Advertisement
American Film Festival 2020FestiwaleFilmyNH+AFF2020Recenzje

“Pierwsza krowa” – Bydła naszego powszedniego [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Kadr z filmu "Pierwsza Krowa" (reż. Kelly Reichardt)

Ostatnio dużo się dzieje. Nie jest to może stwierdzenie odkrywcze, ale bez wątpienia stale prawdziwe. A czy jest lepsza odskocznia od problemów świata zewnętrznego niż dobry film oglądany w ciepłym domowym zaciszu? Tym bardziej jeśli opowiada o spełnianiu swoich marzeń, jedzeniu ciastek i przeuroczej krowie? Śmiem wątpić, chociaż „Pierwsza krowa” nie jest doświadczeniem wolnym od bolączek współczesności. Po kolei.

Najnowszy film Kelly Reichardt przenosi nas do Stanów Zjednoczonych w wieku XIX-tym. Gdzieś w Oregonie spotykamy naszego głównego bohatera, zwanego jako Cookie (John Magaro), podróżującego przez kraj z grupą traperów celem odnalezienia stabilizacji. Będąc zdolnym piekarzem pomaga podtrzymać dobre morale wyprawy przez cykliczne szykowanie posiłków. Szczęśliwy traf stawia na jego drodze sympatycznego Chińczyka – Kinga Lu (Orion Lee), który również zamierza spełnić swój Amerykański Sen. Współpraca, jaką nawiązują ze sobą mężczyźni, jest na tyle udana, że w zupełności wystarczy, by utrzymać widza (wraz z permanentnym uśmiechem na twarzy) przed ekranem. Aktorzy mają między sobą fantastyczną chemię i nawet obserwując ich nic-nie-robienie, wyraźnie da się odczuć silną więź. Dlatego też bardzo łatwo przychodzi nam kibicowanie im w rozwijaniu lukratywnego biznesu produkcji wypieków. Tym bardziej, że nie jest to zadanie banalne.

Pierwsza krowa
fot. kadr z filmu “Pierwsza krowa”, reż. Kelly Reichardt / materiały prasowe

W okolicy rezyduje bowiem niejaki Factor (Toby Jones), będący właścicielem jedynej mlecznej krowy w okolicy. A jako, że świeże mleko byłoby pierwszym krokiem na drodze do otwarcia przez mężczyzn piekarni i tworzenia słodkich przysmaków, postanawiają pod osłoną nocy skraść nieco zakazanego, mlecznego owocu. Choć problem z pozoru ma naprawdę niewielki kaliber, stawka w filmie Reichardt jest niezwykle wysoka. To właśnie ukazanie tej trudnej codzienności i zaangażowania we własną prace jest największym atutem filmu. Po raz kolejny reżyserka odziera tu Dziki Zachów i wszelaką westernową konwencję ze zużytych schematów (bowiem ma już na koncie Meek’s Cutoff, również dziejący się w Oregonie). Nie ma tu całego miasteczka do uratowania od bezprawia, strzelanin czy zawadiackich rewolwerowców z wykałaczką w zębach. Ot ciężko pracujący na swą dole ludzie, którzy chcą od życia nieco słodyczy.

Przeczytaj również:  "Pora wylinki" – Nie tylko geny są dziedziczne [RECENZJA]

Oczywiście praca ta jest ciężka i nie pozbawiona igrania z prawem. To bardzo wdzięcznie nakreślona miniatura rozwijającego się kapitalizmu. Zawsze przecież znajdzie się ktoś, kto odgrodzi się od innych płotem i nie pozwoli korzystać z dostępnych zasobów. Choćby sam nie miał pojęcia, co z nimi zrobić. To właśnie łyżka dziegciu w beczce miodu podpisanej Pierwsza krowa. Problemy z jakimi borykają się bohaterowie, są do bólu wręcz przyziemne i doskonale znane widzowi. Nie byłem nigdy co prawda piekarzem-traperem, ale już nieraz zabroniono mi czegoś ot tak, dla zasady. Należy jednak pamiętać, że zmagania z prawem będą miały jednak znacznie mniejszą skalę niż napad na dyliżans, czy rabowanie banku. Bo takie wyskoki nie przystoją porządnemu piekarzowi…

Pierwsza krowa
fot. kadr z filmu “Pierwsza krowa”, reż. Kelly Reichardt / materiały prasowe

Pierwsza krowa ma wszystko, by zostać waszym filmowym comfort foodem, w najbardziej pozytywnym tego określenia znaczeniu. Jest tu bowiem masa miejsca na powolne chłonięcie pięknych okoliczności przyrody, czerpanie radości z pysznego jedzonka, a nawet czułej rozmowy w tytułową krasulą. Dziki Zachód przestaje być wreszcie dziki, a pogoń za sukcesem jest co najwyżej chodem olimpijskim. A to również zdrowa aktywność.

Film Reichardt zostanie ze mną na długo. Jest dokładnie taki, jak przygotowane w nim maślane ciasteczka. Na pierwszy rzut oka kameralne i nie wyróżniające się niczym szczególnym. Gdy już jednak posmakujemy, będziemy chcieli pałaszować je do ostatniej sztuki i czekać na kolejne. Bo smakują dokładnie tak, jak dawno temu w domu, gdzie przygotowywano je z sercem i zaangażowaniem. Nawet jeśli nie przygotowywało ich dwóch „kowbojów” u progu nowego życia w Stanach Zjednoczonych XIX wieku.

Przeczytaj również:  "Zabij to i wyjedź z tego miasta", czyli piękne dzieło Mariusza Wilczyńskiego [RECENZJA]
Zachęcamy do zapoznania się z festiwalowymi zestawieniami!

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.