American Film Festival 2020FilmyNH+AFF2020Recenzje

“Tesla” – Przepalona żarówka na prąd zmienny [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Tesla
Kadr z filmu "Tesla" (reż, Michael Almereyda) / materiały prasowe

Nikola Tesla to chyba jeden z największych i najbardziej niedocenionych za życia geniuszy, o jakich słyszała historia. Podobnie jak szereg innych niezrozumianych, jego dziedzictwo przetrwało dzięki potędze popkultury. Obecnie każdy, kto choć powierzchownie interesuje się naukami ścisłymi, jest w stanie powiedzieć coś o Władcy Piorunów. Dziwne zatem, że dopiero teraz (nie licząc jednego wyjątku z 1980 roku) pomysł na jego solową, filmową biografię pojawił się na mapie współczesnego Hollywood. Jeżeli jednak efekt końcowy ma wyglądać tak, jak w opisywanym filmie “Tesla”, to może nie powinniśmy się wcale śpieszyć…

Film Michaela Almereydy rozpoczyna się w latach 80-tych XVIII wieku, kiedy to Nikola (w tej roli Ethan Hawke) pracuje w zakładach Edisona (Kyle MacLachlan). Kultowy, niefinalizowany zakład opiewający na 50 tysięcy dolarów, prowokuje młodego Serba do rzucenia posady i podjęcia szeregu dodatkowych prac. Żeby odpowiednio oddać klimat filmu, powinienem teraz wrzucić tutaj link do artykułu na Wikipedii albo po prostu w całości go zacytować. Bowiem w dokładnie tym momencie Tesla przestaje być dziełem filmowym i zmienia się w prezentację zaliczeniową. I chociaż chciałbym, żeby powyższe stwierdzenie chociaż w najmniejszym stopniu było hiperbolą, to niestety twór Almereydy stosuje dokładnie takie same zabiegi, co przeciętny uczeń drugiej klasy szkoły ponadgimnazjalnej, który musi zrobić prezentację w PowerPoincie. Jedna z bohaterek, pełniąca rolę narratorki, z cynicznym uśmieszkiem na twarzy prezentuje nam wyniki wyszukiwania nazwisk obu inżynierów w Google’u na swoim MacBooku.

Przeczytaj również:  "Powrót Mrocznego Rycerza: Złote Dziecko" - rewolucja młodych [RECENZJA]

Co „nudniejsze” fragmenty życiorysu Tesli streszcza w kilku zdaniach, wspierając się kilkoma grafikami i fotografiami z odpowiedniego okresu. Ukazuje wydarzenia zupełnie fikcyjnie, puentując je niby-humorystycznym komentarzem pokroju „szkoda tylko, że było inaczej”. A czasem nawet prosi obecnych w historii bohaterów, aby, w formie „gadającej głowy”, opowiedzieli o nadchodzących konsekwencjach dziejących się właśnie wydarzeń. Wiem, to bardzo surowe wyliczenie faktów, jednak wyjątkowo pozwoliłem sobie dostosować formę recenzji do omawianej treści. Inna sprawa, że – w przeciwieństwie do filmu – tego tekstu nie będziecie czytać przez ponad sto minut.

Tesla
Kadr z filmu “Tesla” (reż, Michael Almereyda) / materiały prasowe

Tesla, przy tych wszystkich swoich wadach, wciąż jeszcze mógłby być przystępnym doświadczeniem. Gdyby tylko zrobiono z niego TV Special na History Channel. Jednakże Almereyda postanawia te formalne niedociągnięcia „zrównoważyć”. W jaki sposób? Wrzucając do filmu scenę jazdy na wrotkach po rezydencji oraz nieistniejący wątek romantyczny tytułowego bohatera. Nadużywając synthwave’owej muzyki, czy też każąc Tesli śpiewać utwór „Tears Of Fears” na tle projekcji zachodu słońca… Niestety przez to, że reżyser nie ma 10 lat, a Tesla nie jest memem w formie wideo, żadne z tych zabiegów nie działa. Kochani, zapamiętajmy sobie: random ≠ funny.

Zastanawiam się, ile pieniędzy udałoby się zaoszczędzić na licencji za wspomniany wyżej utwór. Czy wystarczyłoby ich na dorzucenie się do budżetu przeznaczonego na rekwizyty czy scenografię? Film niestety, bez względu na lokacje, wygląda strasznie tanio. Zwłaszcza wtedy, kiedy Ethan Hawke musi prężyć się przed rozwieszoną płachtą z wydrukowanym tłem. Wiem, że to wybór świadomy artystycznie, ale efekt nie jest zadowalający. Nie każdy film z samoświadomym narratorem stojącym na teatralnej scenografii będzie od razu Bronsonem Refna. Również nie każdy jego bohater z wąsem, cóż… Bronsonem. Bo takowy musiałby umieć się zaprezentować.

Przeczytaj również:  „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”, czyli polska czarna komedia w hollywoodzkim stylu
Tesla
Kadr z filmu “Tesla” (reż, Michael Almereyda) / materiały prasowe

Ciężko jest mi winić Ethana Hawke’a. Nie dostał on zbyt wielu okazji na to, by się zaprezentować (no chyba że wokalnie, ale to nie wymaga komentarza). Jego występ więc nie wychodzi poza przeciętność. Łazi po pomieszczeniu, rusza wąsem i spogląda wymownie na wszystkich wokół. Jedyne, co zapadło mi w pamięć, to sporadyczne ujęcia, w których Nikola wygląda jak Janusz Korwin-Mikke. Niewiedzący do końca, co tu robi. Ale i tutaj komentarz nie jest potrzebny. Reszta bohaterów i aktorów również nie pozwala sobie na więcej niż znany schemat. Zły przełożony, love interest, użyteczny asystent… Wszystko to zostawione w scenopisie placeholdery, na których rozpisanie nie starczyło już czasu, bo produkcja ruszyła z kopyta.

Nie potrafię polubić tego filmu. Wszechobecną estetykę campową przyjmuję z otwartymi ramionami, ale pod jednym, niezwykle ważnym warunkiem. Muszę wierzyć, że autor nie robi tego, aby uchodzić za kiczowatego na siłę. Możesz mieć tanią scenografię, metatekstualną narrację i niezwykle zaskakującą ścieżkę muzyczną, ale nie o to w tym chodzi. Tesla to wykalkulowany na dyskusję produkt campopodobny. Bardzo źle wykalkulowany.

 

Ocena

3 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Drunk History" na Comedy Central

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.