Advertisement
KomiksKultura

“Thanos” Donny’ego Catesa – Kosmiczne exploitation światowej klasy [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Kadr z oryginalnego wydania 13-ego zeszytu "Thanosa" (rys. Geoff Shaw)

Jak zwykle na mojej tonalnej, recenzenckiej sinusoidzie, po historiach poważnych i dalekich od mainstreamu, przybył czas na powrót do tego co kultura popularna wprost uwielbia – uniwersum Marvela. Jednakże, mogą spekulować co uważniejsi czytelnicy, czy nie mówimy tutaj o kontynuacji mimo wszystko dość poważnego komiksu jakim był pierwszy tom serii o Thanosie?  Zostaje mi po pierwsze przytaknąć, jednocześnie przyznając się do bycia równie zaskoczonym jak nieistniejący, hipotetyczny czytelnik, którego wymyśliłem. Drugi tom „Thanosa”, pisany przez Donny’ego Catesa, to historia diametralnie inna od tego co zaprezentował nam niedawno Jeff Lemire, a ja nie mógłbym być szczęśliwszy z powodu tej nieoczekiwanej zmiany.

Po sukcesie jaki Szalony Tytan odniósł na koniec tomu pierwszego, właściwie nic już nie stoi na drodze do jego ostatecznego zwycięstwa. Stopniowo kolejne światy obracają się w perzynę na skutek jego działań, a w najodleglejszych zakątkach kosmosu echem niosą się krzyki jego ofiar. Wszystko by zyskać sobie sympatię Śmierci i zakończyć wszelkie istniejące życie. Jednak na drodze siewcy pożogi staje zupełnie nowy oponent – Kosmiczny Ghost Rider, który niespodziewanie… przenosi go w czasie. I jeśli uważacie, że to całkiem sporo odjechanych pomysłów już na dzień dobry, proponuję zapiąć pasy przed nadchodzącą lekturą, bowiem nie sądzę abyście byli gotowi na to, co zgotuje Wam Cates.

Kadr z oryginalnego wydania pierwszego zeszytu “Thanos Wins” (rys. Geoff Shaw)

Drugi tom „Thanosa” to nieustający konkurs na coraz bardziej spektakularne „przeskakiwanie rekina”, w którym udział bierze wyłącznie jeden uczestnik. Każdorazowo kończąc rozdział z przekonaniem, że nic dziwniejszego i o większej skali nie może się wydarzyć, Cates wyciąga kolejnego asa z rękawa. Nie mogę niestety przytoczyć żadnego z konkretnych przykładów, bowiem odkrywanie wszystkich sposobów w jaki uniwersum Marvela zostało powykręcane, to wprost nieziemska przyjemność. Ale czego tutaj nie ma… Jest tu miejsce na niszczące dusze pakty z nieczystymi siłami, zupełnie niespodziewane sojusze, przejmowanie cudzych mocy i broni, a także niespodziewane śmierci. Każde mocniejsze od poprzednika.

Przeczytaj również:  "Wujek Sknerus i Kaczor Donald. Tom 7: Skarb dziesięciu awatar" - historie cenniejsze niż złoto [RECENZJA]

Jednak co fascynujące, w tej mieszance najdziwniejszych pomysłów nie ma mowy o przesycie. Pomimo kolosalnej skali, to wciąż historia skupiona na postaciach i ich celach. Thanos nadal gra tutaj pierwsze skrzypce i obserwowanie go w drodze po swoje to nie lada przyjemność. Jest bezwzględny, uparty i zaskakująco niejednoznaczny. Pomimo faktu, że zamierza zniszczyć absolutnie wszystko, chcemy mu kibicować i zobaczyć to na własne oczy. Jego potrzeba pożogi to historia tragiczna i na swój sposób romantyczna, przez co główny bohater nie staje się jednowymiarowym złoczyńcą. A nawet gdy wychodzi z niego ten klasyczny, rzucający mrocznymi przemowami w trzeciej osobie łotr, to obudowany jest on taką ilością podbudowy, że nie sposób się nie uśmiechnąć.

Kadr z oryginalnego wydania trzeciego zeszytu “Thanos Wins” (rys. Geoff Shaw)

Uśmiechy zapewni nam również Kosmiczny Ghost Rider, bo stanowi idealną przeciwwagę do poważnego Thanosa. Od dawna nie widziałem tak bezpretensjonalnego comic releifa, który jednocześnie nie jest wyłącznie kukłą do bicia i wyśmiewania. To postać z zaskakująco smutną historią, która znalazła się w tej kuriozalnej sytuacji przez szereg nieszczęść, które musi odreagować. Trochę jak Deadpool, tylko nie tak przereklamowany. Czasy milczącego sługusa diabła minęły, czas na szalonego kosmicznego tułacza. Jest niezwykle potężną istotą, czego jest zupełnie świadom, przez co nie wzdryga się przez żadnym zagrożeniem i może pozwolić sobie na szereg pyskówek nawet wobec niszczyciela światów. Wszystkich nowych fanów zapewne ucieszy wiadomość o kilku solowych zeszytach z tajemniczym bohaterem umieszczonych w zbiorczym tomie, które są równie dobre jak zasadnicza seria.

Przeczytaj również:  Puls Filmawki 05/21 – rekomendacje muzyczne

Gdyby ogromu kosmicznych doznań było mało, to całość została równie zjawiskowo opracowana graficznie. Za pierwszą część odpowiada Geoff Shaw. W jego pracach czuć ogromną skalę prezentowanych wydarzeń. To między innymi kosmiczni, monumentalnie prezentujący się bogowie, okładający się pięściami pośród umierającego kosmosu. Shaw potrafi odpowiednio zagrać cieniami, by wytworzyć niezwykle mroczną atmosferę, ale także by dać wybrzmieć kolorom. To historia nieziemskich proporcji, ukazana ze wszech miar właściwie. Część drugą, o Kosmicznym Riderze, ilustrował Dylan Burnett, który sięga po estetykę nieco bardziej ”kreskówkową”. Postaci mają uproszczone sylwetki oraz rysy twarzy, co potęguje tylko kuriozalne odczucia wynikające z obserwowania co bardziej szalonych pomysłów Donny’ego Catesa. Kolektywnie Shawn i Burnett tworzę niezwykle barwny i przepastny świat, w którym jest miejsce chyba dla absolutnie wszystkiego i wszystkich. Każde kuriozum nabiera tu wdzięcznej i lekkostrawnej formy.

Niezwykle ciężko jest opisać wszystkie cuda jakie skrywa w sobie drugi tom „Thanosa” nie sięgając po większe spoilery. Zalecam Wam zatem samemu zagłębić się w świat niezwykłej wyobraźni Donny’ego Catesa i odkrywać je na własną rękę. Nie obowiązują tutaj żadne zasady, każda postać może być zupełnie inną wersją siebie, a każda kolejna strona oferuje następne zaskoczenie. To rozrywka w czystej postaci, która powinna spodobać się każdemu fanowi zarówno niuansów w kosmologii uniwerum Marvela, jak i najtańszego exploitation.

Ocena

9 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Marvel Zombies"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.