Advertisement
KomiksKultura

“Black Hole” – Spróbuj się nie popłakać CHALLENGE [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Black Hole recenzja
Kadr z oryginalnego wydania "Black Hole" (rys. Charles Burnes)

Niedawno odkryłem pewne magiczne słówko funkcjonujące w nowomowie. Kilka niepozornych liter, które są w stanie sklasyfikować i nazwać całą masę uczuć i przemyśleń. Anemoia. Tym wymyślonym przez Johna Koeninga słowem opisuje się tęsknotę za czasami, których nigdy się nie doświadczyło. To ta zalewająca nas fala bardzo żywych emocji, o różnej temperaturze, kiedy widzimy zdjęcia sprzed paru dekad, słyszymy cudowny utwór czerpiący z minionych stylów i epok, czy oglądamy film o grupie młodych ludzi. Nagle, bez względu na czasy jakich doświadczamy, za pośrednictwem tekstu kultury, czujemy się, jakbyśmy sami tam dorastali. Jakbyśmy to my kreowali wtedy swoje wspomnienia, nawet jeśli w tych czasach nasi rodzice nie zdążyli się jeszcze poznać.  I gdybyście potrzebowali dzieła, które jest fizyczną manifestacją tego niejednoznacznego uczucia, nie znajdziecie lepszego przykładu niż „Black Hole” Charlesa Burnesa.

Gdzieś w latach siedemdziesiątych w Seattle rozpoczyna się właśnie gorące lato. Mieszkająca tam grupa znajomych próbuje dysponować swoim czasem między kończącymi się zajęciami w szkole, imprezami nad jeziorem, a ciągłą potrzebą wyrwania się z tego miejsca bez perspektyw. A gdyby trudów dorastania było mało, to w okolicy rozprzestrzenia się tajemnicza choroba, nazywana przez lokalsów Francą. To przenoszona drogą płciową zaraza, która wywołuje niespodziewane mutacje i zniekształcenia organizmu. Jeśli Ci się poszczęści, wyrośnie Ci czaderski ogon, jeśli nie, wyglądem odstraszysz nawet Człowieka Słonia. O czytelności tej metafory nie muszę zapewne nikogo uświadamiać. To kolejna z wielu wariacji na temat niebezpieczeństw przygodnego seksu, znikomej świadomości profilaktyki i także odpowiedzialności za siebie i drugą osobę. Jednakże Burnes jest twórcą niezwykle dojrzałym, przez co nikt nie grozi nam paluszkiem, dukając puste frazesy o linczu społecznym niczym w „Kapitanie Planecie”.

Kadr z oryginalnego wydania “Black Hole” (rys. Charles Burnes)

Wątek Francy ukazuje prawdziwą naturę wielu bohaterów, nie tylko biorąc pod uwagę reakcję rówieśników i ich samych na zachodzące w ich ciałach zmiany, ale sposób, w jaki ich powierzchowność się zmienia. Im dalej w las (w którym często będziemy przesiadywać razem z bohaterami) tym więcej kłamstw, frustracji i agresji zaczyna wychodzić na powierzchnię, niczym ogromny wrzód. Zarówno zmiany w ich wyglądzie, jak i charakterze to samonapędzające się siły, które z czasem wywołają podobne przemiany w innych. Wielki tygiel emocji, jak to w przypadku młodych gniewnych.  W pewnym sensie „Black Hole” jest reprezentantem podgatunku body horroru, reprezentując to, co w nim najciekawsze. Metamorfozy ciał bohaterów, odzwierciedlają to co zmienia się w ich psychice. Na lepsze i gorsze, często bardzo gwałtownie.

Przeczytaj również:  POWTÓRKA Z MUNKA: "Gwiazdy muszą płonąć" (1954) spotyka "Niedzielny poranek" (1955) | Epizod #2

Relacje między postaciami są jednymi z bardziej wiarygodnych reprezentacji młodych ludzi, z jakimi miałem do czynienia właściwie w dowolnym medium na przestrzeni lat. Szeregi niedopowiedzeń, pierwsze miłostki, zaślepienie przez dragi czy popęd seksualny, burzliwe kłótnie i erotyczne uniesienia. To wszystko wygląda tak, jak w odmętach waszej pamięci zapisała się ta jedna impreza, w okolicy ferii lub wakacji. Jak niesamowitym uczuciem jest czuć się tak blisko postaci, które nigdy nie istniały… Nawet miejsca, w których dzieją się konkretne wydarzenia, odblokowują szereg wspomnień u czytelnika. Kto nigdy nie miał w swoich rodzinnych stronach TEJ jednej miejscówki, w której spotykali się konkretni ludzie? Te miejsca pośrodku niczego, gdzie nieświadomie dokonywały się decyzje, które zmienią resztę waszego życia. Rozmowy, które niosą się echem jeszcze przez lata, kiedy próbujecie zasnąć. Ten utwór, który mieliście na słuchawkach, wracając do domu z najdziwniejszego wieczoru waszego życia. „Black Hole” jest przez to miejscami bardzo trudną lekturą, bowiem przypomina o rzeczach, które bardzo chciałyby zostać zapomniane. Ale zapewne nigdy nie będą.

Kadr z oryginalnego wydania “Black Hole” (rys. Charles Burnes)

W pewien magiczny sposób to wrażenie dodatkowo pogłębiają rysunki Burnesa. Choć z początku byłem pewny, że tak zunifikowana i „ugrzeczniona” kreska nie będzie współgrać z historią o grupie nastolatków, dalece się pomyliłem. Z tych czarnobiałych grafik bije przejmujący mrok i niemożliwa do dokładnego określenia…presja. Te postacie na czarnych tłach spoglądają nam prosto w duszę, gdzie zasiewa się taka właśnie ciemność. Kreślone tuszem drzewa haczą nam bluzę, wiatr znad zatoki chłodzi twarz, a wyłaniające się z konopnego dymu wściekłe twarze spoglądają na nas z wrogością i niechęcią. Zostaje nam przeprosić za kłopot i uciekać na następną stronę. Ale tam czeka nas to samo.

Przeczytaj również:  Puls Filmawki 05/21 – rekomendacje muzyczne

Nawet zakończenie całej historii jest równie niejednoznaczne co jej bohaterowie i ich czyny. Zamykając komiks towarzyszy nam tytuł – Czarna dziura, która w czasie lektury sukcesywnie karmiła się naszymi wspomnieniami, lękami, miłościami i planami, które kiedyś snuliśmy. Nihilistyczna refleksja na temat tego jak nieznacznie różnimy się od bohaterów komiksu Burnesa, jak wielu ludzi w tej właśnie chwili bezpowrotnie zmienia swoje życie i ilu ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze przeszło przez to samo co mieszkańcy przedmieść Seattle.

Black Hole recenzja
Kadr z oryginalnego wydania “Black Hole” (rys. Charles Burnes)

Bez cienia przesady mogę nazwać „Black Hole” komiksem totalnym. Mam pewną niepisaną zasadę dotyczącą oceny filmów, które oglądam. Jeśli obejrzane przeze mnie dzieło, sprawiło, że poczułem się źle ze swoją egzystencją, a zadana przezeń rana będzie się jeszcze odzywać, wiem, że był to bardzo dobry film. Możliwe, że to dość autodestrukcyjna praktyka, jednak bez wątpienia jest szczera i autentyczna. Trochę tak jak bohaterowie omawianego dziś komiksu. Charles Burnes wyciągnie z Was brudy, które już dawno wydawały się zamiecione, a Wam zostanie tylko za to podziękować. Jak już otrzecie łzy, które mam nadzieję nie nakapały na kartki.

Ocena

10 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Minding The Gap"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.