kumple, żołnierze, biznesmeni, sfery niższe i wyższe. Mamy tutaj do czynienia z historia głęboko ugruntowaną w prozie nieprzyjemnej codzienności, zatem nie powinien dziwić fakt, że ludzie obecni na ekranie to sylwetki, na które sami już kiedyś się natknęliśmy i jeszcze natkniemy. Jednak jeśli mówimy o kontekście społecznym, na większą uwagę zasługuje tutaj kwestia historyczna, obecna przez cały film.

Do pełnego odbioru historii Miętowego Cukierka potrzebna jest znajomość realiów jakie panowały w Korei w prezentowanym przez reżysera okresie. Kluczowe dla życia Yongho wydarzenia, pokrywają się z mrocznymi epizodami w nowożytnej historii kraju, które odciskają piętno nie tylko na głównym bohaterze, ale i na całym społeczeństwie. Chronologicznie zaczynamy od relacji z pierwszej ręki z tłumienia studenckich protestów w roku 1980, zwieńczonych krwawą masakrą w Gwangju. Wg. narracji władzy doszło wówczas do wywrotowej próby obalenia ówczesnego rządu, zaś sami protestujący postulowali za przywróceniem ustroju demokratycznego, który odebrano społeczeństwu wprowadzając totalitaryzm. Na skutek konfliktu, śmierć poniosło od ok.170 do niemal 2000 osób (w zależności od źródeł). I jak nietrudno się domyślić, główny bohater Miętowego Cukierka znalazł się w samym centrum konfliktu. Przymuszony do udziału w działaniach zbrojnych, Yongho na własne oczy doświadcza bezwzględności systemu, w którym nikt nie jest niewinny. Jednostki rządowe niemal hurtowo pozbawiają mężczyzn empatii i ludzkich odruchów, a bezbronni cywile, których największym grzechem jest obecność w złym miejscu i czasie stają się serią celów. Dziką zwierzyną, którą trzeba odstrzelić dla pozornego bezpieczeństwa. Z każdym kolejnym wystrzelonym pociskiem w głównym bohaterze obumierają resztki stabilności psychicznej, której zdaje się już nigdy nie odzyskać. Zwłaszcza gdy następne lata tylko pogłębiają efekty, jakie wywarły na nim wydarzenia wokół protestów. Przeskakując kilka lat wprzód, dowiadujemy się, że Yongho został… policjantem, którego zadania obejmują m.in. przesłuchiwanie podejrzanych o udział w wyżej wymienionych. Stosunkowe obumieranie elementarnej empatii odbija się nie tylko na brutalnym traktowaniu osadzonych, ale także na bliskich bohatera. Osoby, które darzył szczerym i serdecznym uczuciem, stają się z czasem koniecznymi przeszkodami do pokonania i pretekstem do zaspokojenia prozaicznych rządz. Co ciekawe jednak, są to przeszkody, na drodze do bliżej nieokreślonego celu, bowiem Yongho wciąż wydaje się błąkać po omacku, szukając w życiu jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Oliwy do ognia może jeszcze dolewać fakt, że bohater trafił z centrum społecznego konfliktu, do równie trudnego miejsca w historii swojego kraju. W latach dziewięćdziesiątych Koreę i okoliczne kraje Azji Wschodniej dotknął kryzys ekonomiczny, przez co wielu aspirujących biznesmenów zaczęło stopniowo usuwać się w otchłań marazmu.

“Miętowy cukierek”, mat. prasowe

I to w tym właśnie dole zastajemy naszego głównego bohatera, gdy stopniowo cofniemy się w głąb jego własnej jaźni. Czeka nas tutaj podróż silnie psychoanalityczna, jednak wyzbyta niejasnych podtekstów, zrozumiałych tylko dla autora filmu. Motywacje stojące za każdym z podjętych ruchów Yongho, jego reakcje czy stopniowo zmieniająca się relacja z otoczeniem jest bardzo czytelna i nawet nie będąc produktem okresu transformacji w Korei Południowej, doskonale zrozumiemy czemu serce boli nie tylko bohatera, ale i nas. Obcujemy tutaj z sytuacją, w której sentyment jest jednocześnie jedynym stałym punktem w naszym rozchwianym życiu, ale i jednym z elementów przysłaniającym wszystko wokół. Smak tytułowego miętowego cukierka zdaje się być jedynym stałym elementem, w stopniowo walącym się świecie, no bo przecież dawała je nam pierwsza miłość. Musimy o nim pamiętać. I o niczym więcej. Wybaczcie to memowo-socjologiczne porównanie, lecz film Lee Chang-Donga spaja według mnie światopogląd dwóch pokoleń: doomera i boomera, stojących po dwóch różnych stronach konfliktu. No bo czy kiedyś nie było lepiej? Człowiek miał pracę, stabilne stanowisko, przyjaciół i perspektywy. Ale to bezpowrotnie przepadło. Najciekawszą alternatywą jest śmierć i naiwna fantazja o wendetcie za wyrządzone jednostronnie krzywdy. Bez względu na to jak zapatrujemy się na świat, reżyser ukazuje nam, że czasami zwyczajnie życie postanowi nas przeżuć i wypluć, a my nieświadomie zrobimy to samo. I to nic nie szkodzi, wszak nic co ludzkie…

Nie chciałbym zapętlać się w kolejnych komplementach i argumentach stojących za głębokim humanizmem Miętowego Cukierka. Jedyne co mogę szczerze powiedzieć by polecić ten film, to fakt, że jest on szczerze dojmującym doświadczeniem. Wg. mojej niepisanej zasady, jeśli film potrafi sprawić, że wszystko czym jestem zachwieje się u samej posady, znaczy że jest czymś wielkim. I tak jak Climax napełnił mnie lękiem, Ex_Machina zakwestionowała wyższość umysłu nad sztuczną inteligencją, a Ona ostatecznie odebrała miłosną naiwność, tak Miętowy Cukierek kazał mi głęboko zastanowić się, co uczyniło mnie kim jestem. Jakich przyzwyczajeń trzymam się zbyt kurczowo? Kto popchnął mnie na ten tor, i kogo ja musiałem w odwecie zepchnąć gdzie indziej? Nie sądzę jednak bym znalazł kiedyś odpowiedzi na takie pytania, ale wiem tylko, że nie będę musiał szukać ich pod kołami rozpędzonego pociągu.

4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.