Advertisement
KomiksKultura

“Wojna Królów” – Dylatacja czasu na przykładzie [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Egmont Wojna Królów recenzja
Fragment okładki jednego z zeszytów "War of Kings" Dana Abnetta i Andy'ego Lanninga

Bycie fanem komiksów o superbohaterach jest od jakiegoś czasu naprawdę łatwe. Nawet nie mając szczególnego doświadczenia w medium i uniwersum, od kilku lat na sklepowe półki trafia tak wiele historii spod znaku domu pomysłów, że wdrożenie się w nie wymaga naprawdę minimalnego nakładu pracy. Komiksy będące odrębnymi całościami, wielotomowe serie, czy zbierające do kupy kilka takowych eventy. Do wyboru, do koloru, każdy znajdzie tu coś, co sprosta jego wydawniczym oczekiwaniom. Jednakże, konfrontacja z tymi ostatnimi wymaga często odrobienia pracy domowej w postaci zestawu lektur obowiązkowych. Ciężko bowiem czytać ostatni tom sagi, nie znając wszystkich postaci obecnych w tych poprzednich. Tym bardziej, gdy wspomniana saga rozgrywa się w targanych szeregiem konfliktów odmętach kosmosu Marvel Comics, w którą uwikłał się chyba każdy.

Wojna Królów, bo o tej historii oczywiście mowa, jest ukoronowaniem wydawanej u nas od kilku lat historii o Wulkanie – potężnym mutancie, który samozwańczo postanowił zostać potężnym kosmicznym imperatorem. Oczywiście decyzja ta nie spodobała się wielu podmiotom, od pojedynczych herosów, przez grupę X-Men, po całe cesarstwo Shi’Ar. Historia rozpoczęła swój bieg w Morderczej Genezie, która podpięta pod serię z mutantami zaprezentowała zarzewie konfliktu, pozostając jednak na tyle koherentną i zamkniętą całością, że mogłaby spokojnie stanowić pojedyncze doświadczenie.

I, choćby w moim przypadku, tak właśnie było. Satysfakcjonująca lektura pozostawiająca po sobie przyjemne wrażenie, równie dobrze mogłaby nigdy nie otrzymać kontynuacji, zostawiając nieznacznie otwartą furtkę dla przyszłych twórców, mogących kiedyś modyfikować pozostawiony tam status quo. Jak wielkie było jednak moje zdziwienie, gdy jakiś czas później, biorąc do ręki Wojnę Królów, zorientowałem się nie tylko, że stanowi ona pointę tej historii, ale co więcej, po drodze powinienem rzucić okiem na dwa inne komiksy. Strażników Galaktyki, których na szczęście miałem za sobą, oraz Powstanie i upadek Imperium Shi’Ar, na którą powinno się spuścić zasłonę milczenia. Po przyswojeniu lektur otworzyłem wreszcie wielkie tomiszcze, przystępując do kolejnej eksploracji kosmosu pod patronatem Marvel Comics. Co okazało się doświadczeniem przełomowym w całej mojej dotychczasowej „karierze” czytelnika komiksów.

Egmont Wojna Królów recenzja
Kadr z piętnastego zeszytu “Guardians of the Galaxy”Dana Abnetta i Andy’ego Lanninga (rys. Brad Walker)

Fikcyjne uniwersa są rzeczą niezwykłą. Z pozoru bezużyteczna widza o miejscach, wydarzeniach i postaciach, które nigdy nie istniały, już nieraz wypierała wszelakie zagadnienia potrzebne na egzaminy czy klasówki. Wybudzony w środku nocy prędzej wymienię z imienia i wyglądu wszystkich Inhumans niż opiszę budowę komórki zwierzęcej. I choć nie bywam z tego dumny, taki stan rzeczy – przynajmniej potencjalnie – powinien ułatwić mi lekturę Wojny Królów, która aż kipi od odniesień, imion, niestworzonych nazw i lokacji, które powstały na przestrzeni dziesięcioleci istnienia Marvel Comics. Niestety, wszystkie te lata lektur okazały się skrajnie zbyteczne. Przez wszystkie czterysta stron autorzy rzucają nam w twarz nieskończoną zdaje się liczbą postaci, których historie dane jest nam śledzić, lokacji, które przyjdzie nam odwiedzić i konfliktów, których rozwiązania będziemy obserwować. Z przykrością jednak stwierdzam, że ilość ta jest stanowczo zbyt duża.

Przeczytaj również:  "Skarga Utraconych Ziem" - klasyczne fantasy w konserwatywnym sosie [RECENZJA]

Już sam opis dystrybutorski, który ma za zadanie zaznajomić nawet przypadkowego czytelnika z zarysem fabuły, brzmi wyjątkowo skomplikowanie. Ilość malutkich wątków, pojedynczych niesnasków, udziału postaci tła czy powracających wydarzeń z przyszłości sprawia, że nawet wytrawny eksplorator kosmosu Marvela zaczyna błądzić. Wiem doskonale, kim są ci bohaterowie, ale nie widzę sensu w ich obecności. Kojarzę nazwę tej planety czy statku, ale co z tego, skoro każdy wygląda w środku tak samo? Wiem, co dana rasa zarzuca poprzedniej, ale czy przedstawianie mi kolejnych osobistych konfliktów nada temu zatargowi głębi?  Wojnę Królów spokojnie można by okroić o połowę i nie straciłaby na wadze.

Możliwym jest, że to nie w samej skali tkwi problem. Powstało wiele historii z kanonu science-fiction, będących wielotomowymi gigantami, a jednocześnie tworzących spójną i wciągającą całość. Bez straszenia kogokolwiek liczbą wątków. Chodzi tu o ich nagromadzenie. Cała saga o Diunie Franka Herberta nie byłaby zapewne zbyt dobra, gdyby wszystkie opublikowane powieści skondensowano do wymiarów pierwotnej książki.

Scenarzyści Dan Abnett i Andy Lang pędzą w tej historii na złamanie karku, rzucając raz za razem kolejnymi elementami świata przedstawionego, nie pozwalając poprzednim trafić na właściwe miejsce. Przez to komiks czyta się bardziej jak encyklopedie postaci, aniżeli fabułę z podziałem na wstęp, rozwiniecie i zakończenie. Tutaj czytamy permanentne rozwinięcie, w którym nie ma miejsca na oddech. Wchodzimy w fabularną nadświetlną, a hamulce gubimy po drodze. Jednak jak przystało na taką podróż, doświadczamy zaskakującej dylatacji czasu. Choć osoba obserwująca nasz kosmiczny wehikuł odnosi wrażenie, że lektura zajmuje nam raptem kilka chwil, my zdążyliśmy odczuć już odpływ kilku lat. Nauka jest niesamowita!

Egmont Wojna Królów recenzja
Fragment okładki drugiego zeszytu “War of Kings: Darkhawk” C. B. Cebulskiego (rys. Paolo Pantalena)

Na efekt ten wpływa zaskakująco męczący scenariusz. Nawet w oderwaniu od natłoku informacji, dojmujący jest także sposób, w jaki je się nam podaje. Dialogi i monologi to patetyczne ekspozycje, zakrawające miejscami o śmieszność. Choć niejednokrotnie obserwujemy działania klasy wyższej, rodziny królewskiej czy wszelakich dyplomatów, tak sztywnych i skrupulatnie artykułowanych wypowiedzi nie usłyszymy pewnie nawet i w rezydencji Downtown Abbey. A boli to tym bardziej, że taki sposób wypowiedzi da się rozegrać naprawdę dobrze. Można by albo zaprezentować intencjonalną przesadę i zmienić historię w pastisz dworskich zmagań z wojną w tlę, albo kazać bohaterom odrzucić sztywną fasadę i przetestować szereg umiejętności innych niż stosowanie przepastnego wokabularza.

Przeczytaj również:  "Zakodowane uprzedzenie", czyli przyszłość technologii dzieje się teraz [RECENZJA]

Wydaje się to jednak zbyt dużym wymaganiem, bowiem w komiksie niemal tyle samo miejsca poświęca się na „batalistyczny szum”, czyli bardzo nieczytelne walki wręcz, dziejące się na losowo generowanych odpowiednio kosmicznych tłach, z użyciem losowo dobieranej broni. I tak jak sztuczna inteligencja napisała kiedyś fragment powieści o Harrym Potterze w oparciu o istniejące książki, tak zapewne teraz AI podpisane jako Abnett/Lang stworzyła Wojnę Królów. Historię tak absurdalną, jak wspominany wyżej Harry Potter i Portret czegoś, co wyglądało jak wielki stos popiołu (którego lekturę, w przeciwieństwie do tematu dzisiejszej recenzji gorąco polecam).

Gdzieś w głębi mnie czai się potrzeba by pochwalić artystów odpowiedzialnych za ten komiks. Bowiem zarówno okładki zeszytów, jak i same kadry wewnątrz tomu prezentują się nie najgorzej. A przynajmniej dobrze technicznie. Na ich barki spadła jednak konieczność operowania wspomnianymi wcześniej niedookreślonymi tłami, za które zapewne winić powinienem scenarzystę. Nie uważam bowiem, że rysownicy mogliby stworzyć cudowne tła pokroju prac Jacka Kirby’ego, nie dostając ku temu instrukcji czy sugestii. Narysuj jakieś obce piktogramy, metalowe drzwi, gdzieś tak jakaś kolumna. I już, kosmos jak się patrzy.

Wojna Królów to jedno z największych komiksowych rozczarowań od naprawdę dawna. Silnie wierzyłem, że wieloletnie zagłębianie się w historię tworzone w ramach łączonego uniwersum Marvel Comics opłaci się w czasie lektury. Od lat dawało mi to niemałą satysfakcję, a ukoronowanie pasji, jaka by nie była, jest doświadczeniem niezwykle pozytywnym. Jednakże, nie wszystko co dobrze się zapowiada, tak samo się kończy. I podczas gdy początek tej wielkiej komiksowej sagi był całkiem przyjemnym styczniem, tak Wojna Królów jest niczym połowa marca A.D. 2020 roku, która niszczy wszystko na co ciężko wcześniej pracowaliśmy…

Ocena

2 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Jupiter: Intronizacja"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.