FilmyKinoRecenzje

“Czarna Wdowa”, czyli niemożliwa tożsamość szpiega, który mnie znudził. Recenzja najnowszego filmu z uniwersum Marvela

Norbert Kaczała
Fotos z filmu "Czarna Wdowa" (fot. materiały prasowe)

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy wszelakie kalendarze premier największych studiów filmowych straciły jakiekolwiek znaczenie. Najgłośniejsze blockbustery przesuwano tak często, że dopiero obejrzenie konkretnego filmu na ekranie kina przypominało nam, że kiedyś oczekiwaliśmy jego premiery. Nie inaczej było z nowościami od Marvel Studios, które, nie licząc nieosiągalnych w Polsce seriali wydawanych na Disney+, pozbawiło fanów na całym świecie regularnych dostaw kolejnych elementów układanki zwanej MCU. Opóźniony start Fazy Czwartej powierzono Natashy Romanoff, czyli Czarnej Wdowie, która jednocześnie wieńczy swoim filmem trwającą ponad dekadę przygodę w świecie Marvela. Na nieszczęście widzów, zamiast dumnie wzlecieć w górę by zająć swe zasłużone miejsce w panteonie najlepszych postaci z uniwersum, Natashy przydarzył się drugi, bolesny upadek. (Too soon?)

Chronologicznie cofamy się do czasów zakończenia „Wojny Bohaterów”, kiedy Natasha stała się wrogiem całych Stanów Zjednoczonych, ukrywając się po całym świecie, i zajmując tym, co zazwyczaj robią szpiedzy. Niestety, jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, upomina się o nią tajemnicza przyszłość, a my będziemy starali się dowiedzieć, kto zamierza ją zlikwidować i właściwie dlaczego. W praktyce oznacza to dokładnie te same zagrywki, które znacie ze wszystkich filmów szpiegowskich z ostatnich dwudziestu lat. Będzie ucieczka po europejskim mieście na motocyklach, skakanie z kontynentu na kontynent, tajemniczy zabójca, zmory z przeszłości, zbieranie drużyny i technologia, która wygląda absurdalnie, ale działa w ramach konwencji. Od strony gatunkowej to decyzja co najmniej oczywista, bo Natasha, zanim skopała kilka tyłków kosmicznym najeźdźcom, infiltrowała całe mocarstwa i usuwała konkretne pionki z politycznej szachownicy. Jednakże Disney, będąc sobą, nie pozwala filmowi Cate Shortland na eksplorację wątków traumy i dyskusyjnej moralności, które są wręcz nierozerwalne z naszą Wdową.

Fotos z filmu “Czarna Wdowa” (fot. materiały prasowe)

Przez pierwsze kilkadziesiąt minut dostajemy co prawda wgląd w ten mniej hollywoodzki aspekt prowadzenia podwójnego życia, co stanowi bardzo miłą odmianę od dość sterylnego uniwersum. Rodziny zostają przymusowo rozbite, wszystkie wymierzone ciosy zostawiają siniaki i blizny, w tle przewija się wątek masowych uprowadzeń i tortur niewinnych dzieciaków, a całość wygląda na wyjątkowo ciężki i mroczny film. Niestety, w pewnym momencie dokonuje się gwałtowne cięcie, a my wracamy do świata, gdzie może i trup ściele się gęsto, ale poza ekranem i to raczej na wesoło. Oczywiście, absurdem byłoby zakładać, że film Disneya skopie nas niczym „Oldboy”, jednak gdyby całość od samego początku nie udawała dojrzalszej niż jest faktycznie, nie odczułbym aż tak wielkiego zgrzytu.

Przeczytaj również:  Film (a)muzealny. Recenzujemy nagrodzone Złotymi Lwami "Wszystkie nasze strachy"

Zostaje tu na szczęście kilka zalet, które kojarzone są nawet z tymi gorszymy filmami z MCU. Przede wszystkim, protagonistka. Natashę łatwo polubić, kibicować jej jeszcze łatwiej i każdą przeszkodę pokonuje z finezją. Pytanie jednak na ile to zasługa poprzednich filmów, a na ile tej nowej historii. Od samego początku swojej obecności w uniwersum była ona obecna raczej na drugim, czasem trzecim planie, głównie po to, by ładnie zapozować na tle destrukcji całego miasta i postrzelić kilku kosmitów. Nie licząc jej roli w „Endgame”, solowy film to tak naprawdę jej pierwsza okazja do zagrania pierwszych skrzypiec. Z nieznanego mi jednak powodu jest ona kimś na kształt przewodniczki, prowadzącej nas od lokacji do lokacji, a cała droga jaką musi przebyć sprowadza się do ostatniej sceny, gdzie po raz pierwszy dochodzi do ważnej konfrontacji. Zdawałoby się, że w filmie o tytule „Czarna Wdowa” to właśnie tej bohaterki będzie najwięcej i najlepiej. Niezbadane są wyroki Myszki Mickey.

Fotos z filmu “Czarna Wdowa” (fot. materiały prasowe)

Na całe szczęście, osoba przejmująca wspomniane skrzypce jest więcej niż świetna. Nowy film Marvela to właściwie film Florence Pugh, która jest międzynarodowym skarbem i tak powinna być przez Was traktowana. Utożsamia idealny balans sarkazmu i pewnej niezręczności oraz zabójczej skuteczności na polu bitwy. Wymiany złośliwości między Yeleną a Natashą to autentycznie zabawne i wiarygodne dialogi, które rozwiewają sobą aurę przeciętności. Wiemy, że zobaczymy ją w MCU ponownie i to ta prognoza jest najlepszym elementem filmu. Niestety, drugi plan nie ma w sobie choćby ułamka tego potencjału. Red Guardian (David Harbour) to kolejny gruby śmieszek, który choć ma za sobą fascynującą historię (come on, radziecki odpowiednik Kapitana Ameryki będący kolejnym elementem Zimnej Wojny i narzędziem propagandy!) zostaje zredukowany do miejscami wręcz żenującego comic reliefa. Podobnie Rachel Weisz, której aktorskich kompetencji podważać wręcz nie wypada, jest tu obecna tylko po to by sprzedać bohaterom kilka informacji i w kluczowym momencie strzelić w kogoś z dystansu. Tyle pieniędzy wyłącznie dla nazwiska na plakacie…

Przeczytaj również:  Ludzie o miedzianym czole. Recenzujemy „Żeby nie było śladów” Jana P. Matuszyńskiego

Nie inaczej jest z ciemną stroną mocy obecną w filmie. Pokazywanego we wszystkich zwiastunach Taskmastera jest mniej niż niektórych postaci bywało w scenach po napisach. Jak zwykle, postać z niemałym potencjałem została potraktowana jako zapchajdziura, w miejsce której scenarzyści nie zdążyli dopisać właściwego antagonisty. Z kolei Wielki Brat, tajemnicza persona pociągająca za wszystkie sznurki, musiała krążyć po wszelakich wytwórniach mniej więcej od lat 60-tych. Wtedy bowiem stereotyp grubego, złowieszczego Rosjanina, który chce tylko zagłady Stanów Zjednoczonych i traktuje swoich podwładnych (a raczej: podwładne) przedmiotowo nie wzbudzał jeszcze śmiechu politowania. Facet wygląda jak rosyjski Harvey W, a jego rola –zresztą słusznie – sprowadzona została do dostania w mordę przez główną bohaterkę raz czy dwa. I już, to wszystko. Kolejny złoczyńca z MCU do zaorania i zapomnienia, gdy tylko pojawią się pierwsze linijki napisów końcowych.

Fotos z filmu “Czarna Wdowa” (fot. materiały prasowe)

„Czarna Wdowa” jest filmem, który powinniśmy dostać jakąś dekadę temu i to z wielu różnych powodów. Po pierwsze, aby Ike Perlmutter, niegdysiejsza szycha w Disneyu, mógł wreszcie dostać nauczkę i zobaczyć, że filmy z superbohaterkami mogą być opłacalne finansowo. Po drugie, żeby Natasha mogła wreszcie pełnić inną rolę niż eye candy dla męskiego widza i zyskała status równie rozbudowanej postaci, co reszta Avengers, zanim zobaczymy ją w kolejnej części ich filmowych przygód. I po trzecie, co najważniejsze, żeby jego wady nie wyróżniały się tak wyraźnie na tle innych filmów z pierwszej fazy MCU, które wtedy szukały własnej tożsamości. Najnowszy film Marvel Studios to rozrywka banalna, odtwórcza i pozbawiona autorskiej esencji. Może gdybyśmy byli świeżo po pierwszym Hulku, wzruszylibyśmy ramionami. To nie przez takie buble ludzie pokochali MCU, ale przez nie może im się ono znudzić szybciej, niż Kevin Feige jest w stanie sobie wyobrazić.

Ocena

4 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

najsłabsze części serii o 007, czy Jasonie Bournie

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.