Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“The Suicide Squad” Jamesa Gunna – Najwyższej jakości mięso armatnie

Norbert Kaczała
"The Suicide Squad" Jamesa Gunna
Fragment plakatu "The Suicide Squad" - fot. materiały prasowe

Określenie „mistrz kina” dla każdego oznacza innego reżysera. Nagradzani Oscarami ulubieńcy krytyków, prawdziwi Autorzy kina niezależnego czy ci najpopularniejsi, którzy co premierę zapełniają całe sale kinowe oraz swoje portfele. Jednak jeśli jest ktoś kogo ja mógłbym nazwać mistrzem,  byłby to wywodzący się z kina klasy Z zgrywus. Twórca szlifujący swój warsztat na intencjonalnie paskudnych filmach, który obecnie wkłada w każdą dużą premierę całe serce. Panie i Panowie – “The Suicide Squad” Jamesa Gunna, czyli kolejny film reżysera o bandzie skończonych frajerów!

Po niewymagającej komentarza porażce, jaką był film Davida Ayera z 2016 roku, Warner Bros powierzyło losy Legionu Samobójców w ręce człowieka, który doskonale wie, jak z grupy nieznanych szerszej publiczności komiksowych bohaterów, zrobić ulubieńców absolutnie wszystkich. The Suicide Squad Jamesa Gunna to niemal całkowicie nowa drużyna. Składa się z najdziwniejszych, najbardziej pokracznych indywiduów, jakich zrodziło DC Comics na przestrzeni lat. By zmniejszyć swoją odsiadkę o dekadę, będą musieli wziąć udział w misji, której nie podjąłby się nikt normalny i która zapewne zakończy się ich brutalną śmiercią. Ale zaryzykować warto, bo lepszych perspektyw na życie i tak próżno wypatrywać.

Pytanie jednak brzmi, czym różni się to od pierwszego filmu? Esencja jest przecież dokładnie taka sama. Różni się tym, że James Gunn ma świadomość, że sam pomysł wyjściowy to mało. Sednem filmu o bandzie pajaców są relacje między nimi i scenariusz, w jaki ich się wplata. To wszystko napisane zostało wprost fantastycznie. Doskonale rozumiemy, jaki jest cel misji i czemu właściwie każdy z nich ostatecznie zgodził się na ten wyskok.

"The Suicide Squad" Jamesa Gunna
“The Suicide Squad” Jamesa Gunna – fot. materiały prasowe

Jakimś cudem, pomimo olbrzymiej ilości postaci zasilającej szeregi tytułowego legionu, każdy ma tutaj czas, żeby wybrzmieć. Nawet jeśli widzimy go na ekranie dosłownie przez 5 minut, zanim czeka go krwawy koniec (a to dzieje się regularnie). Od razu zauważamy, z jaką postacią mamy do czynienia. Może być to absolutnie najdziwniejszy, najbardziej kuriozalny, najgłupszy złoczyńca świata. Jednak i tak zdążymy pokochać go jak wieloletniego ulubieńca. Każdemu z nich możemy współczuć i kibicować. Dlatego tym trudniej jest nam godzić się z faktem, że piach wkrótce może gryźć absolutnie każdy.

Przeczytaj również:  "Ucieczka na srebrny glob" – Ciemna strona księżyca | Recenzja

James Gunn nie oszczędza bowiem swoich bohaterów. Trup ścieli się gęściej niż w Człowieku ze Stali, a śmierć jest nagła i przybiera formy przedziwne. Kategoria R pozwala reżyserowi na naprawdę wiele i nie omieszka on z tych możliwości skorzystać. Co najciekawsze, wiele tych zgonów jest okropnie zabawnych. Film w pełni zasługuje na swój tytuł, bo dla wielu kretynów w kolorowych kostiumach podjęta przez nich misja bez wątpienia będzie samobójcza. Nie jest to też epatowanie gorem i krwią dla samego faktu szczucia widza tym, jak bardzo dorosły jest to film. Gunn potrafi świetnie operować przesadzoną przemocą, by wywołać bardzo zróżnicowane emocje. Od szoku po wybuchy śmiechu. Chociaż najczęściej oba w tym samym czasie.

"The Suicide Squad" Jamesa Gunna
Zdjęcie z planu “The Suicide Squad” Jamesa Gunna – obsada wraz z reżyserem (czwarty od prawej) – fot. materiały prasowe

Ale by wywołać te emocje, potrzebujemy bohaterów z krwi i kości, którzy pożogę będą siać lub jej ofiarą padać. Napisani są świetnie, to już wiemy, ale ważne jest to, jak powinny zostać zagrane, by wszystkie sceny wybrzmiały właściwie. Ku zaskoczeniu absolutnie nikogo, każda z tych postaci jest tak autentyczna, jak tylko się da. Aktorzy ewidentnie dają z siebie wszystko, a uczucie, że każdy z nich świetnie bawi się na planie, jest niemal namacalne. Bez względu na to, czy mamy do czynienia ze służbistą z chromowanym hełmem na głowie, dziewczyną z nizin społecznych, ofiarą strasznych eksperymentów z depresją, czy nawet humanoidalnym rekinem – każdy jest wiarygodny.

Ten film spokojnie może rozpędzić kilka karier lub ugruntować już istniejące. John Cena zalicza chyba swoją najlepszą rolę dotychczas. Joel Kinnaman zostawił w tyle nijakiego Ricka Flagga z pierwszej części. Idris Elba robi wszystko lepiej od Willa Smitha. David Dastmalchian rozdziera przed nami swoje serce. Jednak absolutnymi gwiazdami są tutaj Ratcatcher i King Shark. To najbardziej kochane cynamonowe bułeczki w historii filmów superbohaterskich. Jeśli ktoś z was nie będzie w stanie ich pokochać po seansie, to jesteście bardziej bezduszni niż producenci z Warnera przy pierwszym Legionie Samobójców.

Seria o Suicide Squad wreszcie doczekała się też autorskiej strony wizualnej. Brak ciągłego pokazywania miasta nocą i szaroburej palety kolorów, przypominającej oglądanie filmu przez brudną wodę, znanej z poprzedniej części. Tutaj wreszcie całość nabiera intensywności. Lokacje są zróżnicowane, nikt nie boi się miejscami podkręcić barw i przerysować całości. Akcja wreszcie ma w sobie pierwiastek szaleństwa. Nawet zaimplementowanie liternictwa w niektóre sceny ma swój autorski charakter, przez co na film patrzy się z ogromną satysfakcją. The Suicide Squad wygląda komiksowo w najlepszym tego słowa znaczeniu. Podobna poprawa występuje również w ścieżce dźwiękowej. Zamiast sztucznego puszczenia w tle składanki „Greatest Hits” i przełączania jej co kilka sekund, utwory muzyczne są wreszcie integralną częścią całości. Uzupełniają konkretne sceny, nadają jej właściwy ton a czasem nawet dopowiadają kawałek historii. Uczta dla oka i ucha.

Przeczytaj również:  "kRaj", czyli jeszcze jedna polska katastrofa
"The Suicide Squad" Jamesa Gunna
“The Suicide Squad” Jamesa Gunna – fot. materiały prasowe

Jeśli nie wybrzmiało to jeszcze dość wyraźnie – kocham ten film. James Gunn jest mistrzem w swoim fachu. Jeśli ktokolwiek miałby zniwelować niesmak po najgorszej erze filmów DC Comics, to właśnie on. Jego The Suicide Squad to fantastyczna zabawa, nie wymagająca od widza absolutnie niczego. Ani wiedzy o historii całego uniwersum, ani odpowiedniego podejścia do kina akcji, ani nawet zbyt dużego myślenia. Jednocześnie jednak widz nie jest traktowany jak naiwniak, gdzie macha mu się pękiem kluczy przed oczami licząc, że zapomni o scenariuszu czy postaciach. Jeśli ktoś może okazać serce tej kuriozalnej bandzie palantów, to na pewno James Gunn i ręczę za to, że wy również im je okażecie.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

poprzednie filmy Jamesa Gunna, dobrą zabawę

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.