Advertisement
FelietonyPublicystyka

Proszę się nie bić! – Godzilla i Shin Gojira

Norbert Kaczała

Kino nie bez kozery zostało swego czasu nazwane wehikułem magicznym. Bowiem bez względu na to, czy w salach studyjnych oglądacie retrospektywy mistrzów światowego kina czy zagryzacie kaloryczne przekąski do uwertury cyfrowych eksplozji, ciężko zaprzeczyć, że filmy zabierają nas w inny świat. Wypełniony fantastycznymi kreaturami, ukazujący konflikty na kosmiczną skalę, prezentujący eskapistyczne obrazy, które nigdy nie zaistniałyby w realnej przestrzeni. Najciekawsze w tych dziełach jest to, że pod płaszczem wszystkich wymienionych wyżej cech, kino może mówić o problemach dotyczących nas wszystkich, nawet jeśli nie potrafimy ich rozszyfrować. Bo jak inaczej opisać fakt, że film o kolosalnym jaszczurze, jest syntezą powojennego społeczeństwa?


Zobacz też: Elektroniczna melancholia – Soundtrack “Blade Runnera”

Mamy lata 50. Większość świata wylizuje głębokie rany po niedawno skończonej II wojnie światowej, ale tuż za rogiem czai się kolejny podsycany paranoją konflikt. Zimna wojna zasiewa pośród ludności ziarno niepokoju o międzynarodową ofensywę atomową, a kina zapełniają filmy o tajemniczych najeźdźcach spoza naszego świata. Jednakże ten standard nie funkcjonował symultanicznie w krajach Wschodu. Japońscy widzowie zdają się spoglądać na sprawę atomowego starcia zupełnie inaczej. Z dość oczywistych historycznie względów nastroje społeczne nie odpowiadają amerykańskiemu przestrachowi przed niebezpieczeństwem spoza granic ich ziem, a dotyczą raczej konsekwencji już użytych środków wojennych. Katastrofy w Hiroszimie i Nagasaki ukazały bezpośrednio, jak wielkim zagrożeniem jest ładunek atomowy i jak wiele cierpienia potrafi wywołać naciśniecie jednego przycisku. Z tego powodu w latach 50. prekursor nadchodzącego gatunku kaijū-eiga nadchodzącej zagłady nie wypatrywał w formie futurystycznych statków latających gdzieś na horyzoncie. Widział ją tuż pod nosem Japończyków.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Słoneczny dzień, wisząca w powietrzu stagnacja, na spokojnym morzu niewielki statek parowy. Dzień jak co dzień w nadmorskim miasteczku. Do czasu, gdy wyżej wspomniana łódź zostaje zatopiona w tajemniczych okolicznościach, a ocalali z wypadku spanikowani marynarze wykrzykują coś o gigantycznym potworze. W promieniu kilku kilometrów zaczyna brakować ryb, a mieszkańcy wioski zaczynają obawiać się o własne jutro. Inicjatorem całego chaosu okazuje się być jednak nie katastrofa naturalna – to kolosalny jaszczur, jeśli wierzyć naocznym świadkom zdarzenia. A jak najlepiej walczyć z nieznanym? Wysadzając to największym, dostępnym kalibrem. Problem polega na tym, że to nie wielkie monstrum zostało unicestwione, a najbardziej elementarny fundament całego społeczeństwa.

Gojira (1954), reż. Ishiro Honda

Godzilla bowiem stanowi w filmie Ishirō Hondy nie tyle fizyczne zagrożenie sensu stricto, co pełni rolę jego ogólnej metafory. Niewątpliwie wielometrowy gad depczący główne ulice miasta można określić mianem „niesprzyjających okoliczności”, jednak rozkładając te wyżej wymienione na czynniki pierwsze, nietrudno dostrzec, że dotyczą one zgoła innej sytuacji. Gojira przedstawia bowiem ni mniej, ni więcej, destrukcję miejskiego konglomeratu za pomocą nieokiełznanej siły, której źródłem jest głowica jądrowa. Reakcja ludzi na wszechogarniające zniszczenie i podjęte skoordynowane działania nie odstają zupełnie od ewakuacji, jaką przeprowadzano w czasie nalotów amerykańskiej floty w czasie II wojny światowej.

Czym jednak różni się to od masowo produkowanych filmów amerykańskich, gdzie radioaktywne monstrum sieje popłoch wśród gawiedzi? Przede wszystkim sfunkcjonalizowaniem motywu promieniowania. Filmy takie jak One!, Bestia na głębokości 20 000 sążni czy szereg innych produkcji z lat 50. niejednokrotnie wpadają w zastawione przez siebie sidła. Często jedynym sposobem na zgładzenie potwora jest, a jakże, uderzenie w niego z siłą większą niż on sam. Zrzucamy gadzinie głowicę na głowę, ratujemy świat i przypominamy wszystkim, że próby jądrowo są złe, ale tylko w nieodpowiednich rękach. Japoński film o potworze, idzie jednak w zupełnie innym kierunku, bowiem choć wstęp nie różni się zbyt dalece od wspomnianych wcześniej zachodnich odpowiedników, tak dalsza część fabuły każe nam spojrzeć na kwestę atomową bardziej niejednoznacznie. Wojsko w pierwszym odruchu podejmuję decyzję, by spróbować unieszkodliwić gadziego agresora za pomocą kolejnej, większej głowicy jądrowej. Problem polega jednak na tym, że stanowi ona coś na kształt paliwa dla naszego Króla Potworów. A by ująć to bardziej obrazowo, im więcej atomowych ciosów dostanie Godzilla, tym więcej dostanie ich także ludność. W większości cywilna.

W amerykańskim filmie One! (ang. Them!) z 1954 roku przedstawiono inną, przerażającą konsekwencję zagłady nuklearnej – gigantyczne, zmutowane mrówki.

Co również warto zaznaczyć, Gojira nie jest tutaj siłą jawnie antagonistyczną. Jasne, demoluje co mu się pod stopy nawinie, niemniej jednak nie robi tego z czystego, nomen omen, ludzkiego wyrachowania. Jest zwierzęciem, które zapędzone w kozi róg, będzie starało się za wszelką cenę wydostać. Kiedy ostatnio była na lądzie, nigdzie nie stały fabryki i linie wysokiego napięcia, więc niech nikt się nie dziwi, że kilka rzeczy mogło zostać zdeptanych. Sam Ishirō Honda przyznał w wywiadzie przeprowadzonym przez Davida Milnera, że estetyka wybrana przez twórców miała uwypuklić reakcję raczej ludzi, aniżeli samego monstrum:

Celem […] było skupienie się na tym, jak zareagowaliby ludzie, gdyby stworzenie pokroju Godzilli naprawdę się pojawiło. Co zrobili by politycy? A naukowcy? Jak z sytuacją poradziłoby sobie wojsko? Biorąc to pod uwagę, nic dziwnego, że film miejscami wypada niczym dokument.

Biorąc pod uwagę słowa ojca Króla Potworów, ciężko nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że Godzilla jest nie tyle filmem o potworze, co filmem o ludziach, którzy z potworem się zetknęli. To historia, która przede wszystkim przestrzega przed wyścigiem zbrojeń i kuriozalną zasadą: Nie działa? Weź większy młotek. Stwierdza, że nie wszystkie błędy da się naprawić siłą, przemoc to nie zawsze sensowna droga.


Zobacz też: Klasyka z Filmawką – “Lśnienie”

Jedną chwilę… Tylko skoro to jest główny motyw interpretacyjny pierwszego z filmów o wielkim jaszczurze, to jakim cudem w potocznym dyskursie Godzilla jest tą monstrualnym kreaturą, który tłucze po gębach inne monstrualne kreatury? Żeby dobrze odpowiedzieć na to pytanie, musimy przede wszystkim przyjrzeć się krytycznej i finansowej recepcji filmu Hondy w rodzimym kraju, by zrozumieć dlaczego wszystko się pozmieniało. Choć Godzilla dzisiaj uznawana jest za prekursora gatunku i absolutny klasyk, nie było tak od samego początku. Pomimo ogromnej frekwencji na seansach, istotna część japońskich krytyków zaraz po premierze filmu nie była doń zbyt przychylnie nastawiona. Regularnie wypominano reżyserowi komercyjne wykorzystanie niedawnej, realnej tragedii tudzież ogólny kicz całej produkcji. O ironio, film powrócił do łask rodaków dopiero po premierze w Stanach Zjednoczonych, gdzie krytycy wyraźnie podkreślali alegoryczne ukazanie powagi atomowej hekatomby. Ten zyskujący na popularności ogląd filmu wytwórni Toho z czasem zaczął przybierać nieco inny kształt. By niejako dopełnić obrazu Japonii, która dzielnie zniosła wspomnianą wcześniej katastrofę, postanowiono stworzyć kontynuację, ukazującą zupełnie inne podejście do energii jądrowej i będącego jej awatarem bestii.

Przeczytaj również:  "Zaczęliśmy rozmawiać, że reklama konwentu, w której goła laska kąpie się w wannie pełnej kostek do gry to nie jest najlepszy pomysł."  - mówi nam Kasia Babis, autorka komiksów oraz serii "Dziady polskiej fantastyki"

Godzilla kontratakuje powstała już rok po premierze oryginału, jednak bez udziału Ishirō Hondy. Na stołku reżysera zasiadł tym razem Motoyoshi Oda, który zdążył już wyreżyserować 11 filmów, w tym kilka właśnie dla wytwórni Toho. Sequel postanowił zmienić dwie, dość kluczowe dla pierwotnej produkcji elementy fabularne. Po pierwsze, ogólny wydźwięk atomowego dyskursu. Powracający na ekrany Gojira tym razem nie jest największym z możliwych zagrożeń, a jedyną szansą na ich powstrzymanie. Okazuje się bowiem, że testy jądrowe o których nasłuchaliśmy się w oryginale, wpłynęły na rozwój nie tylko Godzilli, ale i szeregu innych kreatur. Tym sposobem na świat sprowadzony został niejaki Angilas (Anguirus) – swoista wariacja ankylozaura, który okazuje się naturalnym oponentem dla gatunku Godzilli. I tylko tytułowy bohater może uratować świat przed zmutowanym dinozaurem.

Epickie starcie Godzilli z Anguirusem z Godzilla kontratakuje (1955).

Nie potrzeba  kreować skomplikowanych metafor by zauważyć jak zmieniło się podejście autorów do tematu podejmowanego w oryginale. Kontratak stanowi przeniesienie nacisku z dość jednostronnej stygmatyzacji atomu jako narzędzia zagłady, na nieco pozytywniejszy osąd sprawy, w myśl którego może być ona również siłą zbawczą, pomagającą w rozwoju. I choć nie mówimy tutaj o rozwoju w znaczeniu biologicznym, to wątek odbudowy na zgliszczach przypomina wzrost żywego organizmu. Całe społeczeństwo zdaje się wzrastać, nauczone błędami przeszłości z bagażem nowych doświadczeń. Innymi słowy, widzi, że energia atomowa jest niebezpieczna, lecz w odpowiednich rękach może zapewnić lepsze jutro.

Ale Godzilla kontratakuje ustanowiła jeszcze jeden ze standardów, jaki kontynuowały kolejne filmy z wielkimi potworami. Tym razem monstrualna walka stała się wręcz równie istotnym elementem fabularnym, co dywagacje polityczno-socjologiczne. Jak powiedział sam Haruo Nakajima (aktor wcielający się w rolę Godzilli i wielu innych potworów wytwórni Toho), to właśnie pojawienie się potwora sprawiało, że dzieci, które chętnie pojawiały się na seansach pierwszego filmu, przerywały swoje drzemki wywołane masą biurokratycznych dyskusji i poważnym settingiem. A jako że film powinien na siebie zarobić, bitka Godzilli z Angilasem była istotną siłą napędową, która miała przyciągnąć widzów do sal kinowych.


Zobacz też: “Godzilla II: Król Potworów” – All Hail the King [RECENZJA]

Niestety, pomimo sprzedania 8,3 milionów biletów, frekwencja wciąż prezentowała się gorzej niż w przypadku oryginału. Niezadowolenie potęgowały również nieprzychylne opinie krytyków i widzów, a nawet pracowników Toho. Dlatego kostium Godzilli został odwieszony na kołek, a wytwórnia filmowa zaczęła eksperymentować z nowymi potworami, które miały zaspokoić potrzebę japońskich widzów na oglądanie anormalnych monstrów demolujących własność publiczną. Do powstania jednego z nich posłużył niewykorzystany pomysł na trzecią część sagi o Królu Potworów, enigmatycznie zatytułowany Bride of Godzilla, w którym potencjalna wybranka głównego bohatera z czasem transformuje się w Rodana – Ptaka Śmierci.

Król powrócił na ekrany dopiero po siedmiu latach, stając w szranki ze swoim amerykańskim konkurentem – King Kongiem, do którego Toho nabyło prawa niedługo wcześniej. W ogromnym uproszczeniu, na tym etapie historię Godzilli moglibyśmy skondensować do wyliczenia wszystkich produkcji z uwzględnieniem imienia oponenta, z którym dane będzie się Wielkiemu G okładać po paszczach. Bywały pośród nich produkcje lepsze i gorsze, poważniejsze i kuriozalne, ważne i nieważne. Ale jedno było tutaj kluczowe. Potwory mają się bić, a ludzie na to reagować. Jednakże ku zaskoczeniu zupełnie nikogo, nawet tak wdzięczna formuła zdążyła się z czasem wysłużyć. Po drodze dostawaliśmy oczywiście rebooty, rezygnowano z wiązania fabularnego konkretnych filmów czy zmiany w kanonie i rozmiarze Godzilli, ale sedno sprawy zostawało takie samo. Godzilla stał się gwiazdorem kina klasy B. I tak sytuacja prezentowała się do roku 2016, bowiem wtedy ktoś postanowił obrócić świat Toho o 180 stopni.

Godzilla (2014), reż. Gareth Edwards.

Od czasu Final Wars, które premierę miał w 2004 roku, o Godzilli nie mówiło się prawie wcale. Owszem, po drodze dostaliśmy amerykańską wariację od Garetha Edwardsa w 2014, niemniej jednak w rodzinnych stronach jaszczur nie wychylał więcej głowy z wody. Sytuacja zmieniła się jednak w tym samym roku, gdy Toho ogłosiło rozpoczęcie prac nad nową wersją historii. Zachęceni niemałym sukcesem frekwencyjnym wersji z USA producenci postanowili kuć żelazo póki gorące i stworzyć własny film. Zwłaszcza że w obecnym kontekście historycznym był to czas bardziej niż właściwy.


Zobacz też:  Konkurs Spectrum z 10. AFF – Amerykański arthouse, na jaki zasługujemy [ZESTAWIENIE]

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Słoneczny dzień, wisząca w powietrzu stagnacja, na spokojnym morzu niewielka łódź. Dzień jak co dzień w nadmorskim miasteczku. Do czasu gdy wyżej wspomniana łódź zostaje zatopiona w tajemniczych okolicznościach, a zarejestrowani na kamerze, ocalali z wypadku spanikowani marynarze wykrzykują coś o gigantycznym potworze. Brzmi znajomo? W niemal bliźniaczy sposób rozpoczynał się oryginalny film Ishirō Hondy i tak właśnie swoją opowieść zaczyna snuć Hideaki Anno (człowiek odpowiedzialny m.in. za Neon Genesis Evangelion). Z morza ku konsternacji wszystkich dookoła powoli wyczołguje się przypominający salamandrę, kolosalny twór, demolujący wszystko, na co wpadnie jego nieskoordynowane ruchowo cielsko. O incydencie zostają poinformowani ludzie w garniturach sprawujący pieczę nad narodowym bezpieczeństwem i próbują ustalić, co zrobić z tym kuriozalnym ambarasem.

Przeczytaj również:  Kres mitu, czyli "Sukcesja" jako arcydzieło współczesnej telewizji [FELIETON]

I tutaj właśnie zaczyna się gatunkowa żonglerka, bowiem reżyser i scenarzysta z nowej Godzilli uczynił w dużej mierze film polityczny, w którym śledzimy losy biurokratów próbujących uspokoić społeczeństwo, zbadać monstrum, odnaleźć źródło zagrożenia, zlikwidować potwora i nie doprowadzić do rozprzestrzeniania się chaosu w tym samym czasie. Strukturalnie wracamy tutaj do korzeni serii, w której, jak nadmieniałem wcześniej, większość czasu spędzamy z ludźmi, którzy, tak jak my, dopiero godzą się z obecnością potwora w sercu Japonii. Oczywiście, wisienką na przepysznym kinowym torcie jest obecność Króla Potworów, jednak dzięki sprawnej reżyserii i naprawdę dobrze napisanemu scenariuszowi siedzenie w biurze wydaje się najbardziej emocjonującą rzeczą na świecie. Może być to kwestia osobistej preferencji, w myśl której darzę miłością filmy o szeroko zakrojonych akcjach polityczno-wojskowo-śledczych (Dzień Patriotów i Wróg Numer Jeden mają specjalne miejsce w moim serduszku), jednak Anno miejscami przypomina tutaj niemal Davida Finchera reżyserującego scenariusze Aarona Sorkina. Zaskakuje tutaj fakt, że mając „za oknem” kolosalną bestię terroryzującą całe miasto, nie jest ona jedynym nośnikiem emocjonalnym. Oczywiście, obserwowanie tej realizacyjnej rozróby sprawia masę frajdy, jednak tym razem naprawdę zależy nam, aby ktoś poradził sobie z bestią.

Kadr z Shin Gojira (2016), reż. Hideaki Anno.

Znaczenie metaforyczne filmu Shin Gojira odsyła nas ponownie do tragedii, która miała miejsce w Japonii na kilka lat przed premierą filmu. A jako że wątek atomowy wiąże się z Godzillą niemal nierozerwalnie, i tym razem przedstawiono problem dotyczący energii atomowej. Autorzy scenariusza inspirowali się katastrofą, która miała miejsce w Fukushimie 11 marca 2011 roku. Na skutek tsunami wywołanego przez lokalne trzęsienie ziemi do reaktorów w elektrowni dostała się skażona, morska woda, zaś trzy z siedmiu rdzeni uległy stopieniu. Do środowiska dostała się ogromna ilość promieniotwórczych substancji, a koszty usuwania zniszczeń opiewały na kwoty dziewięciocyfrowe.

Anno oddaje ducha tej katastrofy przez niemal dokumentalnie ukazane scen ewakuacji ludności cywilnej, relacje telewizyjne i materiały kręcone z ręki przez uczestników diegetycznych wydarzeń. Nawet zniszczenia jakie powoduje Godzilla przypominają katastrofę naturalną, przed którą nie sposób się obronić. Realizmu dodaje tutaj wykorzystanie modeli poddanych cyfrowej obróbce do zapewnia niemal namacalnego odczucia, przez co każdy element kruszącego się budynku wygląda jak autentyczna część apokaliptycznego krajobrazu. W tym samym sznycie ukazana jest też strona biurokratyczna, wspomniana na początku. To wychodzące na jaw niedopatrzenia, błyskawiczne awanse, przyznawanie sobie kolejnych stanowisk w dobie kryzysu czy chociażby ogólny chaos. Wspomniane są nawet niewygodne wątki współpracy z Amerykanami, którzy mają opory przed zrzuceniem na teren Japonii kolejnej głowicy, ale przy tym zdają się być jedynym źródłem pomocy.


Zobacz też: “Historia małżeńska” – Rozstanie [RECENZJA]

Uwspółcześnieniu uległo też sama tytularna postać, która w świecie zaznajomionym (chociaż pobieżnie) ze skutkami choroby popromiennej wygląda bardziej… realistycznie. O ile możemy mówić o realistycznym ukazaniu kilkusetmetrowego jaszczura. Przede wszystkim w czasie trwania filmu obserwujemy Godzillę w kilku stadiach rozwoju. Już na start widzimy, że istota, która przetacza się przez miasto była kiedyś zupełnie innym stworzeniem. O efektach promienia świadczą permanentnie krwawiące skrzela, brak wykształconych przednich kończyn (do czasu) czy choćby ogólna dezorientacja. Ten stwór w pierwszych scenach filmu nie mógłby być dalszy od miana Króla Potworów. Nawet pierwsza próba stanięcia na tylnych łapach wygląda dość żałośnie, przez co w pierwszym odruchu czujemy do Godzilli głównie współczucie i żal. To jednak dość szybko zmienia się, gdy kreatura przepoczwarza się w kolejną z form, zyskując kilkadziesiąt metrów wzrostu, wytrzymalszą powłokę na skórze, a z czasem także szereg innych zdolności, których pozwolę sobie nie zdradzać. Jedyne, co musicie wiedzieć, to fakt, że Shin Gojira reprezentuje sobą chyba wszystko, co ma do zaproponowania fantastycznonaukowa wariacja na temat efektów promieniowania, a jego finalna forma jest najstraszniejszą wersją Króla, jaka kiedykolwiek pojawiła się na ekranie.

Biorąc pod uwagę tak skrajne próby ukazania Godzilli, należy oddać, że jest to niemały fenomen. Nieważne, czy patrzy się na nią pod kątem symbolu determinującego epokę, kuriozalnego i campowego guilty pleasure czy niespodziewanego studium politycznego krajobrazu, trzeba przyznać, że jest filmowym zjawiskiem, niemającym sobie równych. I gdybym miał zostawiać czytelników z wyraźną pointą, chciałbym wyłącznie podkreślić, że nie powinno się Godzilli kolokwializować. Bowiem pod warstwą gumy w kształcie zmutowanego dinozaura kryje się o wiele więcej ważnych tematów, które mogą umknąć mniej zaangażowanemu widzowi. Jak powiedział swego czasu Terrence Rafferty:

Metafora zupełnie się zatraciła i z czasem wróciła do morza, przyjmując formę kiczowatego statku wycieczkowego […] Nawet Japończycy przez lata w nią nie wierzyli i z czasem zmienili swoje własne potwory w kogoś na kształt wodzirejów.

Pamiętajcie zatem, że gdy przy spotkaniu ze znajomymi na wieczorze filmowym z Godzillą wykrzykniecie do drugiego pokoju „Ej, jest! Wylazła!”, pamiętajcie że bicie się po gumowych, potwornych pyskach to nie wszystko, a wyżej wspomniany potwór może powiedzieć wam więcej o świecie, który zamieszkujecie niż najambitniejszy z offowych filmów.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.