Advertisement
KomiksKultura

“Wojna Światów” Jasona Aarona – Kosmiczny szum [RECENZJA]

Norbert Kaczała

Co się człowiek naczytał tego Aaron-owego Thora… Pamiętam sięgnięcie po pierwszego Gromowładnego, jakby to było wczoraj. Wtedy uświadomiono mi, że seria o superwikingu poza przystępnym fantasy, czy kosmicznym eskapizmem w starym stylu bywa też filozoficzną dyskusją na temat boskości, śmiertelności i odpowiedzialności. Ale oczywiście nie będziemy cały czas rozmyślać nad sensem istnienia, skoro czeka na nas potencjalna zagłada 9 światów. Kilka woluminów, czy nawet linii wydawniczych skrupulatnie pisanych przed jednego człowieka zaczęło zniżać poziom dopiero pod swój koniec (o czym nieco Tutaj). Zatem czy po tak wielu latach prowadzenia historii Gromowładnego i jego przeciwników jakkolwiek możliwe jest danie czytelnikowi satysfakcjonującej pointy?

Malekith Przeklęty na czele ze swoimi potężnymi sprzymierzeńcami z różnych światów zamierza podbić je wszystkie, obracając wrogów i ich ojczyzny w perzynę. Naprzeciw obligatoryjnej armii złoczyńców staje oczywiście Thor, który jednak nie poradzi sobie sam. Wspierają go oczywiście Avengers (których przygody równolegle pisał Aaron) w obecnym, miejscami dość zaskakującym, składzie. Będą tam bowiem choćby Blade, Wolverine, Daredevil czy Ghost Rider, którzy z całego kosmosu Marvela nie wydają się osobami adekwatnymi do walki na gałęziach asgardzkiego Drzewa Światów z armią mrocznych elfów. Ale jak się jednak okazuje, ten skład idealnie pasuje do swojej przeciwwagi, bo zarówno antagoniści, jak i złoczyńcy to najzwyklejszy szum tła. I choć chciałbym nieco hiperbolizować, tak kilka tygodni po lekturze z dwoma niewielkimi wyjątkami, nie pamiętam absolutnie nic z całego tomu. Raz za razem przeskakujemy po kolejnych lokacjach, dorzucamy tam garść herosów, armię bezrozumnych minionów z jednym bossem i proszę, niech się biją.

Przeczytaj również:  "Beverly" – Samotność przedmieść [RECENZJA]
Kolaż okładek alternatywnych zbiorczego wydania “War of the Realms” (rys. Russell Dautermann)

Mam świadomość jak dawno temu zainicjowano wydarzenia prowadzące do tytułowej wojny. Wiem doskonale, ile osobistych tragedii dotknęło po drodze głównych bohaterów. Nie zapomniałem o tym, skąd wziął się frontman naszego zespołu złoli i o co mu chodzi. Ale nie wiem z kolei, dlaczego tak wielką podbudowę sprowadza się do płytkiej nawalanki, z okazjonalnymi świetnym ostatnim aktem (o tym zaraz). Spokojnie można by bylo wydać jeden zeszyt, w którym z bohaterem dzieje się ta konkretna rzecz, łotr dostaje w zęby i koniec. Nie wątpię, że napisanie scenariusza pierwszych części to ciągle zapełnianie stronnicy frazami typu “x bije y, y oddaje mocniej. Z rzuca żartem. Wygrywają” ale w tym czasie Aaron mógłby zająć się czymś pożytecznym. Lepszym Komiksem np. Niemal całą “Wojna Światów” to szum tła, z jednym ciekawym pomysłem po drodze i… Zaskakująco satysfakcjonującą kulminacją.

Bo już pal licho te 6 kiepskich zeszytów, od których niestety trzeba zacząć lekturę. To co dokonuje się w ostatniej części to kwintesencja komiksowo-mitologicznej przesady, godna marvelowskiego Boga Piorunów. Nie mogę oczywiście powiedzieć co dokładnie ma miejsce, ale po jednym bohaterskim, niebezpiecznym i ryzykownym akcie, całe status quo staje na głowie.Wiele lat starań popycha Thora w jeszcze inne zekamarki własnego jestestwa, niż te które zdążył poznać podczas swoich kosmicznych wojaży. Całe bycie Niegodnym kondensuje się w jednym, niesamowitym momencie, gdzie nawet zatwardziali sceptycy uśmiechają się szeroko, widząc, jak nam ten Thor dorasta. A jeszcze tak niedawno walczył z Bogobójcą… Szkoda tylko, że najpiękniejszą częścią całej opowieści, jest kropka na końcu ostatniego zdania.

Przeczytaj również:  "Beverly" – Samotność przedmieść [RECENZJA]
Kadr z pierwszego zeszytu “War of the Realms” (rys. Russell Dautermann)

Na plus wypada też wspomnieć oprawę graficzną, która faktycznie cieszy oko, niemniej jednak wydaje się równie pusta co cały komiks. Nie zrozumcie mnie źle, Russell Dauterman jest bez wątpienia uzdolnionym twórcą, na którego pracę patrzy się z przyjemnością. Niemniej jednak Saga o wojnie dziewięciu Światów, o dziewięciu różnych charakterach powinna oferować większą odmienność względem siebie. To kolejne losowo generowane krainy pełne NPCów z konkretnych ras fantasy, po których będziemy przeskakiwać. I nic ponadto. Niektórzy bohaterowie Marvela silnie kontrastują z okolicznościami, w których się znaleźli, więc aż prosi się to o odrobinę estetycznego szaleństwa, ale nie ma na to czasu, deadline na kolejny zeszyt już za pasem.

Na Wojnę światów szkoda większości czasu. Tak jak na pisanie jej recenzji (wybaczcie jej krótki metraż). Przy sześciu zeszytach, omiatanych pobieżnie wzrokiem po 10 minut każdy, w najgorszym wypadku stracicie bezpowrotnie godzinę z życia. Ale, możecie też spędzić 10 fantastycznych minut z ostatnią częścią eventu, a to o jakość tu przecież idzie, a nie ilość. Ba, przeczytajcie ją nawet 6 razy z rzędu, a ostatni komiks Aarona stanie się jednym z lepszych eventów Marvela ostatnich lat. W przeciwnym razie zagubi się gdzieś pośród masy innych, przebrzmiałych przeciętniaków, którym bez wątpienia jest.

 

Ocena

3 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.