Literatura

“Przejażdżka Życia” Boba Igera – CEO Krainy Lodu [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Robert A Iger poses with Mickey Mouse attends Mickey's 90th Spectacular at The Shrine Auditorium on October 6, 2018 in Los Angeles. (Photo by VALERIE MACON / AFP)

Pod wieloma względami, my krytycy mamy łatwe zadanie. Znajdujemy się w uprzywilejowanej pozycji mogąc z całą surowością i bez konsekwencji oceniać owoce pracy innych. Lubujemy się w recenzjach negatywnych, bo ich pisanie i lektura dają najwięcej przyjemności… Tak swego czasu napisał Anton Ego, stykając się po raz pierwszy z przepysznym ratatouille przyrządzonym przez szczurka Remmy’ego. Nie bez powodu przywołuję słowa jednego z bohaterów filmu Disney Pixar, bowiem idealnie oddaje on perspektywę, z jakiej często wygłaszamy swoje osądy pod adresem studia, które rokrocznie przyciąga do kin masę spragnionych rozrywki widzów. Tych samych, którzy skorzy są wykrzykiwać hasła o zniszczeniu spuścizny George’a Lucasa, kolejnych tasiemcach od Marvela, ciągłym odgrzewaniu kotletów i przede wszystkim – zniszczeniu dzieciństwa. Jednak w natłoku podniesionych głosów zanika świadomość, jak wielką i złożoną strukturą jest Disney i jak skomplikowanym procesem myślowym jest każda podjęta w nim decyzja. I jak wiele z tych decyzji, musi przeanalizować autor i jednocześnie bohater dzisiejszej książki – Robert Iger.

Nie będę owijał w bawełnę – wiem o kwestiach biznesowych zapewne nie więcej, niż hipotetyczny krzykacz, którego stworzyłem na potrzeby pierwszego akapitu. Jestem natomiast świadom, że cały krajobraz produkcji filmów, nie opiera się na pojedynczym i nieuzasadnionym kiwnięciu palca grubego pana podpalającego cygaro banknotem, krzyczącego na podwładnych. I gdybym miał upatrywać w kimkolwiek osoby, mogącej ten stereotyp trwale obalić, byłby właśnie CEO Walt Disney Company. Bo czego by o filmach wytwórni nie mówić, ciężko zanegować ich kolosalną popularność i wyniki finansowe. Zatem perspektywa w przeanalizowania schematów konstrukcyjnych i zrozumienia procesów, jakie generują konkretne jej części i trybiki zdaje się niezwykle kusząca z perspektywy kogoś, kto w najmniejszym stopniu interesuje się przemysłem filmowym. Niestety, określenie „przemysł” bierze tutaj górę, bo jest to książka przede wszystkim biznesowa.

 

Zapytać by można – czego oczekiwałem od książki pisanej przez CEO jednej z największych firm świata? Esejów krytyczno-filmowych? Bynajmniej, niemniej jednak przyglądając się przepastnej bibliotece tytułów, jakie w żelaznym uścisku trzyma Disney, oczekiwałbym choć garści ciekawostek, dotyczących produkcji niektórych z nich. Przyjrzenia się mrocznym zakamarkom mediów jakotakich. Rzucenia nieco światła na garść mrocznych sekrecików, które bez wątpienia skrywały miejsca, gdzie pracował autor. Niestety, ten insiderski przywilej jest nam dany mniej więcej dwukrotnie, gdy recepcja krytyków i wynik finansowy konkretnego filmu, zaskoczyły nawet włodarzy firmy. Przez większość lektury dane jest nam obserwować zmagania Igera z kolejnymi szczeblami drabiny medialnej kariery, po której mimo kilku pomniejszych potknięć i utrat równowagi, wspina się z gracją Spider-Mana, do którego prawa z czasem zakupił. Nawet gdy jednak dane jest nam konfrontować się z pozornie dużą przeszkodą, autor nie poświęca jej nawet strony. Kluczowe dla rozwoju firmy decyzje podejmuje się natychmiastowo, a konsekwencje często zbywa wzruszeniem ramion. Może to kwestia dystansu czasowego, wielkiego doświadczenia, lub konieczności uwzględnienia raczej marginalnych wątków, ale nie wykluczone, że Iger po prostu oferuje nam szczegółowe streszczenie własnego życia, byle zapewnić nam odpowiedni kontekst do części drugiej – już na stołku szefa wszystkich szefów.

Przeczytaj również:  "Artemis Fowl", czyli spóźniona o ponad dekadę adaptacja kultowej książki [RECENZJA]

I dopiero ta właśnie połowa oferuje czytelnikowi możliwość przyjrzenia się z bliska, jak działa przytaczana wcześniej machina. Sylwetki pracowników zostają jakkolwiek zarysowane, rozumiemy powstające osie konfliktu i sojusze, a sukcesy nie biorą się już z powietrza. Zaprezentowanie okoliczności stojących za zakupem Marvela, Lucasfilmu, czy Pixara to historia, która rozgrywa się w zupełnie innym tempie niż część pierwsza historii Igera i śledzenie jej jest autentycznie angażujące. Nie tylko ze względu na potencjalną sympatię do marki, ale fascynujący proces żonglerki prawami autorskimi, wpływami kreatywnymi, procentem z zysków itd. Aż prosi się by Aaron Sorkin przerobił to na fabułę. Tym bardziej, że zna się on na historiach o bezkompromisowych inteligentach, którzy nie spoczną, dopóki nie zrealizują swojego celu.

Celem tym jest bez wątpienia zysk. Przepraszam wszystkich wierzących w to, że Disney na pierwszym miejscu stawia wasze szczęście a nie wypłatę. I nie ukrywam, że raz po raz chętnie oddaję Disneyowi lwią część swoich pieniędzy, tak jak masa ludzi. Jednak gdybym przez każdym kolejnym seansem filmu sygnowanego logiem z pięknym zamkiem, miał przywołać sposób, w jaki Bob Iger opisuje przejmowanie kolejnych własności intelektualnych, bałbym się zasiąść na sali. Może to kwestia niefortunnego doboru słów, opisywanie niektórych wydarzeń zbyt skrótowo, a może przepuszczanie wszystkiego przez biznesowy słownik synonimów, ale nie potrafię przez to odnaleźć w Igerze człowieka. Jasne, to Pan Prezes, a nie bohater romantycznej powieści. Jednak finezja, z jaką Disney pochłania w książce inne podmioty, przypomina czarną dziurę, w której ginie światło, radość i niezależność. Trzy czarne dziury, układające się w kształt głowy kochanej przez wszystkich myszki.

Przeczytaj również:  "Rok Małpy" Patti Smith - Słoik świetlików [RECENZJA]

Iger nie sili się na szczęście na naiwne próby coachingu, czego nieco się obawiałem. Nie sprzedaje czytelnikowi gotowych recept na sukces, a przykłady jakie podaje, wynikają wyłącznie z konkretnych okoliczności. Zachęca jednak do wyciągnięcia konkretnych i uniwersalnych lekcji, na podstawie swojej biografii, a te pięknie kondensuje w suplemencie, dostępnym na końcu książki. Niczym wersja tl;dr, dostajemy tutaj niemal bryk całej książki, który oszczędziłby nam bolesną przeprawę przez świat prompterów, kawy na wynos i tabelek oglądalności, którą nie tylko zmuszony był odbyć autor, ale co gorsze, my.

Przejażdżka życia jest książką pozbawiająca złudzeń. Mnie przykładowo pozbawiła choćby zalążka myśli, że kiedyś mógłbym zająć podobne stanowisko. Nie wiem na ile jest to naiwna ciągota anty-kapitalizmu, a na ile brak umiejętności zaangażowania czytelnika przez Igera. Wiem natomiast, że prowadzenie Walt Disney Company wymaga masy uporu, giętkiego karku i ogromu cierpliwości. Bo jeśli dotarcie do końca tej drogi było tak trudne dla czytelnika, to co dopiero dla Boba Igera.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Dowolną książkę o zarabianiu pierwszego miliona, Rapową bitwę Jima Hensona i Stana Lee

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.