Advertisement
KomiksKultura

“Ród X/Potęgi X” – In Hickman We Trust [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Fragment okładki wydania zbiorczego "House of X/Powers of X"

Choć moje recenzenckie portfolio może w tej chwili wskazywać inaczej, są w moim życiu rozrywki inne niż szeroko pojęta superbohaterszczyzna. Nie zmienia to jednak faktu, że historiom obrazkowym o postaciach w kolorowych kostiumach, posiadających supermoce i zamieszkujące kolosalny fikcyjny świat poświęciłem kawał swojego życia. Zdążyłem zdobyć masę wiedzy niejednokrotnie określaną (choćby przeze mnie) jako zbędna i mieć wykute na blachę wzajemne relacje postaci, o których istnieniu nie wie znaczna część populacji. I po co to wszystko? Na co mi lata czytania historii o Mścicielach, mutantach, łotrach i herosach, skoro na odkrycie czeka masa innej, “ambitniejszej” rozrywki? Choćby po to, by zatracać się w takich lekturach jak Ród X/Potęgi X Johnatana Hickmana, gdzie lata czytelniczej pracy zostają wynagradzane z nawiązką.

Ród X/Potęgi X to dwuczęściowa seria, będąca podsumowaniem przeróżnych historii o X-Men, z kilku ostatnich lat. Streszczanie podbudowy do tejże jest zajęciem niezwykle czasochłonnym, dlatego jedyne co musicie wiedzieć na dzień dobry, to fakt, że mutanci stworzyli swoje państwo. Krakoa, świadoma wyspa została oazą spokoju dla wszystkich przedstawicieli gatunku homo superior i wkrótce ma zostać obwołana mianem niezależnego, niezawisłego państwa. Stworzono własny język, ustanowiono prawo, a opłatą początkową na tle międzynarodowym zostaje opatentowany przez mutantów eksperymentalny lek na raka, który chętnie sprzedadzą ludziom. Lata dostosowywania się do standardu niższego gatunku dobiegły końca, a Charles Xavier i Magneto zamierzają postawić wreszcie na swoim. Taki rozwój wydarzeń po dekadach ciągłych starań walki o akceptację ludzi jest co najmniej nieoczywisty. Niemniej jednak, to szalenie satysfakcjonująca kontynuacja, której udaje się rzucić zupełnie nowe światło na szereg postaci, które na pozór znamy już doskonale. Relacja Charles-Eric, to jak zwykle klasa w sobie. Obaj mutanci zyskują najwięcej, gdy prezentują do siebie chłodny szacunek, podejmując wspólne działania, a w komiksie Hickmana to jedna z jego głównych, scenariuszowych podpór. Obaj prezentują się tutaj jako wybitni stratedzy, których ambitne plany sięgają dziesiątki lat naprzód, a obserwacja ich rozwoju tylko podsyca apetyt na więcej. Jednak scenariopisarskie umiejętności Hickmana, dają o sobie znać w znacznie innym, mniej oczywistym momencie.

Przeczytaj również:  Z miłości do Fleetwood Mac – kilka słów o Christine McVie
Kadr z drugiego zeszytu “House of X” (rys. Pepe Larraz)

Autor Rodu X to przede wszystkim fan świata, który przyszło mu rozszerzać. Potrafi bowiem wykorzystać w swojej historii postacie, które przez lata migały Wam na drugim, trzecim, a może nawet czwartym planie i w odpowiedniej sytuacji, uczynić z nich główne siły napędowe olbrzymiego wydarzenia. Główną rolę, poza najpopularniejszym duetem odgrywa tutaj Moira McTaggert, niegdysiejsza ukochana Profesora X, a obecnie… najważniejsza osoba z całego uniwersum X-Men. Nie ośmielę się opisywać. kim okazuje się nasza bohaterka, jednak od tego momentu, nie będziecie już w stanie patrzeć na nią wyłącznie jako na sympatyczną panią w berecie. Za pomocą pojedynczej decyzji scenariuszowej, Hickman zupełnie zmienia postrzeganie niemalże wszystkich opowieści o mutantach, jakie przez dziesięciolecia powstały w Marvel Comics, nie rujnując ani jednej z nich. Po tym idzie poznać nietuzinkowego artystę. Potrafi zaprezentować niezwykle śmiały i autorski pomysł, zapowiadając kolejne i nadbudowując poprzednie. Podobnie ma się sprawa ze wspomnianymi wcześniej trzecioplanowymi bohaterami. Przy całej plejadzie mutantów o wyjątkowo absurdalnych i nieprzydatnych mocach, Hickman potrafi zebrać kilkoro z nich do kupy, aby uczynić z nich zbawców nowego państwa.

Wiąże się to jednak z niewielkim ograniczeniem odbiorczym. Choć „Ród X/Potęgi X” są lekturą z wszech miar angażującą, ciężko mi wyobrazić sobie ile wyciągnąłby z niej czytelnik dopiero wkraczający w wielki świat mutantów. Ogromna ilość rozwiązań scenariuszowych, choć uzasadnionych dramaturgicznie, wybrzmiewa tak silnie dzięki znajomości wcześniejszych wydarzeń, postaci i miejsc. Ciężko będzie pogubić się w opowieści, którą stworzył Hickman, ale wiele ładunków emocjonalnych będzie mieć znacznie mniejszą siłę rażenia, jeśli nie wiemy co stało się na Genoshy, albo o co chodziło z lekiem na mutację. Wtedy z monumentalnej epopei redefiniującej jakość komiksów o mutantach, dostaniemy kompetentne i angażujące science-fiction o ludziach z supermocami. Widzicie, czasami warto odrabiać zadania z gwiazdką.

Przeczytaj również:  Z miłości do Fleetwood Mac – kilka słów o Christine McVie
Kadr z trzeciego zeszytu “House of X” (rys. Pepe Larraz)

Ród i Potęgi czyta się tak chętnie także dzięki przepięknej oprawie graficznej. Pepe Larraz to twórca, który już nierozerwalnie będzie kojarzyć mi się z X-Men. W jego pracach kryje się masa dynamiki idealnie przedstawiająca zmagania przeciwstawnych sił, świetna gra mimiką i mową ciała postaci, ale przede wszystkim wyczucie stylu. Larraz tchnął w Krakoę i jej mieszkańców masę życia, przez co wygląda jak prawdziwy, złożony, niejednoznaczny organizm pełen wyróżniających się postaci i miejsc. Jego utopia dla mutantów to przestrzeń tyle przyciągająca, co straszna. Swój ogromny udział ma w tym również R.B Silva, który zaprojektował postacie przyszłości, nadając kształtu nie tak do końca świetlistej erze, która dopiero nadejdzie. Prace obu artystów ogląda się z niemałą satysfakcją, nawet tylko kartkując komiks.

Truizmem jest mówić, że komiksy o superbohaterach to eskapizm. Że wsiąkanie w te wielkie, fikcyjne światy oferuje masę prostej rozrywki. Jednak gdy poświęca się tym nierealnym historiom tak dużo czasu, ciężko nie czuć doń silnego przywiązania. Nie ukrywałem nigdy, że komiksy Marvela mają w moim sercu specjalne miejsce, a recenzowanie ich na łamach naszej strony tylko to potwierdza. I choć taka pisanina też sprawia mi sporo radości, to jednak od naprawdę dawna nie czułem się tak spełniony czytając komiks z X-Men, jak przy najnowszym dziele Hickmana. To nie jest pozycja dla wszystkich. Dla sceptyków superherosów, czy nawet dla zupełnych nowicjuszy w kwestii mutantów, ale jeśli tak jak ja, spędziliście już trochę czasu z tą zgrają dziwaków w kolorowych strojach, wiecie, o co im mniej więcej chodzi i do czego od lat to zmierza, poczujecie się jak w domu. Jonathan Hickman jest obecnie dla komiksów Marvela tym, czy jest (lub był) Kevin Feige dla MCU. Nikt nie zaprezentuje Wam tyle nieskrępowanej miłości, szacunku i ambicji względem swoich bohaterów, co on.

Ocena

10 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.