FelietonyKomiksKulturaPublicystyka

Steve Rogers – Kapitan wszystkich obywateli [ESEJ] – część I

Norbert Kaczała
Okładka pierwszego zeszytu serii "Captain America: Steve Rogers" Nicka Spencera (ryz. Jesus Saiz)

Zacząłem pisać te słowa w niedzielę 12 lipca, około 16:30. Oddałem już głos w wyborach prezydenckich i żeby odciągnąć myśli od dojmującej atmosfery wiszącej nad moim krajem sięgam po komiks. Medium, które raz za razem oferowało mi bezpretensjonalną rozrywkę w oderwaniu od życiowych dylematów. Jednak w tym przypadku jest inaczej. Tym razem mam do czynienia z historią, która świeci mi prosto w oczy czerwoną lampą ostrzegawczą, zwiastując nieszczęście. Nie chodzi bynajmniej o nieznaną mi jeszcze wtedy jakość komiksu, który czytam, a o tematy jakie porusza. Jak zresztą nie poczuć się jak w domu, kiedy już w pierwszym zeszycie Kapitan Ameryka – uosobienie sprawiedliwości, patriotyzmu i praworządności oświadcza wszem i wobec, że… przynależy do HYDRY.

I pomimo faktu, że obecność Steve’a Rogersa w szeregach organizacji jednoznacznej z nazizmem jest szokująca nawet dla raczej „niedzielnych” czytelników  Marvela, należy tutaj sprostować kilka faktów. Żeby uświadomić sobie, czemu większość Internetu zatrzęsła się na słowa „Hail Hydra” musimy zrobić niewielką powtórkę z komiksowej historii, także tej dość współczesnej. Dowiemy się wówczas dlaczego wspomniane trzęsienie było absurdem.

Recenzencki wehikuł czasu zabiera nas do roku 1941, gdy Joe Simon naszkicował w swoim kajecie mężczyznę ubranego w strój przywołujący skojarzenia z flagą Stanów Zjednoczonych. Roboczo nazwany Super Amerykaninem bohater, miał z czasem zawitać na karty nowego tytułu od wydawnictwa Timely Comics. Kiepsko brzmiący pseudonim przerobiono na Kapitan Ameryka, a nowo powstałemu herosowi pozwolono już w swoim debiutanckim zeszycie pokrzepić serca targanego wojną narodu, dając w gębę Adolfowi Hitlerowi. Motywował mężczyzn, zachwycał kobiety i inspirował dzieci, choć samo jego istnienie oscylowało gdzieś między pulpową rozrywką a oczywistą propagandą wojenną. Do pomocy oddelegowano mu młodego protegowanego o pseudonimie Bucky, który, jak mówili sami twórcy, miał być zdrowym odpowiednikiem hitlerowskiej młodzieżówki. Razem uosabiali wszystko czym amerykański naród chciałby kiedyś być.

Wraz z zakończeniem światowego konfliktu i dopiero rozpoczętym procesem gojenia się ran, Kapitan znacznie utracił na popularności, a serie w których się pojawiał powoli dokonywały swego żywota. Sytuacja zmieniła się dopiero w roku 1963, kiedy, w ramach rynkowego testu, opublikowano historię, w której Kapitan powraca, wyłącznie by okazać się podstawionym imitatorem. Reakcja publiki na samą myśl o powrocie Steve’a Rogersa okazała się niezwykle entuzjastyczna, dlatego rok później, w czwartym numerze Avengers, Kapitan powraca w glorii i chwale. Wtedy właśnie dowiadujemy się, co właściwie stało się w czasie wojny, dlaczego Steve zniknął, oraz w jakich okolicznościach zginął Bucky. Od tego momentu Super Amerykanin miał okazję obserwować wszystkie zagrożenia czyhające nie tylko na całą planetę, ale także na Stany Zjednoczone. Nawet gdy zagrożenie to rozwija się po cichu w ich wnętrzu.

kapitan ameryka esej
Ostatni kadr 1 zeszytu “Captain America: Steve Rogers” Nicka Spencera (rys. Jesus Saiz)

Na przestrzeni lat Kapitan Ameryka był swego rodzaju papierkiem lakmusowym, w którego przygodach ujawniały się bolączki całego narodu. Echem niosła się chociażby wojna w Wietnamie, afera Watergate (o której porozmawiamy w następnym tekście) czy oczywiście zamachy terrorystyczne z 11 września. Każde z tych wydarzeń zmieniało obecny paradygmat, prowokując bohaterów w całym uniwersum, do spojrzenia na ich otoczenie bardziej krytycznym okiem. A czyje oko może być bardziej krytyczne, od personifikacji Stanów jako takich? Raz za razem ideały z pozoru uniwersalne były permanentnie kwestionowane, prowokując Steve’a Rogersa do zmiany zachowania.

I choć swojej roli jako Kapitana Ameryki wyrzekł się tylko raz (o tym również wkrótce), wciąż pozostawał ostoją rozsądku i jedynej słusznej drogi. To jednak z czasem przestało być tak oczywiste, w chwili gdy decyzje i poglądy Steve’a zaczęły stać w opozycji nie tylko do ówczesnego rządu, ale i społeczeństwa, a nawet innych bohaterów. Osobiście wyróżniłbym kilka historii, które zostawiły najgłębsze ślady na nieskalanym niczym posąg Kapitanie.

O kolosalnym wpływie zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku na społeczeństwo nie trzeba nikogo przekonywać. Konsekwencje tej tragedii obiły się jednak również na uniwersum Marvela, które w przeciwieństwie do konkurencji z DC Comics, nie działo się w fikcyjnych, wykreowanych na potrzeby komiksu metropoliach pokroju Gotham czy Metropolis. Nowy Jork, gdzie stacjonuje znaczna część herosów z Domu Pomysłów, również został zaatakowany przez terrorystów i odpowiedzialnością peleryniarzy ponownie stała się pomoc. Tym razem niestety, przy sprzątaniu sceny zbrodni.

Czwarty tom serii Captain America rozpoczyna się słowami wypowiedzianymi przez scenarzystę komiksu Johna Ney’a Riebera: Obyśmy nigdy nie zapomnieli prawdy, która tamtego dnia była dla nas tak oczywista: Jesteśmy jednością. Zaraz po nich widzimy wnętrze jednego z porwanych samolotów, który za kilka chwil uderzy w jedną z wierz. Oszczędza nam się krwawej łaźni, wrzucając nas w samo centrum Strefy Zero, gdzie pokryty kurzem i popiołem Steve Rogers usiłuje wyciągnąć spod gruzów ocalałych z zamachu. Odprawiony z kwitkiem zostaje sam Nick Fury, próbujący wysłać Kapitana na natychmiastową misję odwetową. Oczywistym krokiem byłoby tu podjęcie tematu patriotycznej walki z islamskimi terrorystami i skończenie całego konfliktu kilkoma ciosami i odpowiednią przemową. Rieber jednak nie tylko nie oferuje banalnych rozwiązań, ale szuka problemu również pośród amerykanów. Podjęty zostaje temat eskalacji strachu w środowisku, które zaczyna krzywo patrzeć na każdego o ciemniejszym kolorze skóry, wierze i poglądach.

Przeczytaj również:  Steve Rogers - Kapitan na jakiego zasłużyliśmy [ESEJ] - część II

Społeczeństwo w Nowy Porządku mając w pamięci słowa o jedności, jest w stanie błyskawicznie te jedność zrujnować. Oczywiście, kilku łotrów dostaje od Kapitana srogie bęcki, ale nowo powstałe ugrupowanie terrorystyczne wcale nie ma tak oczywistej agendy jak chciałaby tego podszyta strachem publika. I choć zakończenie można podciągnąć pod happy end, to na honorze Kapitana pozostała spora zadra, a kilka nieprzyjemnych prawd, które usłyszał i zaobserwował, będą niosły się echem jeszcze przez długie lata.

Niewiele później okazało się, że nie tylko przeciętny obywatel ukrywał w sobie szereg mrocznych sekretów i traum. W roku 2005 pieczę nad przygodami Capa przejął Ed Burbaker – „wojskowy dzieciak” jak sam określał się autor. Tęskniący za militarno-szpiegowskimi komiksami przywrócił historii Steve’a Rogersa wojskowy pazur, wiążący się z szeregiem bolesnych doświadczeń. W serii tej debiutuje tytułowy bohater całego runu – Zimowy Żołnierz. Tajemniczy zabójca, który z biegiem fabuły okazuje się być niegdysiejszym towarzyszem Steve’a z czasów II Wojny Światowej (który, jak wiemy z wspomnianego wcześniej czwartego zeszytu Avengers, zginął w czasie próby rozbrojenia latającej bomby Barona Zemo).

Oczywiście przywracanie do życia postaci dawno zabitych w ramach uniwersum Marvela nie jest niczym nowym, jednak przez lata w wydawnictwie funkcjonowała niepisana zasada, w myśl której trzy postaci nigdy nie powinny zostać ożywione. Wujek Ben Parker, Gwen Stacy oraz James „Bucky” Barnes. Dlatego właśnie decyzja Brubakera okazała się tak szokująca dla czytelników. Śmierć kompana była dla Rogersa raną niemożliwą do zagojenia, która permanentnie przypominała mu o jego powinności. Nie dziwi zatem fakt, że ponowne pojawienie się Bucky’ego, tym razem po „tej złej” stronie, rozdrapało wspomnianą ranę jeszcze bardziej. W wydarzenia dziejące się współcześnie, Brubaker wplótł szereg retrospekcji ukazujących tajne operacje, w których brali udział Rogers i Barnes, udowadniające czytelnikom, że ręce naszych bohaterów również zostały splamione krwią. Choć obaj bohaterowie egzystowali na styku wojskowych maskotek i faktycznych żołnierzy, warto zwrócić uwagę, że Steve nigdy nie był osobą oddelegowaną do wykonania tzw. brudnej roboty. Jak się okazuje, do cichych eliminacji i zabójstw wyznaczany był zazwyczaj… Bucky. I właśnie ta trzymana w sekrecie skuteczność miała być jednym z kryteriów, dla którego to on został wyselekcjonowany do stania się Zimowym Żołnierzem.

Kapitan Ameryka esej
Bucky i Kapitan Ameryka w trakcie konfrontacji fot. Materiały prasowe

Ujawnienie niewygodnego sekretu z przeszłości obu mężczyzn wiązało się z dwoma istotnymi wątkami, które w następnych latach zostaną silniej eksplorowane. Po pierwsze, ujawniony zostaje Zespół Stresu Pourazowego (PTSD), na który cierpi Steve. Krzykliwe kolory ze starych komiksów podszyte propagandowym wydźwiękiem historii z lat 40. nie pozwalały dostrzec konsekwencji wszelakich działań wojennych i dopiero późniejsze historie stopniowo pozwalały sobie na bardziej krytyczne głosy.

Także nieufność pod adresem własnego rządu, a w epoce po 11 września, taki niepokój nie powinien dziwić. Rogers zaczyna po tej szokującej rewelacji kwestionować każde ze swoich wspomnień. Jak wiele ich elementów zostało sfałszowanych, lub skrywało jakieś mroczne tajemnice? Może wcale nie działał po stronie tak jednostronnie dobrej, jak wydawało mu się w czasie wojny? Jak duży udział w tym wszystkim ma rząd, wykorzystujący psychiczne problemy Steve’a do forsowania własnej agendy? Właśnie ten niebinarny sposób postrzegania konfliktów, z niemożliwością wyróżnienia strony dobrej i złej w następnych latach będzie zbierał żniwo. Niejednokrotnie krwawe.

Jednak kluczowym elementem dla szeroko pojętej ideologii Steve’a Rogersa był fatalny event zwany „Wojną Domową”. Na skutek nieszczęśliwego wypadku z udziałem grupy młodych, nieopierzonych superbohaterów, życie straciło kilkudziesięciu cywilów. Natychmiastowo wywołało to szeroko zakrojoną dyskusję na temat samowolnych działań wszelakich herosów, których postanowiono po raz pierwszy umieścić pod czyimś zarządem. Nie każdemu oczywiście spodobał się ten pomysł, przez co w szeregach Avengers (i nie tylko) dochodzi do rozłamu. Różnica poglądów stopniowo eskaluje, przeradzając się w konflikt siłowy i tytułową wojnę domową.

Choć na przestrzeni całego eventu Kapitan Ameryka zachowuje się bardziej jak swój odpowiednik z alternatywnego uniwersum Ultimate (gdzie pierwotnie miały zostać osadzone wydarzenia), to jednak jest to bezsprzecznie „kanoniczna” wersja Rogersa. Człowieka, który po raz kolejny zmuszony jest stanąć przeciwko rządom, próbującym narzucić większości swoją wolę. Nieznajdujący zrozumienia pośród najbardziej odpowiedzialnych (w teorii przynajmniej) herosów, a także wśród społeczności, którą przysiągł chronić. Nawet przed nią samą jeśli będzie trzeba.

Nie trzeba sięgać daleko by odczytywać „Wojnę Domową” jako analogię do ciągłego konfliktu strony konserwatywnej i liberalnej, nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie. Jednak w ogólnej idei tego sporu, jak i postaci samego Kapitana kryje się pewien paradoks. Bez względu na to, po której stronie się nie opowiemy, to właśnie wizja Kapitana wydaje się uargumentowana silniej i racjonalniej. Możemy się z nią w punkcie wyjścia nie zgadzać, jednak z biegiem Wojen Domowych (zarówno w wersji filmowej, jak i w jej świetnej adaptacji) czy pewnej części solowych przygód, ciężko zaprzeczyć, że Steve Rogers ma wiele racji.

Przeczytaj również:  "Szczurwysyny" - wojenna pocztówka z Gwinei Bissau [RECENZJA]

Z biegiem lat, nie bez powodu, wytworzyła się wokół niego aura pewnej nieomylności. Bycia jedynym sensownym liderem kraju targanym ciągłymi konfliktami zarówno poza własnymi granicami, jak i w jego wnętrzu. To  stopniowe zmienianie opinii czytelnika było zazwyczaj kluczem do wyciągnięcia sensownej lekcji z komiksu. I po tym długim wstępie, zamierzam opowiedzieć dlaczego „nazi-Cap” robi dokładnie to samo.

kapitan ameryka filmawka
Okładka pierwszego zeszytu serii “Captain America: Steve Rogers” Nicka Spencera (ryz. Jesus Saiz)

Nie mogę powiedzieć, aby wielki krzyk protestu jaki wywołały słowa „Hail Hydra” był dla mnie szokiem. No przecież jak to tak? Naczelny pogromca nazistów okazuje się być jednym z nim? Czyżby wszystko co wiedzieliśmy i sądziliśmy o Kapitanie Ameryce to jedno wielkie kłamstwo? #NieMójKapitan?

I tak i nie. Przede wszystkim, musimy zastanowić się, jak w ogóle doszło do tej trudnej sytuacji. Encyklopedycznie streszczając: W wyniku kolejnej dyskusyjnej rządowej decyzji dot. rejestracji zamaskowanych bohaterów i łotrów powstaje placówka znana jako Pleasant Hill. Przypominające osiedle spokojnej starości miejsce, ma być ośrodkiem resocjalizacji, gdzie pod wpływem pewnego zniekształcenia rzeczywistości, złoczyńcy będą żyć swoim nowym, cywilnym i spokojnym życiem. Zniekształcenia tego dopuściła się niejaka Kobik – samoświadomy kosmiczny artefakt określany jako Kosmiczna Kostka (tak, taka jak w pierwszym filmowym Kapitanie oraz Avengers), który tymczasowo przybrał postać małej dziewczynki. Oczywiście, Pleasant Hill nie utrzymało się zbyt długo, SHIELD dostało po głowie za niedopilnowanie całej akcji, a Kobik wraz ze swoim opiekunem – zniknęła.

Jak się to ma do historii Kapitana? Przepotężna młoda dama została odnaleziona przez… Red Skulla. Samego lidera HYDRY, który pod iluzją opieki, stopniowo indoktrynował młody umysł Kobik, kreując przed nią wizję tej organizacji, jako najlepszego co mogło spotkać Ziemię w wieku XX i XXI. Skoro zatem poznała ona wszystkie dobrodziejstwa organizacji swojego nowego „ojczyma”, powinna obdarzyć tą wiedzą również innych. W tym największego uparciucha walczącego z HYDRĄ, czyli… zgadliście: Kapitana Amerykę.

Tym sposobem docieramy do pierwszego zeszytu serii „Captain America – Steve Rogers”, w którym pada przytaczane wielokrotnie zdanie, a my dowiadujemy się, że za sprawą Kobik zmieniono nie tylko ideologiczne sympatie Rogersa, ale także jego wspomnienia i historię. Kapitan zaczyna potajemnie działać na dwa fronty, próbując ustabilizować swoją pozycję w świecie dopiero co targanym wielkim konfliktem między bohaterami.

Gdybym miał jakoś porównać sposób prowadzenia fabuły przez Nicka Spencera i kreślenia politycznej intrygi, powiedziałbym, że to coś na kształt superbohaterskiego House Of Cards. Masa politycznych machlojek i przepychanek, wysyłanie całych armii na rzeź, modyfikowanie historii, rozsiewanie propagandy, prześlizgiwanie się między trybikami rządowej maszyny czy wreszcie przykrywanie faszyzmu patriotyzmem. Te wszystkie wątki raz za razem przeplatają się ze sobą, tworząc zaskakująco spójną i łatwą do prześledzenia intrygę. Nawet postacie drugiego czy trzeciego planu mają swoją niemałą rolę w wielu elementach tego konfliktu i faktycznie posuwają całość w stronę rozwiązania akcji. Oczywiście, nadal egzystujemy w uniwersum Marvela, więc raz na jakiś czas po gębie będzie musiał dostać jakiś potwór, kosmita czy szalony naukowiec. Jednak nawet te z pozoru eklektyczne motywy mają miejsce w szerszym kontekście komiksu. Niewiele rzeczy można uznać za obecne bez potrzeby, lub robione na wyrost.

Co według mnie jest jednak rzeczą najciekawszą, to fakt, że dwa znamienite słowa na „h” nie musiałyby w ogóle padać, a cały komiks nie straciłby na jakości. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że zostałby odebrany o wiele pozytywniej. Dlaczego? Należy wziąć pod uwagę m.in. wszystkie kluczowe dla współczesnej historii Kapitana Ameryki wydarzenia, jakie przytoczyłem kilka akapitów wcześniej. Jest on reprezentantem narodu, który raz za razem targany był przez konflikty wewnętrzne, nie potrafiącym dostrzegać zagrożenia czającego się „tuż pod jego nosem”. Narodu, który został wystawiony do wiatru i inwigilowany przez własny rząd. Jako uosobienie patriotyzmu i szeroko pojętego rozsądku, powinien inspirować, lub samodzielnie działać na rzecz zniesienia tych problemów. I zastanówcie się teraz, czy wizja nadpisywania historii, zacieranej granicy między faszyzmem a patriotyzmem, cenzurą w mediach oraz edukacji i nagonką na sprzeciwiające się sile rządzącej partii jest daleka od prawdy? Czy równią pochyłą jest wizja przejęcia władzy przez ugrupowania twierdzące, że posiadają monopol na prawdę?

Kapitan Ameryka to postać, która na przestrzeni lat stanowiła ostoję wszystkiego co amerykańskie. I tak jak naród, który ma ucieleśniać, może mieć dość. My jako czytelnicy oraz grupka postaci z komiksu wiemy z czego wynika zaistniała zmiana w charakterze Rogersa. Jednak dla przeciętnego obywatela, który większość informacji o Pleasant Hill, II Wojnie Domowej czy kolejnym pięciu się po szczeblach władzy przez Kapitana czerpie z mediów, Super Amerykanin po prostu uderzył pięścią w stół. Bierze sprawy w swoje ręce bez względu na to, czy komuś się to spodoba, czy nie. A jak dowiemy się wkrótce, wielu osobom jednak się ten stan rzeczy spodobał.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.