FilmyKinoRecenzje

„Godzilla: Minus One” – Moja wojna wciąż trwa [RECENZJA]

Norbert Kaczała
fot. „Godzilla: Minus One”
fot. „Godzilla: Minus One” / materiały prasowe Piece of Magic Entertainment

Na wstępie prywata. Shin Gojira (2016) zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. Jako pierwszy pokazałem go mojemu wykładowcy (w czym pomogła bardzo bliska mi osoba), który o Godzilli wie wszystko. Film dotyczy tragedii, awarii w elektrowni w Fukushimie, która miała miejsce w moje czternaste. urodziny. Co kluczowe dla tego portalu, od tekstu o tym filmie zaczęła się moja przygoda z Filmawką. To właśnie  przez emocjonalny ciężar tej inkarnacji Króla Potworów do najnowszego dzieła Toho podchodziłem z rezerwą, ale i niemałym entuzjazmem. Jednak to, co stało się na sali kinowej… to nie był film. Chociaż obejrzane ruchome obrazy wyczerpują jego definicję, to gdy usiadłem przed ekranem, aby zobaczyć historię o wielkim potworze, stało się coś innego. Podjąłem trudną walkę, której wynik zaskoczył nawet mnie. Postaram się to pokrótce wyjaśnić, choć uprzedzam osoby czytające: to może nie być standardowa recenzja. Prędzej spowiedź.

Jest rok 1945. Japonia ostatkiem sił dźwiga się z gruzów II wojny światowej. Rodziny zostały rozdzielone, miasta zrównane z ziemią, marzenia o triumfie przepadły. Lecz nie każdemu pisana była śmierć. Shikishima Koichi (Kamiki Ryunosuke) wraca w rodzinne strony okryty hańbą. Nie tylko nie spełnił swojego zadania jako pilot kamikaze, ale też nie zdobył się na odwagę, by pociągnąć za spust karabinu, gdy potężny gad mordował jego pobratymców. Czym jest jednak ból jednego żołnierza, kiedy cierpi cały kraj? Nie ma czasu na lizanie ran, trzeba na powrót stać się częścią społeczeństwa. Resztki swojego honoru Shikishima zamierza odbudować, przygarniając pod swój dach odnalezioną pośród zrujnowanego miasta kobietę i jej dziecko. Aby mieli za co żyć, bohater podejmuje się oczyszczenia zatoki z porzuconych min. A pośród nich, w głębinie, kryje się sami-wiecie-kto.

Co kluczowe, Godzilli Minus One nie ogląda się dla tytułowego monstrum, które za chwilę wychyli łeb z zatoki. Ale jak to? Przecież filmy o Godzilli włącza się zazwyczaj, aby oglądać facetów w kostiumach z tworzywa sztucznego, którzy piorą się po monstrualnych facjatach. Bądź co bądź w oryginalnym filmie Ishirō Hondy z 1954 roku dostrzeżemy, że fundamentem całej serii jest element nieznany żadnej amerykańskiej adaptacji. Widzimy ludzi, którym chce się kibicować i współczuć.

fot. „Godzilla: Minus One”
fot. „Godzilla: Minus One” / materiały prasowe Piece of Magic Entertainment

Godzilla: Minus One to przede wszystkim film o ludziach. Zranionych, zniszczonych, pozbawionych szans i nadziei. O tych, którym ledwie starcza sił, ale muszą wygrzebać się z gruzowiska, stanąć na nogach i przeć naprzód. Ich dawny świat przestał istnieć, więc muszą zbudować nowy zupełnie od podstaw. A to zadanie trudne już samo w sobie, a w szczególności, gdy na horyzoncie ukazuje się sylwetka wielkiego gada, który obróci cały trud odbudowy w perzynę.

Jak stawić czoła temu monstrum? Czy jest jakikolwiek sens budować? Przecież za chwilę i tak znów wszystko stracimy… Ale skoro filmy o Godzilli powstają już od siedemdziesięciu lat, możemy domyśleć się, że bohaterowie się nie poddadzą. To film o wspólnej sprawie. O tej głęboko zakorzenionej potrzebie dbania o swoich pobratymców, bez względu na dzielące różnice. Całe pokolenie ze świeżymi jeszcze bliznami wojennymi staje u progu kolejnej szansy na śmierć z ojczyznę. Ale czy w chwale? Ile tym razem potrwa poczucie triumfu, nim znów będą wezwani do broni? Nieważne ile, bo jeśli jest choć cień szansy, że uratuje to kilka istnień, warto tę walkę podjąć.

A jest to walka poruszająca. Z rozmachem najwybitniejszych filmów wojennych Takashi Yamazaki prezentuje walkę japońskich sił z Królem Potworów. Sposób na jego powstrzymanie będzie fanom dobrze znany, ale maestria, z jaką plan zostanie wprowadzony w życie, to zupełnie inna jakość. Z krawędzi fotela obserwujemy kolejne wystrzały, sunące przed siebie okręty, z niepokojem widzimy niebieski blask atomowego oddechu potwora. Abstrahując od samego realizacyjnego rozmachu, który wzorowo pokazuje, jak wydawać 15 milionów dolarów z budżetu. Chodzi tu znów o pierwiastek ludzki. Nadchodząca konfrontacja z monstrum, to plan stworzony przez kilka osób, które nie chcą powtórzyć błędów przeszłości. W szczupłych dłoniach kilku mężczyzn spoczywa los ludzkości, a każde najmniejsze potknięcie przechyla szalę zwycięstwa na stronę gada. Jednak gdy pewien samolot przetnie niebo, w radiowęźle rozbrzmi znajomy głos, a kilku nieprzekonanych o sukcesie misji stawi się na miejscu, uwierzymy, że potrafimy wszystko. Że nam też się uda.

fot. „Godzilla: Minus One”
fot. „Godzilla: Minus One” / materiały prasowe Piece of Magic Entertainment

Nam, osobiście, bowiem Minus One to najbardziej intymny z filmów w całej serii. Jak już wspominałem, Shikishimajest o krok od poddania się. Zawiódł kraj, rodzinę, samego siebie. Nawet samobójcza śmierć, niegdyś mogąca dać mu chwałę, będzie tylko ostatecznym aktem hańby. Nie ma już nic stracenia, a jednak coś uparcie pcha go przed siebie. Nie jest to duma, bo to wymagałoby wiary i akceptacji samego siebie. To wewnętrzna potrzeba przydania się do czegokolwiek, aby nie narażać się na większy wstyd we własnych oczach. To upór, który każe mu podejmować kolejny trud codzienności, aby życie ludzi wokół mogło być lepsze niż jego własne. Godzilla, przed której obliczem stanął lata wcześniej, wróciła silniejsza niż kiedykolwiek. Jest większa, groźniejsza, jeszcze trudniejsza do pokonania.

W spojrzeniu Shikishimy widać, że choć boi się jej, zrobi wszystko by ją powstrzymać. Nie by ocalić własną skórę, ale by nie ucierpiał już nikt więcej. Ile to już razy w spokojny dzień czuliście na karku jej oddech? Ile pięknych i słonecznych dni przesłonił cień kroczącego za wami potwora? Jak ciężko było wam cieszyć się obecnością przyjaciół, widząc, jak na horyzoncie majaczy jej gadzi łeb? To świdrujące spojrzenie, które, choć animalistyczne, zagląda wam w głąb umysłu, by zaśmiać się tą jaszczurzą gębą pełną ostrych zębów? Każdy ma swoją Godzillę.

Godzillą może być nuklearną katastrofą miasta, która, dobrze potraktowana, stanie się naszym walorem. To stale mutująca kreatura, ucieleśniająca nasz brak rozwagi i lekkomyślność. To chodzący kompleks Boga, który obrazuje jak maluczcy jesteśmy. Widząc zrujnowane miasto, możemy zastanawiać się, co do tego doprowadziło. Jak można było tego uniknąć? Gdybyśmy tylko nie zrobili tego, a zrobili tamto… Teraz już na to za późno. Gojira wyszła z wody i nie zamierza się zatrzymać, o ile nie staniemy jej na drodze. 

Godzilla: Minus One opowiada o sile ludzkiej woli. Te filmy nigdy nie były o Godzilli, a o walce z nią. O przekuciu traumy w energię do działania. Są dowodem na to, jak wiele zła potrafi wyrządzić człowiek, ale też jak wiele jest w stanie zrobić, by je naprawić lub powstrzymać. To film o konflikcie z monstrum, który toczy każde z nas. Nieważne, czy potwór sięga pierwszego piętra czy kryje głowę w chmurach. My, z poziomu gruntu, musimy się z nim zmierzyć, bez względu na różnice skali.

Tytuł tego tekstu, to jedno ze zdań, które wypowiada Shikishima w najgorszym momencie swojego życia. Myśl, która przyświecała mi ostatnio zbyt często. Jednak po drodze stało się coś niesłychanego. Po szeregu konkretnych doświadczeń, zasiadając w sali kinowej, poczułem że po raz pierwszy widzę swojego potwora. Widzę wreszcie jak wygląda maszerująca za mną Godzilla. Przepiękna klamrą wieńczącą film jest pytanie „Czy twoja wojna się skończyła?”. Dzisiaj mogę z czystym sumieniem i pewnością w głosie odpowiedzieć: tak. I wiem, że każdą wojnę wciąż można wygrać.


korekta: Kamil Walczak

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.