Advertisement
KomiksKultura

B.B.P.O.: Znany Diabeł – Lament na pustkowiu [RECENZJA]

Norbert Kaczała
B.B.P.O.: Znany Diabeł - Lament na pustkowiu recenzja
Kadr z jednego z zeszytów "BBPO" (rys. Sebastian Fiumara)

Popkultura na przestrzeni dziesięcioleci swojego istnienia zaprezentowała nam już tyle wizji końca świata, że ciężko właściwie powiedzieć co najgorszego spotkało naszą planetę i jej okolice, albo co jeszcze ją spotka. Groza z innego wymiaru, otchłani kosmosu, szaleniec z potężną bronią, katastrofa naturalna, lub biblijny Armagedon to już chleb powszedni dla każdego, kto choć raz sięgnął po komiks fantasy lub science fiction. Co jeśli tym razem nadejdzie koniec kumulujący to wszystko, a do powstrzymania go musi wystarczyć garstka potwornych dziwaków i niewielki oddział wojskowych? Zapraszamy w szeregi B.B.P.O., bo każda para rąk przyda się w walce z nieubłaganym.

Po Ziemi panoszą się monstra, których przeraziłby się sam Lovecraft. Ludzie giną szybciej niż, można ich zliczyć. Szeregi Biura Badań Paranormalnych i Obrony co chwilę się kurczą. Pośród niedobitków ludzkości powstał chory kult czczący niepoczytalną i niebezpieczną dziewczynkę. Jedyne miejsce, gdzie ludzkość może się ukryć, może nawet nie istnieć. Czy cokolwiek dobrego jeszcze się kiedyś wydarzy? Tak, Hellboy powstał z martwych i zamierza wymierzyć sprawiedliwość całemu monstrualnego plugastwu, jakie tylko uda mu się wytropić. Wszelakie komiksy dziejące się w Mignolaverse miały do siebie to, że nawet w świecie zamieszkałym przez potwory, znajdowała się zawsze chwila na odrobinę uśmiechu w czasie siekania nieumarłych. Jednak „Znany Diabeł” to zupełnie inna sytuacja. Uczucie nieuniknionego końca jest tu niemal fizycznie przytłaczające, przez co od razu zaczynamy obawiać się o los każdego bohatera. Trup ściele się tutaj niespodziewanie, gęsto i często, przez co nie jesteśmy pewni absolutnie niczego. To zaskakujący powiew świeżości (tylko takiej śmierdzącej dymem i rozkładem) w porównaniu do innych komiksowych końców świata, gdzie na koniec grupa bohaterów lub jeden z nich dziarsko poskromi inicjatora armagedonu i ponownie uratuje świat, dopóki za tydzień nie będzie trzeba tego powtórzyć. Ten koniec to dystopia rodem z wiadomej powieści Cormaca McCarthy’ego, gdzie uśmiechy widać co najwyżej na wyblakłych plakatach w witrynach zniszczonych miast. Lektura idealna na nadchodzące deszczowe popołudnia.

Znany Diabeł - Lament na pustkowiu recenzja
Kadr z ostatniego zeszytu “BBPO” (rys. Sebastian Fiumara)

Ta atmosfera widocznie odcisnęła się głównych bohaterach, którzy przeszli ogromnie długą drogę od pierwszych zeszytów zarówno swoich serii, jak i tych zbiorowych. Nadzieja umiera ostatnia, a tutaj już widocznie kona. Abe, Hellboy i Liz mają ewidentnie dosyć tej roboty, nie mając już właściwie nic do stracenia, dlatego podjęcie nawet najbardziej skrajnej decyzji będzie tu zrozumiałe. Nie wiadomo czy ktoś za chwile pęknie, pękł dawno temu czy właśnie to robi. Nawet pośród postaci z drugiego i trzeciego planu, których personalia zdążyły ulecieć mi z pamięci na przestrzeni ostatnich miesięcy, da się odczuć dziwne połączenie mobilizacji i całkowitej rezygnacji. Czy warto ratować to dziwne coś, co zostało z naszego świata? Czy warto martwić się o tych kolesi, którzy pewnie i tak zaraz zginą? Jednak co ciekawe, ta grupa nigdy nie zlewa się w jednolitą, szarą masę. Każdy z nich radzi sobie z tą sytuacją na swój sposób, pozytywny czy nie. Bardzo szybko potrafimy zrozumieć, skąd wzięła się ta konkretna poza i dlaczego powinniśmy komuś współczuć, kibicować, a czasem nawet potępić.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

Przez tę nieuchronność nadchodzącego końca, komiks ten czyta się zupełnie inaczej niż wspomniane wcześniej eventy. „Znany  diabeł” to coś na kształt greckiej tragedii, gdzie doskonale wiemy, że wydarzy się coś okropnego. Zostaje nam oczekiwać kiedy i jak. Pomimo wielu zapierających dech w piersiach scen, których nie powstydziłyby się najlepsze blockbustery, nie jest to tylko bezsensowna rozrywka. Tak właśnie wyglądają współczesne mity, gdzie potężny heros kładzie do wiecznego spoczynku monumentalne potwory, przemierza cały świat, a mimo wszystko nadal czuje na karku oddech nadchodzącej tragedii. Może to drzemiące we mnie pokłady nihilizmu, ale jestem zachwycony taką narracją. Tak wygląda właśnie koniec świata. Niemal niemożliwe jest, abyś cokolwiek z tym zrobił, ale iskierka nadziei wciąż się tli i może kiedyś roznieci wielki płomień. Tym bardziej że zagrożenie nie jest kolejnym bezimiennym monstrum, które spadło z nieba. Władca Marionetek, który wkracza na scenę, został zapowiedziany już dawno temu, a elementy zapowiadające jego nadejście rozmieszczone niezwykle subtelnie i rozsądnie. Dopiero widząc pełen obraz odkodowujemy znaczenia konkretnych słów, artefaktów czy przepowiedni, łapiąc się za głowę, czemu tego nie przewidzieliśmy, ale jak zwykle, fatum jest bardziej cwane niż my. Choć w tym wypadku los nosi imię Mike’a Mignoli.

bbpo Lament na pustkowiu recenzja
Kadr z jednego z zeszytów “BBPO” (rys. Sebastian Fiumara)

Jedyna rzecz, która przeszkadzała w odbiorze całości to wyjątkowo specyficznie napisane dialogi. Cała masa wypowiedzi nakłada się na siebie i kończy wielokropkami, tworząc miejscami niezrozumiały strumień świadomości. Domniemywam, że to pewnego rodzaju stylizacja, gdzie myśli bohaterów urywają się w pół, a każda pesymistyczna sentencja jest bardziej wymamrotana niż wygłoszona. Nie ma co strzępić języka, bo świat i tak się zaraz skończy, dlatego tylko wycedzimy swoje mądrości przez zęby, jakby nikt właściwie nie słuchał. Ja słucham tak jak każdy mający ten komiks w rękach. Możecie głośniej, zwłaszcza po tym, jak zdążyłem was poznać i przejąć się waszym losem.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

Cała posępna otoczka nie będzie oczywiście robić takiego wrażenia, o ile nie zostanie adekwatnie zilustrowana. Na całe szczęście, żaden komiks wydany w ramach tego łączonego uniwersum nie został opatrzony nieadekwatnymi rysunkami. Bez względu na to, który z artystów prezentuje kolejny wycinek tego świata, wygląda on okropnie. Oczywiście w najlepszym tego słowa znaczeniu. Co ciekawe, niejednokrotnie różni artyści odpowiadają za panele na całej stronie, w zależności od miejsca wydarzeń czy ich czasu. Pomaga to zorientować się przestrzennie i nadać całemu światu większego zróżnicowania. Może i trwa apokalipsa, ale to niemożliwe, żeby każdy region na globie wyglądał identycznie. Mignola, bracia Fiumara, Laurence Campbell oraz Tim Sale to ekipa niekwestionowanych artystów i każdy ich rysunek jest małym dziełem samym w sobie. Mając do dyspozycji właściwych kolorystów,  inkerów i ludzi od liternictwa, zapełniają kolejne stronice małymi dziełami sztuki. Nawet szybkie kartkowanie tego tomiszcza sprawia ogromną przyjemność, choć polecam nieco uważniejsze oględziny.

Zaskakująco długo po lekturze w mojej głowie niesie się echo „Znanego diabła”. To opowieść niezwykle smutna, ekscytująca i oferująca autentyczne uczucie ostateczności. Nie wiem, co musiałoby się jeszcze wydarzyć, aby ktoś ponownie podjął rękawice, nie tyle rzuconą, co upuszczoną przez Mike’a Mignolę. Po przeczytaniu ostatniej strony przejrzeniu szkicownika i przeczytaniu podziękowań od twórców nie zostaje nic innego, tylko wyruszyć w podróż raz jeszcze. I jeszcze i jeszcze. To epilog, po którym nie chce się czytać żadnej kontynuacji, i bez wątpienia jest to najlepsze i najgorsze uczucie z możliwych.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.